Trochę Dicka, trochę Lema: ja poznawczy mam dylemat – “Czarne Bataliony” Piotra Goćka

Dawno z żadną książką nie miałam takiego problemu, jak z „Czarnymi batalionami” Piotra Goćka. Z jednej strony miałam ochotę w trakcie lektury kilkukrotnie rzucić ten zbiór w kąt, a z drugiej – część pomysłów mnie autentycznie zachwyciła. Nie mogę powiedzieć zatem jednoznacznie, czy „Czarne bataliony” podobały mi się bądź nie.

„Czołg”, czyli opowiadanie otwierające zbiór wywołało we mnie sprzeczne uczucia. Z jednej strony fascynację połączoną z umiarkowanym zachwytem, z drugiej – odczuwałam znużenie tą całą tajemnicą, a finał mocno mnie rozczarował. I choć sam autor tłumaczy w posłowiu, że tak miało być, z niedookreślonym prześladowcą, tajemniczym miastem i niejasnym systemem. Może to kwestia stylu autora, a może po prostu subiektywnych odczuć? Niemniej jednak, muszę pochwalić redaktora za wybór tego tekstu, jako otwierającego zbiór – jest intrygująco i tajemniczo, nie daje jasnej odpowiedzi, jakie opowiadania znajdziemy dalej.

 

Następny tekst, czyli „Janek Poranek i jego goście”, uwiódł mnie już od pierwszych linijek i jest jednym z moich ulubionych tekstów w tym zbiorze. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, było to jak bardzo podobne te opowiadanie jest do Lemowskich „Bajek robotów”. Ta sama, nieco infantylna tendencja do opisu kosmicznych przybyszy, ten sam lekki i humorystyczny ton. A z drugiej strony jest też nieco refleksyjnie i poważnie, bo tak naprawdę pod opowiastką o Poranku, zaglądającym do równoległych wszechświatów, kryje się pytanie o to, czy można ingerować w bieg historii? I czy jedna zmiana na lepsze nie sprawia, że gdzieś indziej coś zmienia się na gorsze?

 

„Dzień oligarchy” z kolei to jeden z tekstów, który podobał mi się najmniej. Dlaczego? Bo jest tak polityczny, tak słabo kryjący się ze swoją inspiracją (zmiana F na K w nazwisku oligarchy było zabiegiem tak niskich lotów, że poważnie zastanowiłam się, czy warto dalej czytać), tak rozwleczony i bez większego sensu. Miała być satyra polityczna, ale właściwie nie wyszło i dostaliśmy tekst mdły, ze słabo ukrytymi inspiracjami, że nosiłam się z porzuceniem lektury.

 

Kolejne opowiadanie – „Opowieść Wowy” – podobałaby mi się bardziej, gdyby było o połowę krótsze. Jest nad miarę rozciągnięte, niepotrzebnie rozwleczone. Sam koncept był niezły – radzieccy superbohaterowie, którzy właściwie w klasycznym znaczeniu superbohaterami nie są, bo ich jedyną supermocą jest to, że ludzie w nich wierzą. A kiedy wiary brak (z jakiego powodu?) – bohaterowie tracą i system upada. A potem znajduje się remedium… Gdyby „Opowieść Wowy” skrócić o połowę, bardziej skondensować – byłoby to bardzo dobre opowiadanie.

 

Z kolei znowu „Opowieść trzech króli” należy do tych opowiadań, które nie za bardzo mi się podobały. Nie wiem nawet, co autor chciał osiągnąć. Niby tłumaczy w posłowiu, że chciał pokazać ewangeliczną opowieść z nieco mniej ewangelicznego punktu widzenia, wykorzystując dwuznaczność terminów, jakimi się określało Kacpra, Melchiora i Baltazara. Niemniej jednak to opowiadanie do mnie nie przemawia – w żaden sposób.

 

Po nim następuje „Gdzie jest generał?”, które z początku zyskało moją sympatię – jest nieco metafizyczne i gdzieś wstrzeliło się w nastrój, w który wprawiały mnie opowiadania Agnieszki Hałas z niedawno recenzowanego zbioru. Niemniej jednak Gociek sprawę totalnie skopał – zamiast pozostawić to opowiadanie tajemniczym i metafizycznym, zachciało mu się wyjaśnić kim był tajemniczy człowiek, który odwiedził generała w szpitalu. I zrobił to w najmniej finezyjny sposób, bo zamiast rozwiązać to delikatnym nawiązaniem, to wypalił z grubej rury, wcale się z tym nie kryjąc. Smutno mi się zrobiło, bo zaczynało się pięknie, a skończyło fatalnie.

 

 Dalej mamy „Chłopca z plakatem” – obok „Janka Poranka” najlepsze opowiadanie w tym zbiorze. Historia jest prosta i w sumie mało fantastyczna – mężczyzna po pijaku, całkowicie dla żartu postanawia zadzwonić pod numer witryny plakatowej w warszawskiej stacji metra. I odkrywa, że ktoś po drugiej stronie odbiera. To opowiadanie jest zaskakujące, zwłaszcza jeśli chodzi o osoby, które odbierają telefon. I ma przepiękną puentę. A przede wszystkim, w przeciwieństwie do większości opowiadań jest całkowicie apolityczne.

 

Przedostatnia w zbiorze jest „Inicjatywa oddolna”. Nie powiem – nie jest zła. Intrygująca, choć nieco infantylna i raczej na poziomie szkolnym, ale bardzo przyjemna opowiastka o diable i robieniu z nim interesów. To taka lekka historyjka, przyjemna i odprężająca. I to właściwie tyle, co można o niej powiedzieć bez zdradzania treści – uwierzcie mi, że lepiej przeczytać te kilka stron samemu.

 

I tak dotarliśmy do opowiadania tytułowego, zamykającego zbiór. W posłowiu Gociek stwierdził, że chciał przełożyć „Człowieka z Wysokiego Zamku” Dicka na warunki europejskie. Chciał zrobić taką historię alternatywną – z triumfującą Radziecką Rosją, ze światową Republiką Rad i komunizmem triumfującym nad kapitalizmem. I jak powieść Philipa K. Dicka podobała mi się, tak wobec „Czarnych batalionów” żywię mieszane uczucia. Po pierwsze nadal mam problem z zakończeniem – nie rozumiem go, więc albo jestem na nie za głupia, albo końcówka nie jest zbyt jasno opisana. No i mam problem, ponieważ, znów jest bardzo politycznie, a jak dla mnie cały zbiór był aż zbyt upolityczniony. Z drugiej jednak strony „Czarne bataliony” po dość niemrawym początku całkiem przyjemnie się rozwinęły, ale zakończenie nie za bardzo mnie usatysfakcjonowało.

 

I właściwie z całym zbiorem mam podobny problem – jest bardzo upolityczniony. Styl Goćka jest różnorodny, ale powiem szczerze – w wielu miejscach czułam, jakby teksty były pisane na siłę, albo, z drugiej strony, były zbyt toporne, nieoszlifowane. Ciężko mi jednoznacznie ocenić „Czarne bataliony”, bo są tu teksty przyjemne i stojące na bardzo wysokim poziomie, ale także teksty słabe (jak chociażby „Dzień oligarchy”).

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *