“Nie jestem naukowcem” – The Walking Dead S05E05 “Self Help”

Po „Self Help” spodziewałam się raczej, że będzie to taki zapychacz ekranowy, żeby zbudować jeszcze większe napięcie. I pewnie by się okazało, że tak właśnie jest, gdyby nie zakończenie, które wyjaśniło największą tajemnicę sezonu piątego. Ale po kolei.

Odcinek w całości poświęcony jest grupie, która odjechała autobusem z Abrahamem.  Jadą, gadają, gadają i jadą, Ab rozważa co zrobić po apokalipsie, Eugene jest wyraźnie przygnębiony. Takie tam w sumie smęty, gdy ni z tego, ni z owego autobus wpada w poślizg (jakby pękła im opona). Bum, jak zwykle coś musi pójść nie tak. No ale dziać się musi, bo byłoby za nudno, gdyby tak tylko jechali. Wszyscy są cali, zdrowi i trochę poobijani. Eugene zabija w końcu swojego pierwszego szwendacza i mogą ruszać w poszukiwaniu kolejnego środka transportu w dalekiej drodze do Waszyngtonu.

 

Ponownie z naszą ekipą widzimy się w jakiejś mieścinie (one wszystkie wyglądają tak samo), w księgarni, która została na tę jedną noc ich bezpiecznym schronieniem. Mamy kilka scenek rodzajowych, kilka rozmów, a potem uprawiających seks Abrahama i Rositę (to chyba pierwsza tak otwarcie pokazana scena seksu – Glenn i Maggie ujęci byli w trakcie gry wstępnej, a Gubernator i Andrea byli już po). Całość obserwuje beznamiętnie Eugene (ten facet mnie przeraża), który potem w rozmowie z Tarą przyznaje się, że jest winny wypadkowi (nie wnikajmy w to jak to zrobił, ważniejsze będzie dlaczego to zrobił). Glenn i Maggie rozmawiają sobie przed snem o tym, jak dobrze jest mieć cel.

 

Rankiem drużyna kontynuuje poszukiwania transportu – znajdują wóz strażacki, który stawiają na koła i już, już mają ruszyć, ale nagle coś się psuje. I bum, nagle pojawiają się zombie (bo było ich za mało w okolicy), które prawie zabijają nam Abrahama i jego ludzi, ale dzielny strażak Eugene ratuje sytuację – woda pod ciśnieniem dosłownie zmywa szwendaczy. I już mogą jechać dalej, szczęśliwie uratowani przez gościa, który jeszcze chwilę temu twierdził, że jest absolutnie nieprzydatny grupie.

 

Ale za dobrze nie mogą mieć (Rick aż takiego pecha nie ma – kto przyciąga nieszczęścia Eugene czy Abraham?), bo na drodze przed nimi jest horda. Glenn, Maggie, Tara, Eugene i Rosita radzą, by zawrócić i poszukać objazdu – ale Abraham odrzuca od razu taką opcję, bo liczy się dla niego jak najszybsze dotarcie do Waszyngtonu. I kiedy gotowy jest dokonać samobójczej próby przejechania przez hordę szwendaczy (przy okazji której zginęliby pewnie wszyscy), Eugene wyznaje prawdę.

 

Lekarstwa nie ma. Nie jest naukowcem. Umyślił sobie, że w Waszyngtonie będzie bezpieczniejszy. A ani nie potrafi strzelać, jest tchórzem, ale chciał przeżyć. Więc wymyślił sobie śpiewkę, że ma wielką misję ratowania świata i zdołał przekonać do niej innych. Sprytu nie można mu odmówić. Ale im bliżej Waszyngtonu, tym było trudniej, tym bardziej bał się, co będzie na miejscu. Stąd niejasne tłumaczenie w kościele, stąd próba nierozdzielania się z Rickiem i jego grupą (byle dotrzeć do DC jak najpóźniej), stąd uszkodzenie autobusu. Ale dłużej się już nie dało. Za co biednemu Eugene’owi się oberwało.

 

I tutaj trzeba poświęcić chwilę na retrospekcje Abrahama, które nie wyjaśniają niczego, albo prawie niczego nie wyjaśniają. Rzucają tylko światło na to, dlaczego nasz pseudo-naukowiec dostaje po gębie. Abraham na początku apokalipsy zombie miał rodzinę (tak przynajmniej to rozszyfrowałam). Ale ją stracił – bo jego żona i dzieci bały się go (zabił gołymi rękami całą bandę ludzi/zarażonych), więc odeszli i pozostawili go. Zginęli oczywiście, a kiedy Abraham ich znalazł – chciał popełnić samobójstwo. Ale pojawił się Eugene i opowiedział swoje zgrabne kłamstewko. Zdesperowany Ab złapał się ostatniej deski ratunku i tak wylądował, gdzie wylądował. A teraz Eugene mu to wszystko odebrał. Trochę to okrutne, ale lepiej teraz, niż w Waszyngtonie albo w szczerym polu otoczeni szwendaczami. Teraz mają szansę zawrócić.

 

Och, odcinek był całkiem niezły, nawet pomijając wszystkie te głupiutkie sytuacje (przy wypadku autobusu wyrwało mi się „Seriously?”). Szkoda tylko, że prawdopodobnie zatem osiądziemy gdzieś w tej Georgii zamiast się przemieścić na północ. Albo gdziekolwiek. Byle dalej o Atlanty.

Sharing is caring!

6 thoughts on ““Nie jestem naukowcem” – The Walking Dead S05E05 “Self Help”

    • 14 listopada 2014 at 22:12
      Permalink

      Przyznam się szczerze – nie czytałam ani komiksów, ani książek i nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się nadrobić. Serial jest mnie czasochłonny 🙂

      Reply
  • 18 listopada 2014 at 15:09
    Permalink

    Świetnie było, ubawiłam się setnie. Najpierw im autobus padł, a ledwo co wyruszyli, no totalnie nie do przewidzenia. “Bikes don’t burn”, lol, i wyobraziłam sobie jak popylają na rowerach przez lasy i pola a za nimi goni horda zombie. A w tle muzyczka z “Benny Hill’a”. 8D Potem zrobiło się nieco poważniej i wolniej, ale Abraham loses his shit. Jak mu pięknie odwala. I podręczniki o automotywacji, lol. I tak, armatka dała czadu, piękna scena. A wizja z wozem strażackim z piekła rodem (“zamiast ropy żłopie zło” 8D) wydała mi się jeszcze zabawniejsza niż rowery. I mocna końcówka, kiedy Eugene się wreszcie wygadał, rozegrali to lepiej niż w komiksie gdzie, z tego co pamiętam, wyszło tak przy okazji. Hue hue, dobry odcinek, dobry.

    Krakatoa

    Reply
    • 18 listopada 2014 at 18:58
      Permalink

      “Bikes don’t burn” było niezłe, aczkolwiek w mojej racjonalnej główce pojawiła się czerwona ostrzegawcza lampka z napisem “hej, rowery może się i nie palą, ale kiepsko chronią przed zombie”. 🙂
      Końcówka była świetna, zwłaszcza jak Abrahamowi odwaliło 🙂

      Reply
    • 19 listopada 2014 at 17:19
      Permalink

      Jak to wojskowemu. (;
      Teraz ja to widzę tak – przez następny odcinek nie będą wiedzieć co ze sobą zrobić, Maggie i Glenn (ten wąsik, lol, na początku myślałam, że on tylko taki brudny jest nad tą wargą) na pewno będą chcieli wrócić do Ricka, reszta się z nimi zgodzi, ale będą się musieli uporać z Abem i jego autodestrukcyjnymi ciągotami, będzie dramat, będzie akcja, będą przemowy, a pod koniec odcinka się pogodzą i ruszą dalej. Rick i jego stado wybędą z kościoła, i wszyscy spotkają się po drodze w jakichś dramatyczno-niebezpiecznych-zombie okolicznościach, i jedna grupa będzie ratować drugą. Mam tylko nadzieję, że ich zejście się nie będzie przedłużane w nieskończoność, bo niedługo ta chrzaniona przerwa emisji w połowie sezonu, której nic a nic nie rozumiem. Gupia Ameryka.

      Krakatoa

      Reply
    • 19 listopada 2014 at 22:23
      Permalink

      Przerwa w emicji jest po to, żeby podkręcić atmosferę i wyemitować świąteczną ramówkę. Też jej nie lubię, bo wybija mnie z rytmu. :/
      Co do spotkania grup pewnie będzie tak jak piszesz. 🙂 Intryguje mnie, dlaczego pokazali w pierwszym odcinku Morgana, a teraz jakby o nim zapomnieli. Pewnie szykują mu wielki comeback, cóż zobaczymy.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *