Przaśne przygody pewnego wiedź… tfu Słowianina – „Władca Wilków” Juraja Cervenaka

Moja znajomość z Jurajem Cervenakiem i jego prozą zaczęła się… dziwnie, bo od analizy. I to nie analizy samego dzieła, a od analizy recenzji tegoż. I kiedy przeczytałam ten tekst – stwierdziłam, że nie chcę mieć z autorem czy jego prozą do czynienia, bo to nie mój target, albo już nie mój target[1]. I na długie lata o „Władcy Wilków” zapomniałam. Przypomniała mi o nim znajoma, która przyszła do mnie po opinię o owym dziele (tak więc dzieje się – jesteśmy opiniotórczy!).

We wstępie autor przyznaje, że choć powieść została wydana dopiero w 2003 roku, to do napisania „Władcy wilków”, a właściwie czegoś w nurcie słowiańskiej fantasy został zainspirowany przez Andrzeja Sapkowskiego i jego wiedźmińską sagę już w pierwszej połowie lat 90tych[2]. I jest w tym pewien złośliwy chichot losu, albowiem idol Cervenaka, Sapkowski bezlitośnie kpił z przaśnej słowiańskiej fantasy już w roku 1993 w felietonie zatytułowanym „Piróg albo nie ma złota w Szarych Górach”, który ukazał się w Nowej Fantastyce (05/1993). Trafnie i złośliwe podsumował tam cały nurt słowami: „Nagle zrobiło się w naszej fantasy słowiańsko, przaśnie i kraśnie, jurnie, żurnie, podpiwkowo i lnianie. Swojsko. Zapachniało grodziszczem, wsią-ulicówką i puszczańskim wyrębem, powiało, jak mawiają przyjaciele-Moskale – lietom, cwietom i – izwninitie – gawnom[3]. I te słowa Sapkowskiego można spokojnie odnieść do „Władcy wilków”.

Cervenak napisał książkę, która jest dosłownie idealnym odzwierciedleniem złośliwych słów Sapkowskiego. To Wielka Pirogiada albo Roganiada, w trakcie której bohater (mroczny, a jakże!) i jego przaśna drużyna wyprawia się do tutejszego odpowiednika felietonowych Szarych Wierchów. Jedni po złoto, inni po chwałę, a jeszcze inni po zemstę. A tam Burgut i jego poplecznicy zginą od Roganowej sulicy, bohaterowi włos z głowy nie spadnie. I tylko brak śmietany i świętej pszenicy do zwrócenia do chramu, chyba że w poczet tego policzymy dusze uwolnione z awarskiego zaświatu. Koniec.

Tekst z 1993 roku idealnie opisuje wszystkie problemy, na jakie natrafi czytelnik w trakcie lektury „Władcy wilków”. To, pozostając przy Sapkowej nomenklaturze, Piróg fantastyczno-historyczny, gdzie zamiast Artura i całej reszty mamy Rogana, Wielimira, Mirenę, Krasę i innych Słowian, występujących przeciwko Awarom, którzy zastąpili tutaj Piktów i Saksonów. Nie mamy elfów, krasnoludów i olbrzymów, ale za to dostajemy mgłowca (pierwotnie zidentyfikowanego błędnie jako upiora), złośliwego karła i wężowca – ni to słowiańskie, ni to z własnego pomysłu autora.

Bardziej boli jednak, że bohaterowie „Władcy wilków” to słabiej napisane kalki bohaterów sagi Sapkowskiego. Już na pierwszy rzut oka możemy zobaczyć, że postać Rogana była silnie inspirowana Geraltem – małomówny, cyniczny wojownik, odziany w czerń i obwieszony bronią przywodzi jednoznaczne skojarzenie, zwłaszcza po deklaracji Cervenaka ze wstępu. Idąc tym tropem możemy zauważyć, że love interest Rogana, wiedźma Mirena to po prostu taka inna wersja Yennefer – i choć może nie ma charakterystycznych fiołkowych oczu, to od razu widać po jej złośliwości, po zadziornej naturze, kim była inspirowana. Wielimirowi niezwykle blisko do Zoltana Chivaya. Mgłowiec Libusza to piękna zrzynka z wampira Regisa (ba nawet obu spotyka podobny los). Nawet szwarccharaktery mają swoje odpowiedniki w sadze – wszak czarnoksiężnik Jugurrus to nikt inny jak Vilgefortz, zaś w przywódcy Krwawych Psów Bugrucie można odnaleźć cechy Leo Bonharta.

Co więcej można powiedzieć o „Władcy wilków”? Cóż pod względem kreacji świata jest marnie – większość elementów do siebie nie pasuje, wszystko wygląda jakby autor nie miał pomysłu, jak zgrabnie połączyć w jedną całość słowiański folklor, z własnym pomysłem, realiami historycznymi i jeszcze osadzić w tym sensowną fabułę. Powieść jest totalnie nijaka – ani szczególnie zła, ani dobra. Ani krwawa (choć autor usilnie stara się przemycać do treści sceny brutalności i przemocy, wszak powieść otwiera scena gwałtu, kiepsko napisana  tak nota bene), ani też łagodna. Nie jest również zabawna, choć usiłuje być, a czasami sili się na powagę, co wypada jeszcze gorzej.

Po „Władcę Wilków” naprawdę nie warto sięgać, bo dostaniecie słabej jakości przaśne słowiańskie fantasy, z bohaterami wziętymi z wiedźmińskiej sagi, ale mniej rozbudowanymi. I skoro jest to słabej jakości powieść, to jak wyglądał oryginał, skoro Cervenak kończąc wstęp pisze tak: „Mówiąc krótko i zwięźle, poprawiłem Czarownika[4] tak, aby widoczna była ewolucja mojego warsztatu pisarskiego, która następowała na przestrzeni dekady[5]”.

[1] Tu należy powiedzieć, co to za target. Ze wzmiankowanej analizy można byłoby wywnioskować, że Cervenakowej prozie bardzo blisko do „Achai”.

[2] Juraj Cervenak, Władca wilków, Warszawa 2012, s. 8.

[3] Cały tekst felietonu można odnaleźć tutaj.

[4] Powinno być raczej Czarnoksiężnika.

[5] Juraj Cervenak, tamże, s. 10.

2 thoughts on “Przaśne przygody pewnego wiedź… tfu Słowianina – „Władca Wilków” Juraja Cervenaka

  • 25 kwietnia 2017 at 00:31
    Permalink

    Aż szkoda, że recenzowałem to tak dawno temu i nie mogę się szczegółowo odnieść do całej recenzji. Pamiętam, że nie miałem aż tak negatywnych odczuć i w sumie czytało mi się w miarę znośnie, ale też zwracałem uwagę na nadmierne uproszczenie fabuły i jednowymiarowość postaci. Elementy słowiańskie za to mi specjalnie nie przeszkadzały, ale może to przez swą ignorancję w tym temacie.

    Reply
    • 25 kwietnia 2017 at 22:58
      Permalink

      Może tak bardzo bym się nie czepiała o ten słowianizm, gdyby nie wstęp, w którym Cervenak się strasznie zachwyca Sapkowskim i mówi, że się nim inspirował. I świadomość tego, że Sapkowski negatywnie wypowiadał się o „przaśnej” słowiańskiej fantastyce. No i zrodziła się we mnie chęć spojrzenia z takiej perspektywy 😀

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *