To miała być magia ze starego radia? – „Człowiek z magicznym pudełkiem”

Polskie filmy w kinie raczej omijam szerokim łukiem – nie raz, nie dwa przekonałam się o tym, że potrafimy tylko klepać komedie romantyczne pod jeden schemat. No dobra, oczywiście przesadzam, bo w polskim kinie pojawiło się ostatnio sporo innych gatunków (renesans przeżywają chociażby filmy sensacyjne, niestety prym w nich wiedzie Patryk Vega; niczym grzyby po deszczu pojawiają się kolejne dramaty biograficzne), ale dawno nie mieliśmy filmu fantastycznego czy fantastyczno-naukowego. I nagle, nie wiadomo skąd pojawia się „Człowiek z magicznym pudełkiem”.

Fabuła zapowiada się fantastycznie – w Warszawie roku 2030 młody mężczyzna w swoim mieszkaniu odkrywa stare radio, za pomocą którego jest się w stanie odbywać podróże poza ciałem. Wkrótce okazuje się, że nie tylko może wyjść poza ciało i doświadczyć OOBE, ale również może podróżować w czasie. Trafia zatem do Warszawy 1952 roku, gdzie odkrywa prawdę o sobie i swoim życiu. Jego ciało wygląda, jakby zapadło w głęboki letarg lub śpiączkę, co mocno niepokoi Gorię, jego seksualną partnerkę. Sprawą interesuje się też Wydział Bezpieczeństwa, więc wkrótce rozpocznie się wyścig, który może nie mieć szczęśliwego finału.

Prawda jest jednak taka, że ciekawy koncept nie przerodził się w przypadku „Człowieka z magicznym pudełkiem” w film angażujący odbiorcę. Jest tylko ciągiem pozbawionych kolorów kadrów – a to Adam zaczyna życie w Warszawie, a to pracuje jako sprzątacz, a to uprawia seks z Gorią. Migawki z pierwszego OOBE, kolejny niepowiązany kadr, przeskok na Wydział Bezpieczeństwa. Wszystko to tworzy rozwleczoną ponad miarę kreaturkę składającą się z przydługiego wstępu (rysującego dziwaczny świat składający się z Gorii, Adama i rekwizytów) i pospiesznego zakończenia. Ten film nie ma rozwinięcia, przez tak długi czas kreśli nam wstęp, że brakuje w nim czasu na porządne rozwinięcie i coś więcej niż tylko pospieszny finał.

Taka konstrukcja filmu sprawia, że fabuła nie tworzy spójnej całości, zaś ciężko wyłuskać jest jakieś wątki poza romansem Adama i Gorii. Jest w tle jakaś intryga polityczna czy wątek wiążący się z tym całym Wydziałem Bezpieczeństwa, ale został on sprowadzony do kilku migawek z nieudolnymi agentami w rolach głównych. Warszawa lat pięćdziesiątych ogranicza się do kilku scen, które łącznie nie trwały nawet dziesięciu minut. Rozwinięcia domagał się też wątek Bernarda, bo to chyba jedna z najciekawszych postaci tego filmu, a została zepchnięta na margines. Wiodący zaś romans Adama i Gorii jest absurdalny i totalnie niepotrzebny, bo pomiędzy bohaterami nie czuć w ogóle chemii, co za tym idzie – ciężko jest uwierzyć w nagłe rzucenie się Gorii na pomoc Adamowi.

Nie ratuje tego filmu gra aktorska, która jest co najwyżej przeciętna, choć zdecydowanie ciążąca ku dołowi. Mam wrażenie, że najlepiej wypadli Piotr Polak i Sebastian Stankiewicz, ale z jednej strony Polak zagrał bardzo nierówno – sam wypadał zdecydowanie lepiej niż w duecie z Bołądź (równając do niej w dół), zaś Stankiewiczowi powierzono tak nikłą rolę, że aż szkoda. Wcielająca się w Gorię Olga Bołądź jest totalnie nijaka, deklamuje swoje kwestie, a nie odgrywa. Reszta aktorów albo nie ma co grać, albo robi to fatalnie – ciężko powiedzieć, czy winą należy obarczyć scenariusz, reżyserię czy może samych odtwórców.

O zdjęciach można powiedzieć tylko to, że były. I że niektóre ujęcia wydawały się dziwnie znajome (Adam i Goria stojący ramię w ramię na tle panoramicznego okna wyjęci żywcem z Fight Clubu czy innego Na linii ognia). Wszystko to okraszone przytłumionymi, spranymi kolorami niczym z Batman v Superman, zupełnie nijaką stylistyką (naprawdę Warszawa 2030 w wizji Bodo Koxa różni się tylko tym, że prawa strona Wisły została zniszczona, a im dalej od centrum, tym gorzej). Gdyby reżyser ciut odważniej wyprowadził bohaterów poza zamknięte przestrzenie, uczynił z miasta równorzędnego bohatera, całość mogłaby wyglądać zdecydowanie ciekawiej.

W ostatecznym rozrachunku dostaliśmy film co najwyżej przeciętny, a i to jeśli ocenimy go wyjątkowo łaskawie. Nie składa się w żadną logiczną całość, większość fabuły widzieliśmy w trailerze, zaś aktorstwo w nim niemalże nie istnieje. Całkiem ciekawy pomysł został pogrzebany pod niedostatkami scenariuszowym i niezbyt subtelnymi odniesieniami do współczesnych realiów polityczno-społecznych.

Sharing is caring!

4 thoughts on “To miała być magia ze starego radia? – „Człowiek z magicznym pudełkiem”

  • 25 października 2017 at 12:31
    Permalink

    No nie pozostaje mi nic, tylko się z Tobą zgodzić (cierpiałam wczoraj swoje 103 minuty na seansie i było mi coraz bardziej smutno). A początkowo to trochę wyglądało, że zanosi się na jakąś wariację na temat „Perfekcyjnej niedoskonałości” (albo może tylko mi ten Adam tak się skojarzył od razu), a tymczasem z każdego kadru wystawała taka bieda — jasne, wiadomo, nie nakręci się zapewne za taki budżet nie wiadomo jak widowiskowego sf, ale kurczę, nie trzeba się aż tak obnosić z tym, że się miało budżet taki a nie inny, jakoś to ograć. A tu nawet lata 50. jakoś tak biednie (niezamierzenie raczej) wyglądają. Szkoda! Ale za to muzyka piękna :-). I podobała mi się scena ze starszą panią puszczającą Maanam (cała jedna…).

    Reply
    • 25 października 2017 at 20:41
      Permalink

      Ja miałam wrażenie, że starsza pani była nieco przestylizowana. Ja najbardziej polubiłam te biedne lata pięćdziesiąte, bo z tego wszystkiego wyglądały na najbardziej przemyślane i cóż… stylistycznie spójne. Reszta to było nieporozumienie.

      Reply
  • 26 października 2017 at 15:25
    Permalink

    Ech, ech i po trzykroć ech. Liczyłem po cichu na to, że mimo wszystko będzie to film choć dobry – może nie rewelacyjny, ale dobry. Widzę, że się przeliczyłem. Szkoda wielka.

    Reply
    • 26 października 2017 at 15:39
      Permalink

      Ja mam wrażenie, że niektórzy recenzenci widzieli zupełnie inny film.

      Reply

Odpowiedz na „PożeraczAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *