Siedem lat grzechu Alistaira Kalafiora – “Obudzone pragnienia” Sylvii Day

Po komercyjnym sukcesie „Pięćdziesięciu twarzy Greya” na polskim rynku wydawniczym zaczęło pojawiać się coraz więcej powieści erotycznych. Sylvia Day to jedna z najbardziej rozpoznawanych autorek tego nurtu, a jej cykl „Rozpalona” (lub oryginalnie „Crossfire”) stał się niekwestionowanym bestsellerem. Recenzja jednak dotyczyć będzie innej powieści autorki, wydanej w oryginale pod tytułem „Seven years to sin”.

„Obudzone pragnienia” (bo taki jest polski tytuł) to romans historyczny, w którym autorka przenosi nas do bliżej nieokreślonego okresu historii Anglii, gdzie możemy obserwować losy dwóch sióstr arystokratycznego pochodzenia: Jessiki i Hester. Pierwsza z nich, od niedawna wdowa, wyrusza w rejs do położonej na Jamajce plantacji, aby odetchnąć od pełnych współczucia spojrzeń i na statku spotyka znajomego z dawnych lat, Alistaira Caulfielda. Druga z sióstr zmaga się z własnym mężem, który pije zbyt wiele i nie może opanować swoich żądz. Z tego opisu mogłaby się  wyłaniać całkiem przyjemna historia obyczajowa, a nawet ciekawy romans, zmieszany z powieścią obyczajową.

Jednak tak nie jest, bo zamiast romansu dostajemy najzwyklejsze w świecie soft porno. Cała akcja (mam wrażenie, jakbym oglądała film na fast-forwardzie), jaką możemy zobaczyć zawsze i tak kończy się sceną seksu. Z tym, że nie zawsze jest to akt seksualny opisany na kartach książki, a jedynie zasugerowany. Jednakże dużo częściej autorka tworzy rozbudowane wielostronicowe opisy „momentów”, dokładne i z wieloma szczegółami, by czytelniczki mogły wzdychać i rumienić się czytając o „twardości jego przyrodzenia” albo o kolejnych orgazmach bohaterów. Wszystko podporządkowano scenom seksu i właściwie czytając miałam wrażenie, że akcja toczy się bez żadnego ładu i składu, niczym w filmach o Emmanuelle.

Podobnie sensu nie mają relacje bohaterów. Ujmę to jeszcze inaczej – one po prostu nie istnieją. Poza tym, że uprawiają seks, Lady Jessica Tarley i Alistair Caulfield (którego nazwisko notorycznie czytałam jako Cauliflower[1]), nie ma między innymi żadnej relacji. Rozmowy, które prowadzą są wymuszone i nienaturalne, w większości nie mają nawet żadnego sensu. Problemem jest również, że oprócz ciągłego spędzania czasu w łóżku i deklaracji, jakie to uczucie do siebie czują, czytelnik nie ma okazji, aby zaobserwować jakąkolwiek chemię między bohaterami. Wygląda to tak, jakby autorka na siłę pchała ich w swoje ramiona, zmuszając do wygłaszania górnolotnych deklaracji o miłości i zaangażowaniu. Jeszcze gorzej sytuacja przedstawia się  w przypadku bohaterów pobocznych, którzy ani nie mają charakterów, ani ich zachowania nie przejawiają żadnej logiki i wyglądają na odgórnie sterowane przez imperatyw.

Autorka zasłużyła na jedną, niewielką pochwałę z mojej strony. Sceny seksu są naprawdę dobrze napisane – nie są to czysto techniczne opisy czynności ani przepoetyzowane akty. Day udało się znaleźć złoty środek pomiędzy romantyzmem a naturalizmem i tak opisać „momenty”, by dało się czytać je bez uczucia zażenowania (wszakże autorka pisze romanse/erotyki, więc wprawę ma). Wydaje mi się jednak, że w książce tychże zbliżeń między bohaterami pojawia się zbyt wiele, przez co (tak jak pisałam nieco wyżej) brakuje chemii pomiędzy bohaterami i nie odczuwa się tego szczególnego seksualnego napięcia pomiędzy nimi. Co wpływa również na odbiorców – sceny seksu zaczynają nudzić i przy piątej czy szóstej z kolei przestaje się je śledzić z wypiekami na twarzy (no dobra, ja nie śledziłam ich z wypiekami na twarzy, ale to może dlatego, że nie gustuję w takiej literaturze?).

Zanim skończę, odniosę się jeszcze do tłumaczenia, które co prawda nienajgorsze, jednak pozostawia wiele do życzenia. Wielokrotnie czytając dialogi bohaterów miałam wrażenie, że nie mają one większego sensu, co może mieć dwie przyczyny: albo jest to wynik niedbałości autorki, każącej pleść bohaterom farmazony, albo potknięcia tłumacza. Jednak, co najbardziej rzuca się w oczy to przekład tytułu. „Seven years to sin” odnosi się bezpośrednio do treści utworu – Alistair Caulfield i Jessica Tarley mają pewną wspólną tajemnicę: w prologu (dziejącym się na siedem lat przed główną akcją utworu) lady Jessica (wówczas jeszcze Sheffield) w trakcie spaceru przypadkiem została świadkiem nieprzyzwoitej sceny z Alistairem Caulfieldem w roli głównej, która to scena przez siedem lat nie dawała jej spokoju. Po polsku „Obudzone pragnienia” cóż nie odnoszą się do niczego, a co gorsza od razu kojarzą się z niskiej jakości Harlequinem.

Szczerze mówiąc, wiedziałam, że to nie jest lektura dla mnie, jednak cóż los sprawił, że książka trafiła w moje ręce, więc nie mogłam jej nie przeczytać. Po lekturze utwierdziłam się w tym przekonaniu – romanse, a właściwie erotyki, takie jak powieść Day to nie jest literatura dla mnie. I choć czytało mi się „Obudzone pragnienia” całkiem nieźle, a na pewno dość szybko, to pewnie wkrótce zapomnę o tej lekturze.

13221092_612456922243032_3665616357220499459_n

[1] Z ang. Kalafior.

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *