Siedmiu wspaniałych albo jak Sam zignorował epokowe odkrycie – Gra o Tron s07e05 „Eastwatch”

Siódmy sezon „Gry o Tron” wielkimi krokami zbliża się do finału, a nam wciąż brakuje jakiegoś rozstrzygnięcia, jakiegoś znacznego ruchu w jedną czy drugą stronę. Co prawda poprzedni odcinek namieszał znów w balansie sił, przewrócił wszystko do góry nogami…

Akcja z finału poprzedniego odcinka nie zakończyła się całe szczęście tak tragicznie, jak można byłoby to podejrzewać. Zarówno Bronn, jak i Jaime przeżyli. Problem jednak polega na tym, że za każdą taką… magiczną akcją (no bo sorry, panowie spadli w głębiny Czarnego Nurtu) tuż przy polu bitwy, a tymczasem wynurzyli się jakieś trzysta metrów od tamtego miejsca. Pamiętajmy, że Jaime miał na sobie zbroję, co nie ułatwia pływania. No ale zostawmy rozważania o prawdopodobieństwie (zrobili to już twórcy memów) i przyjrzyjmy się w ogóle całej rozmowie. Nie dziwię się, że Bronn jest zły na Jaime’a, bo choć to co ten chciał zrobić było bohaterskie, to było też głupie (zazwyczaj z bohaterstwem tak jest). Po takim czymś Bronn powinien dostać zamek i to nie jeden, od razu i bez żadnego gadania.

Tymczasem jakieś pół kilometra dalej Tyrion idzie sobie przez morze popiołów, Dorthrakowie zbierają po polu bitwy nadający się do użytku sprzęt i naganiają jeńców. Danka dzieli i rządzi, rządzi i dzieli, czy jak to tam szło. A przede wszystkim bardzo fajnie przemawia i może by to do ludzi bardziej trafiło, gdyby nie morderczo wyglądający Dorthrakowie za jej plecami i wielki smok w okolicy. Miało wyjść dość łagodnie, wyszło cóż groźnie, choć nie szalenie. Oczywiście odpala się jej standardowa gadka pod tytułem „bend the knee or die”, jednak z szeregu klękających jeńców wyłamują się dwie znaczne postaci: Randyll i Dickon Tarly. Tyrion próbuje jakoś całą tę sprawę załagodzić – najpierw próbując przekonać Randylla do klęknięcia, a potem sugeruje odesłanie na Mur. Dumna, acz głupia głowa rodu Tarlych odmawia jakiejkolwiek łaski ze strony Daenerys, wybierając śmierć zamiast powtórnej zdrady. W sumie nie spodziewałabym się po nim takiego „honorowego” zachowania. Za ojcem tę samą drogę wybiera Dickon Tarly i tak kończy się kariera tych dwóch. Panowie zrobili coś ekstremalnie nierozsądnego – chcieli być wspaniali i honorowi (mimo że niedawno całkiem niehonorowo postąpili ze swoją suwerenką), a teraz skazali swój ród na wymarcie (o ile pamiętam to zostały dwie panie Tarly i Sam, prawda?). Warto jeszcze odnotować, że Danny stanęła tutaj przed trudnym wyborem, bo zarówno ona, jak i Tyrion mieli rację w swoich argumentach. Ważne jednak, żeby wszyscy dookoła przekonali się, że Danka jest groźna, ale nie szalona. No a muszę przyznać, że Drogon wygląda wyjątkowo… majestatycznie.

Jaime ekspresem trafia do Czerwonej Twierdzy (teleportował się, czy jak?), gdzie mija się z Qyburnem. Rozmowa z Cersei zaczyna się od pytania: „ilu straciliśmy”, dla widzów jest jasne, jaka powinna być odpowiedź: wszystkich poza tymi, którzy przybyli tu ze złotem, mną i Bronnem. To nie jest tak, że ktoś uciekł z pola bitwy tak łatwo. Ale odpowiedź Jaime’a daje więcej fałszywej nadziei: „Jeszcze liczymy”. To do cholery jakim ty jesteś dowódcą, że nie wiesz, ilu masz ludzi w armii? Cersei zaś rzuca stwierdzeniem, że nie tylko armie wygrywają wojny. I już chciałabym ją (i twórców) chwalić za podejście, gdyby nie fakt, że potem kontynuuje swoją wypowiedź, której konkluzją jest: „spłacę jeden kredyt, żeby zaciągnąć kolejny i wynająć za to najemników”. Noż do cholery jasnej! Nikt nie przejął się tym, że stracono całe zapasy prowiantu! Cersei nawet o zakupie żywności nie pomyślała. A przecież najemnik też człowiek, żreć musi. Rodzeństwo troszeczkę się ze sobą kłóci – o Tyriona, Olennę i kapitulację lub śmierć w walce.

Danka wraca na Smoczą Skałę – nadziewa się na Jona, który sobie spaceruje to tu, to tam. I uwaga, szykuje się bomba – Jon smyra Drogona po pyszczku. A ten się do niego łasi jak kot. Gdyby ktoś jeszcze wątpił w R+L=J to chyba był ostateczny dowód (poza tym sprawdźcie memy!). Poza tym cholera, twardziel z tego Drogona, dostał bełtem ze skorpiona w bark, ale już tego po nim nie widać, w ogóle nie widać, żeby mu coś doskwierało – jak tylko Danny z niego zsiada leci pofruwać z rodzeństwem. Danka tymczasem prowadzi sobie niezobowiązującą dyskusję na temat wojny i tego, że no pewne ofiary są jakby to powiedzieć… konieczne. Widać jednak, że między Jonem a Danny jest już trochę więcej chemii niż było to w poprzednich dwóch odcinkach, a ich rozmowy wypadają naturalniej. I tak jak sądziłam w rozmowie próbuje ciągnąć temat noża w serce, Jon się trochę wzbrania przed mówieniem czegokolwiek, a konwersację przerywają Dorthrakowie przyprowadzający Joraha. Powitanie jest nieco awkward, polecam zwracać uwagę na miny Jona w momencie, kiedy Danka przytula Króla Friendzonu (znowu go sfriendzonowała, Jorah pewnie sobie myślał, że dostanie buziaka, a tu klops!).

Na północy natomiast Bran jako trójoka wrona podgląda ruchy umarłych – jego ptaszydła wylatują z Winterfell i lecą aż na wschodni skraj Muru, a potem na północ w poszukiwaniu armii Nocnego Króla. Kolejne niesamowicie szybko i wytrwale podróżujące stworzenia (no dobra, napędza je Bran, więc może to jest całkiem możliwe). W końcu, daleko, daleko za Murem jest powoli przemieszczająca się horda truposzy. Wiadomo idą wolno, bo stawy mają przemarznięte i zlodowaciałe. Nici jednak z długiego podglądania, bo Nocny Król rozprasza stadko, więc Bran musi, chcąc nie chcąc, wrócić do swojego ciała w Winterfell. Zmusza Maestra do wysłania kruków do Cytadeli (i do Jona też).

W Cytadeli Arcymaestrowie robią to co umieją najlepiej – gadają, a biedny Sam pracuje za dwóch. Z jednej strony, dobrze że tam jest, bo może spróbować naprostować zarozumiałych starych dziadów i przekonać ich, że Bran się nie myli, z drugiej raczej i tak mu nie uwierzą, bo przecież są głupimi staruchami, a kim jest Sam? Sam jest głupim, wierzącym w bajki grubaskiem (cóż z tego, że zabił Białego? przecież nie ma dowodów), no bo gdyby nie był, to cały świat Arcymaestrów rozsypałby się jak domek z kart. Ale oczywiście starzy idioci zamiast zajmować się księgami i wiedzą chcą mieszać się w politykę, co skutkuje niczym innym, tylko tym, że zaczynają podważać świadectwo Sama w kontekście Brana i słowa samego Brana. Oczywiście kończy się to kpinami, bo przecież nie może tak być… Ech, jak mnie Cytadela wkurza.

Ale stamtąd przeniesiemy się szybko na Smoczą Skałę, do Varysa i Tyriona, żeby posłuchać substytutu rozmowy Varysa z Littlefingerem (mam nadzieję, że przed końcem serialu jeszcze uświadczymy rozmowy tych dwóch panów). Tymczasem jednak przyjrzyjmy się rozmowie – Pająk troszeczkę zaczyna wątpić w Dankę, zaczynają się porównania do jej ojca, co jest moim zdaniem trochę na wyrost działaniem – wszak zaproponowała Tarlym poddanie się, wierzę że nie chciała tego zrobić, w przeciwieństwie do szalonego króla, który odnajdował przyjemność w torturowaniu, paleniu i innych takich. Potem temat zbacza w stronę listu dla Jona – Varys oczywiście zna jego treść, no bo ma swoje sposoby bestyjka. Ciekawi mnie, jak udało mu się otworzyć list bez uszkadzania pieczęci, a potem go ponownie zwinąć – no chyba, że twórcy po prostu dopisali mu w scenariuszu, niczym w karcie postaci „zna treść listu do Jona”.

W następnej scenie poznajemy tę tajemniczą wiadomość. Maester pisze w nim o powrocie Aryi i Brana (Jon powinien być nieco bardziej entuzjastyczny, bo w sumie to całkiem mało Starków umarło – więcej jest żyjących niż tych martwych). Ale poza dobrymi wiadomościami jest ta zła – Nocny Król idzie na Eastwatch (tak jak Jon przewidywał). Problemem nadal pozostają niedobory w siłach pilnujących Muru i brak jakiegokolwiek wsparcia ze strony możnych Westeros. Tyrion wpada na genialny pomysł sprowadzenia jednego umarlaka tak, żeby przekonać Cersei o tym, że umarli rzeczywiście stanowią zagrożenie dla wszystkich. Genialne w swojej prosto… chciałoby się myśleć o tym, jak o prostym zadaniu (w sumie byłoby proste – mają smoki, lecą na trzech smokach, dwa z nich robią za obstawę, trzeci w szponach przynosi umarlaka). Problemy się piętrzą – no bo przecież poza przywiezieniem jednego okazu trzeba pokazać go Cersei, która musi się na to… zgodzić. Więc Tyrion wpada na pomysł spotkania z Jaimem. Questy zostaną rozdane i możemy przechodzić dalej. Pomiędzy Jorahem a Jonem chyba zaczęła się jakaś cicha rywalizacja o względy.

Na Północy tymczasem Arya nie ufa Littlefingerowi, nie ufa Sansie i nie ufa wasalom Starków. W sumie nie ma co się jej dziwić, bo widać, że wszyscy próbują przekonać najstarszą Starkównę do przejęcia Winterfell pod nieobecność Jona, co jest niemałym chamstwem i sporym nietaktem moim zdaniem. Dobrze jedna, że Arya czuwa, bo Sansa dzięki temu jest ostrożniejsza w słowach i nie szuka szansy na wybicie się kosztem swojego brata. Littlefinger jednak może poczuć się w tej sytuacji zagrożony i zacząć wygrywać siostry przeciw sobie.

Tymczasem Davos i Tyrion przybywają do Królewskiej Przystani. Bronn prowadzi Jaime’a do sali w podziemiach, gdzie niespodzianka, jest również i Tyrion. Zastanowić by się należało zatem, jak zdołali się porozumieć, nie ujawniając się z tym wszem i wobec – przecież nie mają komórek. Ustne przekazanie informacji komuś niesprawdzonemu mogłoby zakończyć się wykryciem i fiaskiem. Co oznacza, że być może Pająk wykorzystuje swoje ptaszki w stolicy. A jeśli je wykorzystuje to może nie być świadomy, że informacje wyciekają przez nie do Lannisterów. Bo jak inaczej? Ale wracając – Tyrion spotyka się z Jaimem, najpierw wypiorą trochę rodzinnych brudów, a potem przechodzą do ważniejszych spraw.

W zapchlonym tyłku tymczasem Davos odnajduje Gendry’ego, wita go memem (twórcy obserwują fanbazę uważnie!). A potem Cebulowy werbuje bękarta Roberta do swojej sprawy. Jak się okazało, Gendry jest nieodrodnym synem swojego ojca (i bieda kopią Christiana Bale’a z Terminatora) i lubi walczyć młotem (nota bene niezła robota, choć mocno przesadna). Kolejna osoba zwerbowana do drużyny, Piotr Fronczewski byłby z nich dumny.

Z powrotem na plaży Davos i Gendry (akurat rozmawiający o tym, jak Gendry powinien przedstawić się Jonowi i reszcie) trafiają na białe płaszcza, które przyjmują od Cebulowego łapówkę. To chyba jacyś jego starzy znajomi, bo żartują sobie, zaś Davos zna stawkę. Potem jest jeszcze swobodniej, bo śmiechem żartem udaje się uniknąć rewizji, kiedy Cebulowy, jako wytrawny przemytnik odwraca uwagę gwardzistów serwując im marynowane czy fermentowane kraby wzmacniające potencję. I wszystko skończyłoby się dla wszystkich szczęśliwie (płaszczyki udałyby się do burdelu, Davos i reszta by odpłynęli), ale nadszedł Tyrion. I się pokomplikowało, padły trupy, zrobiło się jakoś tak mniej pozytywnie.

W Czerwonej Twierdzy Jaime przychodzi do Cersei, żeby porozmawiać z nią o wizycie Tyriona. Mija się z Qyburnem (co moim zdaniem zostało dobrze rozplanowane przez Cersei w czasie). I zostaje przez siostrę zaskoczony, bo ta wie wszystko – o tym, że Bronn zaaranżował spotkanie, że widział się z Tyrionem i że Danka złożyła propozycję. Pewnie wie to od swojego maestra i tu moja teoria o tym, że Varys korzysta nadal ze swoich kontaktów i ptaszków w stolicy robi się jeszcze bardziej prawdopodobna. Być może za wiedzą i przyzwoleniem Qyburna. Albo i nie, teraz to nieważne. Bo Cersei ma większą bombę dla Jaime’a. Jest w ciąży. I teraz zagadka dla was: twórcy nie pamiętają przepowiedni Maggy Żaby, olewają ją czy może Cersei kłamie? Jak dla mnie to ostatnie, bo są trzy główne problemy – Jaime uprawiał seks z Cersei dość niedawno (choć, tutaj należy wziąć pod uwagę kwestię tego, ile czasu minęło od otrucia Tyene), Maggy Żaba przepowiedziała trójkę dzieci… Generalnie twierdzę, że Cersei manipuluje uczuciami Jaime’a.

Z powrotem na Smoczej Skale Davos instruuje Gendry’ego, by ten się absolutnie nie ujawniał z tym, kim naprawdę jest (w sumie wiem, że to mogłoby wpłynąć na Dankę, wszak bękart poprzedniego króla nie jest absolutnie tym, co chciałabym spotkać, a na pewno utrzymać przy życiu). Tymczasem w jaskini oczywiście Gendry ignoruje rady Davosa i od razu wyskakuje do Jona ze swoją prawdziwą tożsamością. Po wymianie uprzejmości nasz mały sprytny kowal proponuje swój udział w wyprawie Jona za Mur. Davos trochę się obrusza (słusznie, daje rady pozwalające przeżyć!), że nikt go nie słucha, ale nie jest w stanie przekonać syna Roberta do pozostanie na Smoczej Skale.

Przygotowania do wypłynięcia idą pełną parą – Jorah ładuje jakieś skrzynki (może pełne granatów?), Tyrion przychodzi się pożegnać i zasugerować Mormontowi, żeby wrócił na Smoczą Skałę cały i zdrów. Żegnać się przychodzi także Danny – i już, już być może udałoby się Królowi Friendzonu wydostać z tejże jak mało komfortowej strefy, ale nadchodzi Jon Snow. Pożegnanie mają całkiem miłe, choć Jon chyba nie wie co powiedzieć („You know nothing, Jon Snow!). A Danka zostaje na brzegu z dylematem malującym się na twarzy (dobrze, że nie ma Daario w pobliżu, bo problem byłby jeszcze większy).

W Cytadeli zaś Sam miota się trochę, zasypywany ciekawostkami cytowanymi przez Goździk, która dla rozrywki czyta zapiski Wielkiego Septona Maynarda. I pomiędzy informacjami o ilością schodów w Cytadeli, liczbą okien w Sepcie Baelora (teraz nie ma żadnego!) i jego wypróżnieniami pojawia się prawdziwa bomba. Okazuje się bowiem, że unieważnił on małżeństwo Rheagara z Ellią Martell i potajemnie udzielił mu ślubu – prawdopodobnie z wiadomą osobą, Lyanną Stark. Co oznacza, że Jon jest potomkiem z prawego łoża, a to prowadzi do tego, że jest prawowitym dziedzicem tronu (zaraz obok Danki, bo w sumie to ja nie wiem, jaki system dziedziczenia mają w Westerosie). Jednak te informacje nie robią na Samie wrażenia, bo bardziej trapi go kwestia tego, że życie w Cytadeli jest zupełnie inne od tego, czego się spodziewał, zaś on nie jest w stanie za bardzo pomóc Jonowi siedząc tylko tutaj. Postanawia zatem zabrać kilka ksiąg ze sobą i ruszyć w podróż (prawdopodobnie z powrotem na Północ).

W Winterfell tymczasem Baelish prowadzi grę przeciwko Aryi – pozwala jej podejrzeć się, kiedy rozmawia z różnymi ludźmi (być może ich przekupuje, być może tylko płaci za wcześniejsze usługi). Przez długi czas sekwencja wygląda, jakby Littlefinger nie orientował się, że młodsza Starkówna ma go na oku, jednak późniejsza scena udowadnia jednak, że prawdopodobnie Baelish zastawił pułapkę, która ma zasiać niezgodę pomiędzy siostrami. Littlefinger bowiem każe Maestrowi Wolkanowi przynieść tajemniczy list i ukrywa go w swojej komnacie. Jak się okazuje i jak się udało niektórym ustalić jest to list, który Sansa przysłała Robbowi na polecenie Lannisterów (albo pod koniec pierwszego, albo na początku drugiego sezonu). Arya niestety nie zna kontekstu tego listu, co może spowodować u niej chęć zabicia siostry.

Jon wraz ze swoimi ludźmi dopłynął do Eastwatch. Tormund uważa pomysł Snowa za nieodpowiedzialny, bardzo ryzykowny i w ogóle. Generalnie rozmowa jest bardzo trafna, bo plan jest desperacki, Jon ma za mało ludzi i nie wziął Brienne ze sobą. I nagle wychodzi na jaw, że we Wschodniej Strażnicy są też inni ludzie, którzy chcą iść za Mur. Tormund zabiera Jona i jego towarzyszy do lochów, gdzie, surprise surprise, zamknięta jest ekipa Berrica Dondariona. To znów spotkanie osób, które dawno się nie widziały (i nie zawsze żywią wobec siebie uczucia pozytywne). Jon widział ostatni raz Ogara w Winterfell (daaaaaaaawno temu), Gendry został sprzedany przez Berrica i Thorosa Melisandre, a Joraha i Thorosa łączy wspólna historia (walczyli ramię w ramię przeciwko rebelii Greyjoyów), a Tormund żywi niechęć do Mormonta, bo Jeor zabijał Dzikich. Ale lubią się czy nie – muszą iść razem za mur. Siedmiu wspaniałych kurka wodna. Nie ważcie mi się umierać! Ani jeden z was!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *