O chudym Jimie, co trolli się nie bał (albo bał), czyli dlaczego warto obejrzeć Trollhunters

Jest coś niesamowitego w tym, że czasami zupełnym przypadkiem odkrywamy serial, w którym grają nasi ulubieni aktorzy. Albo użyczają w nim swoich głosów. I zaczynamy go oglądać, a potem tak się wciągamy, że zapominamy, że właściwie zaczęliśmy go oglądać z powodu aktora, który się gdzieś tam pojawia.

Tak miałam z „Trollhunters”, serialem animowanym Netflixa, a stworzonym przez Guillermo del Toro. Odkryłam go zupełnym przypadkiem (powiadomienie o pojawieniu się serialu w ofercie mi jakoś umknęło), a lista nazwisk zaangażowanych w projekt zachęciła mnie do sprawdzenia. Usiadłam, zaczęłam oglądać, a potem wsiąknęłam. Zostałam kupiona i nie ma dla mnie ratunku.

„Trollhunters” to typowa animacja z gatunku from zero to hero, gdzie bohater zupełnym przypadkiem zostaje wybrany do zadania, które oczywiście go przerasta. Wszak James Lake Junior ma tylko piętnaście lat, jest chudym nastolatkiem, który nigdy się nie bił, a nagle musi… walczyć z trollami dwa albo trzy razy większymi od niego. To jedna z tych historii, w których nastoletni bohater w kilka dni musi nauczyć się czegoś, na co jego poprzednicy mieli zapewne setki lat.

Nie ma jednak co narzekać na przeeksploatowany motyw od zera do bohatera, bo historia jest tak urokliwa, bohaterowie tak sympatyczni, a świat tak dobrze skonstruowany, że nie jest w stanie tego zepsuć najbardziej sztampowe ze sztampowych założeń. Z resztą i ono jest przełamywane przez twórców, bo jeśli się przyjrzeć całej sytuacji, to Jim nie do końca zaczyna od bycia nikim. On od samego początku jest bohaterem, a właściwie superbohaterem i od samego początku wiedzie podwójne życie, potem zostając łowcą trolli tylko poszerza zakres swoich bohaterskich obowiązków. Jim jest bohaterem w swoim domu – wychowywany przez samotną matkę, ciężko pracującą lekarkę, zdejmuje z jej ramion domowe obowiązki, dbając nie tylko o siebie, ale również i o nią.

To także serial, który pokazuje odważniej niż inne tego typu produkcje, że bycie superbohaterem wcale nie jest takie super. Że to tak naprawdę ciężka praca, którą nie wszyscy docenią. Pokazuje również przede wszystkim z jaką trudnościami wiąże się łączenie normalnego życia z superbohaterstwem, życia podwójnym życiem w trakcie jednej doby, łączenie obowiązków domowych, szkolnych z rolą łowcy trolli. Dekonstruuje również motyw utrzymywania swojej super tajnej tożsamości w tajemnicy, udowadniając, że niemożliwym jest utrzymanie tego w sekrecie.

Główny bohater, Jim, czasami trochę za bardzo chce, przez co nie raz, nie dwa sprawy przybierają niespodziewany i niezbyt korzystny dla wszystkich po dobrej stronie obrót. Czasami brakuje mu cierpliwości, często buntuje się przeciw radom udzielanym przez bardziej doświadczonych. Potrafi jednak uczyć się na błędach, a wiedząc, że nie poradzi sobie ze wszystkim sam chętnie korzysta z pomocy przyjaciół.

I to oni robią też mnóstwo dobrych rzeczy dla serialu, chociaż Jim też jest świetną postacią, jednak jego zachowanie bywa czasami irytujące i nie raz jego przyjaciele ratują sympatię do niego. Mimo że na pierwszy rzut oka mogło by się wydawać, że mamy do czynienia (zwłaszcza w drugiej części sezonu) z klasycznym przykładem powielającym schemat stworzony przez Rowling: a więc główny bohater, który mimo bycia chosen one potrzebuje ciągle pomocy; jego najlepszy przyjaciel, trochę taki comic relief oraz ONA. Inteligentna i ładna dziewczyna, która zawsze przyjdzie z pomocą jeżeli będzie trzeba rozwiązać jakąś zagadkę, a co najważniejsze pomoże też z lekcjami. Okazuje się jednak, że Toby Domzalski ma większą rolę niż tylko bycie typową postacią do pośmiania się, a Claire Nunez to nie tylko ta inteligentna dziewczyna od zagadek. Świetnie wpasowują się również w całość postaci nie-ludzkie – Blinky i Arrrrgh, a później również Draal i inni.

Najbardziej interesującą postacią jest jednak Strickler – ciężko jakkolwiek go interpretować, ale to niesamowite, jak można napisać w animowanej serii przeznaczonej dla dzieci postać tak skomplikowaną i tak złożoną. Początkowo Strickler przedstawiany jest nam jako nauczyciel darzący Jima wielką sympatią, potem okazuje się być jednak kimś zupełnie innym, by pod koniec sezonu pokazać się jeszcze z innej strony. Skoro już raz użyłam porównania do Rowling, to zrobię to raz jeszcze – można byłoby jego historię odnieść do Snape’a, jednakże moim zdaniem to podobieństwo dość powierzchowne i pozorne.

Chciałoby się napisać, że świat kreowany przez twórców jest zaskakująco kompleksowy, ale wcale nie czuję się tym zaskoczona. Wszak tworzył go Guillermo del Toro znany z przywiązania do szczegółów. I widać od razu pewne nawiązania do „dorosłej” twórczości Guillermo. Krasnoludki z jednej strony przypominają hellboyowe „wróżki zębuszki” (ostre jak igiełka ząbki), z drugiej pierwszym skojarzeniem były te dwugłowe stworzonka, które przyniosły Nuadzie wiadomość o śmierci Winka. Miałam mnóstwo podobnych skojarzeń i powiem szczerze – jeśli komuś tęskno do trzeciego Hellboya w reżyserii del Toro to jego tęsknotę ukoi na pewno oglądanie „Trollhunters”.

Polecam, obejrzyjcie ten serial nie tylko dlatego, że dubbingują go fajne głosy, ale również ze względu, że to naprawdę dobra rozrywka jest. Jest tak wciągającym że właściwie obejrzałam go jednego dnia, niemalże nie odrywając się od ekranu, co nie zdarza mi się zbyt często (zresztą pisałam o tym, prawda?).

 

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *