Oto jest i król! „Kong: Skull Island”

Na „Kong: Skull Island” wybierałam się pełna obaw – trochę rozwianych przez bardzo ładne trailery, ale nadal nie do końca pewna finalnego efektu. Bo to przecież był film tego samego studia, co „Godzilla”, która była mocno krytykowana.

I przeżyłam szok. Prawdziwy szok, bo „Kong” jest dokładnym przeciwieństwem „Godzilli”. I to pod dokładnie każdym względem. Naprawdę. Twórcy wyciągnęli wnioski z negatywnych recenzji, mocno przemyśleli wszystkie zarzuty i przy „Kongu” poprawili większość o ile nie wszystkie mankamenty poprzedniego filmu z uniwesum.

„Kong” jako produkcja rozrywkowa ma wszystkie cechy naprawdę dobrego rozrywkowego kina: bohaterów, z którymi można się zżyć i można polubić; ma wielką małpę, która okazuje się być nie do końca takim potworem, jakby mogło się wydawać; ma całą masę większych i mniejszych nawiązań; sporo humoru; fajną akcję. I niesamowite zdjęcia – wraz z rozsądnie używanym slow-mo robią robotę i sprawiają, że z wizualnego punktu widzenia dostajemy perełkę.

Fabuła jest dość kontekstowa, wielu mogłoby ją uznać za najsłabszą rzecz w tym filmie. Mi wystarczyła, zwłaszcza że zostawiła całkiem spore pole do interpretacji. Cieszę się, że twórcy nie wyłożyli nam wszystkiego jak idiotom. I trochę miejsca interpretacjom poświęcę w tym tekście. Poza tym postaram się obalić kilka zarzutów wobec tej produkcji.

I może od zarzutów zaczniemy. Wiele osób ma problem z rolą Toma Hiddlestona jako kapitana Jamesa Conrada, byłego żołnierza SAS, tropiciela wynajętego przez Monarch do przeprowadzenia ich przez dżunglę na Wyspie Czaszki. Spotkałam się z głosami, że nie trafiono tutaj z castingiem, że Tom nie nadaje się do zagrania twardziela. Uzasadnieniem jest chociażby to, że jego postać chodzi z karabinem, którego prawie nie używa (albo używa go sporadycznie) oraz to, że głównie dramatycznie pozuje.

Powiedzcie mi – czy prawdziwy twardziel chodzi cały czas z palcem na spuście? No chyba raczej nie, prawdziwy „twardziel” albo prawdziwy żołnierz… albo osoba, która zna się na przetrwaniu i tropieniu, a taką postacią ma być James Conrad, nie strzela do wszystkiego co wyskoczy zza krzaka i woli raczej uniknąć zbędnej walki niż niczym Leeroy Jenkins rzucać się na każdy cień. Postać grana przez Hiddlestona głównie zajmuje się prowadzeniem reszty bohaterów, wybieraniem ścieżek, ich przetrwaniem (chociażby w scenie kiedy uspokaja Slivka i zakazuje mu strzelać do tego olbrzymiego bawoła – cholera jasna, trzeba być rozsądnym i twardym, by w sytuacji takiej jak ta nie pociągnąć za spust chociażby ze strachu). Łagodzi też spory czy stara się podejmować rozsądne decyzje (jak chociażby o przerwaniu wędrówki do wraku Sea Stalliona). Dba o morale swoich towarzyszy: ucisza Slivka, kiedy ten plecie bez pomyślunku jęzorem o żonie Marlowa i dba o to, żeby Weaver po podtopieniu nie dochodziła do siebie w samtności. Conad robi wszystko to, do czego był zatrudniony i wszystko to, czego można byłoby się spodziewać po tropicielu, który z wietnamskiej dżungli uratował dwunastu zestrzelonych pilotów. A przy okazji jest też porządnym człowiekiem.

Mówi się też, że bohaterowie Konga nie mają charakterów. Albo, że posiadają tylko jedną cechę charakteru i że się nie rozwijają. Nijak nie zmieniają. Z tym też się nie mogę zgodzić. Owszem, na pierwszy rzut oka może się wydawać, że pułkownik Packard jest kolejnym złym wojskowym granym przez Samuela L. Jacksona, że Mason Weaver to kolejna inkarnacja nijakiej bohaterki, której głównym zadaniem może nie jest uciekanie w szpilkach przed tyranozaurem, a cykanie tylko fotek i paradowanie w podkoszulku. Krytykuje się też twórców, że nie powiedzieli, dlaczego Conrad odszedł z SAS. O reszcie postaci (poza Marlowem, którego wychwala się pod niebiosa – i słusznie) się nawet nie wspomina, jakby byli tylko nic nie znaczącymi pionkami.

Przyjrzyjmy się Packardowi. W filmie pada świetne zdanie na jego temat, wypowiedziane przez Conrada w odpowiedzi na stwierdzenie Weaver, że pułkownik ma kij w tyłku: „To odznaczony bohater wojenny, oni tak mają” (nota bene wypowiedziane z goryczą, ale do wyjaśnienia tego przejdę nieco później). Owszem, jest bohaterem wojennym, odznaczonym żołnierzem. I człowiekiem, dla którego wojna jest wszystkim co zna. Widać to już na samym początku w fazie ekspozycji – kiedy inni cieszą się z powrotu do domu, Packard nie ma szczęśliwej miny. Cieszy go perspektywa pozostania na wojnie chociażby na jedną kolejną misję. Ale czy poza tym jest w nim coś innego? Tak, jak widać to po scenie przed wleceniem w burzę[1] Preston Packard jest urodzonym wojskowym i dowódcą, świetnie potrafi zmotywować i zmobilizować swój oddział. Dba o nich i się troszczy – jak dobry ojciec. Cierpi, kiedy jego ludzie giną i nic dziwnego, że z postanawia ich pomścić. I jest w tym wszystkim absolutnie poważny, co odróżnia Packarda od innych granych przez Samuela L. Jacksona postaci.

Mason Weaver zostaje nam przedstawiona jako fotografka antywojenna i świetnie wykorzystuje się to w filmie – przeciwstawia się „wojnie”, jaką Packard wypowiada Kongowi, przeciwstawia się bezsensownemu bestialstwu wobec gospodarza na Wyspie Czaszki i mierzi ją od samego początku pomysł zrzucenia głowic sejsmicznych na powierzchnie wyspy. Warto w jej przypadku zauważyć, że nie jest osobą o nastawieniu antywojskowym, co świetnie widać w scenie, w której robi zdjęcia drużynie Packarda na pokładzie Atheny. To odważna, złożona postać, która widziała niejedno i wie, że wojna nie jest niczym dobrym. Niezwykle ważna jest empatia tej kobiety – okazuje ją zarówno w rozmowie z Conradem, kiedy oglądają razem zorzę, okazuje ją również widząc cierpiące stworzenie i dzięki temu zyskuje sympatię Konga. To też silna osoba, która potrafi się postawić, kiedy trzeba i jest w stanie zaryzykować własne bezpieczeństwo i zdrowie dla dobra sprawy.

I znowu pojawia się nam w zarzutach kapitan James Conrad – że nie tłumaczy się dlaczego odszedł z wojska. A jeśli się dobrze wsłuchać w wypowiedzi bohaterów, wtedy dostaniemy informacje, dlaczego tak się stało. Zacznijmy może trochę od środka filmu, gdzie w rozmowie z Weaver pada stwierdzenie, że ojciec Conrada był pilotem RAFu i jadąc na wojnę rzucił młodemu wówczas Jamesowi swoją zapalniczkę. Ważniejsza jest jednak druga część wypowiedzi: „uważałem go za bohatera”. I prawdopodobnie ze względu na to, że ojciec jawił mu się jako bohater Conrad wstępuje do armii i jedzie do Wietnamu. Gdzie spotyka się z udekorowanymi bohaterami wojennymi pokroju Packarda – twardymi, bezwzględnymi, być może okrutnymi. To stanowczo burzy wizerunek jego ojca i co najważniejsze podkopuje ideę służby wojskowej. Przez to porzuca służbę. I wiecie co jest najważniejsze? Conrad ma szansę w tym filmie na odzyskanie wiary w bohaterów wojennych (a przynajmniej w ojca), dzięki Weaver. W scenie, w której oglądają razem zorzę polarną podarował jej zapalniczkę ojca. I ta sama zapalniczka (a więc po części jego ojciec) ratuje mu życie w scenie na cmentarzysku.

Warto zauważyć też, że choć ludzie z drużyny Packarda są raczej archetypami[2] niż pełnoprawnymi bohaterami to i wśród nich można zauważyć ciekawy materiał do interpretacji – zwłaszcza postać Cole’a jest interesująca. Pod jakim względem? To chyba postać, która wynosi najwięcej ze spotkania z Kongiem. Od dziecka wpajano mu prawdopodobnie dość czarno-białe postrzeganie świata – my kontra wróg i koniecznie musimy go pokonać (vide jego prywatna wersja bajki o myszy i lwie). Najbardziej znaczące jest jednak w jego postaci, że takie myślenie pokazuje, że jeśli wróg nie istnieje to trzeba go sobie stworzyć (Kong nie był wrogo nastawiony do ludzi z helikopterów, ale ludzie z helikopterów zrobili sobie z niego wroga). Pod koniec filmu Cole odrzuca jednak to myślenie, którego symbolem był kałasznikow, odebrany staremu Wietnamczykowi, a co najważniejsze może również zdawać sobie sprawę z tego, że jego życie było oparte na błędnym przekonaniu. W związku z tym, postanawia się poświęcić, by reszta ekipy mogła uciec.

„Kong” to nie tylko postacie ludzkie, ale również król z Wyspy Czaszki, gigantyczna człekokształtna małpa. W przeciwieństwie do „Godzilli”, w której tytułowego potwora było jak na lekarstwo, w „Kongu” będziemy mogli się napatrzeć bardzo dobrze na Konga. Twórcy zachowali balans pomiędzy ilością scen z ludźmi a ilością scen z Kongiem, dzięki czemu uniknięto sytuacji, że wątki ludzkie przytłaczają to co jest sednem tego filmu, czyli wielkiego potwora. Z drugiej strony fabuła jest na tyle angażująca a bohaterowie interesujący, że momenty bez wielkiej małpy nie są nużące.

Byłam na „Kongu” w kinie dwukrotnie i za każdym razem bawiłam się tak samo dobrze. To film niesamowicie dobrze zrealizowany pod kątem technicznym, eklektyczny i bawiący się śmiało konwencją i gatunkami, momentami zabawny, momentami poważny, ale przede wszystkim interesujący. Moim zdaniem – jeden z poważnych kandydatów do top 10 najlepszych filmów tego roku, o ile będę robiła takie zestawienie.


[1] Tu spotkałam się z zarzutem, że ta scena jest fatalna, bo Packard pyta: „Pamiętacie mit o Ikarze” a potem go streszcza, przez co twórcy pokazują, że mają ludzi za idiotów. Chciałabym wyjaśnić jeden fakt – tam nie ma pytania – zarówno w oryginale, jak i w tłumaczeniu. Cytat brzmi tak: „Remember the tale of Icarus, whose father gave him wax wings to fly. But he flew too close to the sun, and his wings melted, and he fell into the sea. But U.S Army is toughtful father and gave us wings that are not made of wax, but Pennsylvania steel, guaranteed not to melt”, co stanowi świetną mowę motywacyjną dowódcy do swojego oddziału, żeby jego ludzie nie bali się lotu w koszmarnych warunkach.

[2] Jest żołnierz, który chce wrócić do rodziny – Chapman, wesołek o małym rozumku – Mills, maskotka – Slivko, twardy weteran, będący wcieleniem dyscypliny – Cole.

4 thoughts on “Oto jest i król! „Kong: Skull Island”

  • 20 marca 2017 at 12:51
    Permalink

    Mi się strasznie podobały te wszystkie małe rzeczy, którymi twórcy pokazują zgranie oddziału. To, że oni wszyscy „piszą” listy do Billy’ego. Cole zagadujący innego żołnierza kiedy helikopter spada. Ta opowieść o Ikarze. Chapman martwiący się o pułkownika. Dostajemy ensemble hero, więc jego osoby składowe mają dwie-trzy cechy, ale to wystarczy.
    Oraz, jak mi się podobał brak romansu na pierwszym planie!

    Reply
    • 20 marca 2017 at 13:23
      Permalink

      Ja w ogóle doszłam do wniosku, że tam nie ma romansu. No chyba, że pomiędzy Brooksem a San. 😛

      Reply
  • 21 marca 2017 at 13:24
    Permalink

    Ja od pewnego czasu jestem niemal zupełnie bezfilmowy, ale jako niegdysiejszy wypożyczacz wszystkie VHSów z Godzillą i niezbyt skryty amator Transformersów myślę, że ten film spodobałby mi się na pewno. Zresztą byłem go ciekaw od pierwszych trailerów.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *