Na co komu Comic Cony, czyli w Nadarzynie zdarzyło mi się być.

Wiecie, miałam nadzieję, że ten wpis będzie wyglądał inaczej. Że zamiast narzekania, zamiast krytyki pojawią się pochwały i zachwyty. Że pierwszy Comic Con w Polsce, czyli Warsaw Comic Con w Nadarzynie będzie warty tych wszystkich przechwałek i zapewnień organizatorów. Uprzedzając pytanie – nie był.

Comic Conów moc

Ale zacznijmy od początku… bo żeby zobaczyć skalę tej całej porażki oraz opowiedzieć sobie na pytanie, czy aby na pewno potrzebujemy Comic Conu w Polsce, skoro mamy Pyrkon, który od kilku lat idzie w stronę imprezy, która większy nacisk kładzie na targi niż na program. A odpowiedź na to pytanie z kolei pokaże nam również kwestię tego, co wniósł do polskiej sceny konwentowej Nadarzyncon™ (zwany również Niebieskim Comic Conem™).

W lipcu zeszłego roku pojawiła się informacja, że w Kielcach odbędzie się Europe Comic Con, czyli impreza wzorowana na formule amerykańskich festiwali komiksowych (tak, samo wyrażenie Comic Con oznacza ni mniej, ni więcej niż konwent komiksowy od Comic Convention), z dużym naciskiem na część targowo-festiwalową. Jako że we wprowadzenie tego wydarzenie w życie zaangażowany był Jakub Ćwiek, pozwolę sobie kielecki Comic Con nazywać w uproszczeniu Ćwiek Conem™. Jednak wkrótce okazało się, że niestety, z powodu wielu nakładających się na siebie przyczyn Ćwiek Con™ nie odbędzie się.

Już wtedy wieszczono, że format Comic Conu nie przyjmie się w Polsce, chociażby ze względu na kwestię tego, że wśród członków polskiego fandomu powszechnie uważa się, że program jest ważną częścią imprezy (choć jest to teza sporna, wystarczy poczytać felietony Diabła, żeby zobaczyć, że dla wielu osób równie ważne albo i ważniejsze stały się spotkania z fandomowymi znajomymi).  No nic, po Ćwiek Conie™ trochę pozostał niesmak, ale trup kieleckiego festiwalu nie ostygł nawet, kiedy pojawił się inny Comic Con, czyli Comic Con Polska (później nazywany Żółtym Comic Conem™ lub też Google Translate Conem™ ze względu na komunikaty, które wyglądały, jakby tłumaczone były z języka obcego na polski za pomocą narzędzi google).

Google Translate Con™ od samego początku wzbudzał ciche chichoty i niemałe zażenowanie, kiedy chwalono się kolejnymi „gwiazdami” drugiego i trzeciego planu w komunikatach przypominających spam-maile od nigeryjskich miliarderów chcących się podzielić majątkiem. Była to woda na młyn kolejnych głosów, że nie potrzebne nam są Comic Cony w Polsce, skoro mamy swoje konwenty z Pyrkonem na czele a dla miłośników komiksów Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi.

Jako ostatni zjawił się na scenie Warsaw Comic Con dla odróżnienia od poprzednika nazywany Nadarzynconem™ (z powodu lokalizacji) lub Niebieski Comic Con™, który jako termin wybrał sobie pierwszy weekend czerwca, żeby jeszcze bardziej wprowadzić wszystkich w stan osłupienia i oszołomienia nawałem informacji. Przez pierwszy kwartał roku obie imprezy Żółty™ i Niebieski™ ścigały się w ogłaszaniu gości i podawaniu kolejnych szczegółów. A potem nagle! Bum, Google Translate Con™ przestał ogłaszać cokolwiek, potem nagle zabrakło kontaktu z nimi, aż gruchnęła wiadomość, że został odwołany. W mediach szum, niedowierzanie i panika „a co z moimi biletami!”. Trwało to chyba tydzień, po czym nagle Żółty™ ogłosił u siebie na stronie fuzję z Niebieskim™. Dwa czy trzy tygodnie przed datą imprezy.

Nie to było najlepsze w całej sytuacji, a fakt, że Nadarzyncon™ a przynajmniej osoba prowadząca Niebieskiego™ fanpage’a na pytania ludzi o fuzję Comic Conów odparła, że o niczym takim nie wie, a jedynyn Comic Con to ich, nadarzyński. Oczywiście potem szybko komentarz zniknął, ale że w internecie nic nie ginie, to i ten komć został gdzieś przez kogoś złapany i zescreenowany. Potem poszło jak z bicza strzelił – na stronie i fanpage’u Nadarzynconu™ pojawiła się informacja o tym, że tak doszło do fuzji, że Niebieski™ honoruje bilety z Żółtego™. I tak na scenie pozostał już tylko jeden Comic Con.

Nadarzyncon™ – mistrzowie informacji nieprawdziwych

Dochodzimy powoli do clue tego tekstu, czyli samej relacji z imprezy, ale zanim to nastąpi, pozwolę sobie na jeszcze jeden przydługawy fragment wprowadzający. Otóż bowiem, przed imprezą dostaliśmy całą masę zapowiedzi i informacji, z których częściowo się potem wycofano lub odwołano.

Weźmy na przykład kwestię gości – jako jedna z pierwszych osób, które jako gość miała zjawić się w Nadarzynie, został ogłoszony John Cavanagh. Do samego festiwalu figurował on w zakładce „Aleja Gwiazd” (i mam wrażenie, że figurował tam również jeszcze w trakcie imprezy). Oczywiście nie było go. Charles Dance w ostatniej chwili odwołał swój przyjazd – tutaj sprawa wygląda w ogóle bardzo dziwnie, bo Charles bardzo późno pojawił się w rozpisce atrakcji z wpisaną informacją, że będzie w niedzielę. Jakby już wtedy wiedziano, że Dance się nie zjawi i wpisano go na niedzielę (licząc, że fani zniechęcą się i w niedzielę się tak tłumnie nie zjawią). Kurczę taka wielka gwiazda (największa jeżeli chodzi o dorobek), a wepchnięta w ostatni dzień festiwalu?

Nagle tuż przez Nadarzynconem™ ogłoszono, że w niedzielę zjawi się Alfie Allen, który przez organizatorów został tak po macoszemu potraktowany, że nie dodrukowano mu nawet rozpiski dyżurów autografowych, tylko zapisano je markerem na plakacie. Można tylko podejrzewać, że Alfie po prostu zastąpił na ostatnią chwilę Dance’a, tylko nie poinformowano o tym wcześniej uczestników, żeby nie podniosło się larum i ludzie nie chcieli zwracać biletów, kupionych głównie dla Charlesa. Jeszcze większym przekłamaniem okazała się informacja o tym, jakby na imprezie miał zjawić się Darth Vader.

Brakujący lub znikający goście to tylko niektóre rzeczy, którymi fałszywie był reklamowany Nadarzyncon. W programie atrakcji i na mapce pojawiała się informacja na temat Wiosek Fantastycznych (lokalizacja w hali B) – m.in. reklamowana była atrakcja o nazwie Bitwa Pięciu Armii, miało być też jakieś obozowisko Nocnej Straży. I oczywiście nic takiego nie było, hala B przez cały czas trwania konwentu była niedostępna dla zwiedzających, a wioski (wikingów i postapo, ale nie Mad Max) przesunięto na otwarte powietrze pomiędzy halę B i C.

Chcecie więcej? Niebiescy™ tak piszą o konwentach w Polsce (i o próbach zorganizowania Comic Conu w wersji polskiej): „Polscy fani fantastyki – Star Wars, Wikingów, Gry o tron, czy Mad Maxa, przez lata mogli tylko pomarzyć o takim wydarzeniu. Były różne próby organizacji w Polsce Comic Conu, ale wciąż nie udawało się zrobić konwentu z prawdziwego zdarzenia”. To moment, te wszystkie Pyrkony i Copernicony, które odwiedzałam to nie konwenty z prawdziwego zdarzenia?! To nie jedyne nieprawdziwe reklamowe hasło, jakie padło przed incydentem w Nadarzynie. W grudniu pisali w swoich newsach tak: „Comic Con 2017 w Ptak Warsaw Expo będzie najlepszą w Europie imprezą dla fanów popkultury.[1] I nie tylko tak, bo jeszcze tego samego dnia w newsie zatytułowanym „Dlaczego warto?” możemy przeczytać taki kwiatek: „Największa i najlepsza impreza tego typu Comic Con Warsaw tworzony jest z myślą o wszystkich fanach popkultury”, natomiast kilka linijek niżej dowiadujemy się, dlaczego Nadarzyncon ma być największy w Polsce – bo ma być połączony z dwiema innymi imprezami[2]! Potem media zalały tak brzmiące newsy: „Warsaw Comic Con to najlepszy festiwal fantastyki i komiksu w Polsce (…)Największa i najlepsza impreza tego typu.”[3]. Jak można tak mówić o imprezie, która się jeszcze nie odbyła?!

Największe kwiatki jednak wyłapał Marcin Zwierzchowski, który wielokrotnie na swoim profilu i fanpage’u informował, że Nadarzyncon™ próbuje się podpinać pod markę San Diego Comic-Conu, sugerując nieistniejące powiązanie pomiędzy obiema imprezami. Twórcy WCC tłumaczyli się błędem w druku, jednak kiedy  w kolejnym artykule sponsorowanym pojawiła się ponownie taka sugestia te tłumaczenia moglibyśmy między bajki włożyć.

O znikającej informacji co do koszulek w pakiecie gold nie będę wspominać, ponieważ niestety nie mam screenshota na to, ani także nie mam możliwości pokazania wam strony z web archiwe’a – jakimś ciekawym zrządzeniem okoliczności strona z biletami i tabelkami uprawnień była wyłączona z archiwizacji.

Inne bolesne przekłamanie dotknęło mnie osobiście. Wraz z Turelem zgłosiliśmy chęć otrzymania akredytacji prasowej, żeby móc po prostu sprawdzić imprezę i na blogu ewentualnie opisać nasze wrażenia. Ku naszemu zaskoczeniu taka akredytacja została nam udzielona bez najmniejszego problemu. Jakie jednak było nasze zdziwienie, kiedy po dotarciu do Nadarzyna okazało się, że… owszem wejściówki otrzymamy, ale z napisem Social Media. Okej, idea nie głupia, wszak sporo informacji wrzucamy na naszego fanpage’a, ja instagramuję, można uznać, że social media jest całkiem niezłym pomysłem. Tylko, że social media okazały się być „gorszym sortem” mediów, bez dostępu do press roomu (pustego przez większość czasu) oraz do strefy mediów w trakcie konferencji prasowej w trakcie oficjalnego otwarcia Nadarzynconu™.

Comic Con na końcu świata, czyli witajcie w Nadarzynie

Po tak przydługich wstępach pora na właściwą relację, którą zaczniemy jeszcze w Warszawie. A konkretnie na przystanku Centrum 06, na którym w piątek o 11 rano kłębił się dziki tłum ludzi w różnym wieku. Tak, wszyscy czekali na jeżdżący w piątek raz na godzinę autobus do Nadarzyna. Ten oczywiście przyjechał spóźniony. Zapchany tak, że ruszyć się nie było jak nie zatrzymywał się na kolejnych przystankach, dotarł po dwudziestominutowej jeździe do targów Ptak Expo. Zatrzymajmy się tu na chwilę – nie chcę wiedzieć, jak wściekli byli ludzie na kolejnych przystankach, widzący przejeżdżający obok nich i nie zatrzymujący się w ogóle autobus. My z Turelem mieliśmy tyle szczęścia, że po prostu nie mogąc znaleźć przystanku Dworzec Centralny 06 cofnęliśmy się w stronę Centrum 06. Inaczej zostałoby nam tłuczenie się autobusami kursowymi, do których z centrum jeszcze trzeba by było dojechać.

Dojechaliśmy do Nadarzyna, jakimś cudem nie umierając w autobusie i dalej lecimy po nasze wejściówki. Świetnie, że strefa wejściówek Vip była jakkolwiek oznaczona. Ironizuję oczywiście, bo żadnego oznakowanie nie było, w pierwszej kasie zostaliśmy odesłani do wejścia D11 – ale jak mamy kurczę znaleźć D11 bez żadnej mapki? No dobra, z boku budynku D były jeszcze jakieś kasy, tam udało się nam dostać mapkę, a jakaś uczynna osoba w okienku powiedziała, że trzeba wejść do budynku i skręcić w prawo, tam będą kasy. Ufff, wreszcie na miejscu? Wcale nie. To znaczy tak, ale to nie koniec przygód z akredytacją, bo jak się okazało kolejka do kas nie miała jednolitego przebiegu i nagle z jednej kolejki robiły się dwie, pochodzące do kas z różnych stron. Podeszliśmy do wolnego stoiska, pytamy o wejściówkę prasową. A tam pani mówi, że to nie u niej. I odsyła na drugi koniec stołu. Ok. potem stojąc w kolejce do kasy dla mediów (aż jedna! Na tak dużą imprezę) rzeczywiście zauważyliśmy karteczkę. Przyczepioną pod ladą, na wysokości pasa, co jest tak idiotyczne, że aż strach. Akredytując się zostaliśmy jeszcze zmuszeni do wyrażenia zgody na otrzymywanie informacji marketingowych od Ptak Expo (serio, ktoś powinien za to odpowiedzieć, tego typu zgody nie mogą być warunkiem uczestnictwa w imprezie, ja nie chcę ich spamu na moim mailu).

Na początek skierowaliśmy swoje kroki do strefy handlowo-wystawowej. I muszę powiedzieć, że było biednie, jeśli chodzi o stoiska. Dowolny Pyrkon ma ich więcej. Bogaciej jest też chyba na Coperniconie. Oczywiście, jak to z takimi imprezami bywa nie mogliśmy nie trafić na znajomych i znajomych pisarzy – tym razem pierwszą wyhaczoną z tłumu (jakiego tłumu, w piątek dużo luzu było), był Michał Gołkowski, który poinformował nas o swoich prelkach (nie wiedzieliśmy że ma, on sam też nie wiedział, dowiedział się chwilę wcześniej, co powinno świadczyć o jakości imprezy). Rozstaliśmy się, poszliśmy pochodzić a o wiadomej porze przyszliśmy do salki literackiej.

O salkach prelekcyjnych można powiedzieć wiele, ale nie to, że były przystosowane do wygłaszania w nich prelekcji – otwarte drzwi zbierały hałas z zewnątrz, ponadto salki/boksy do najszczelniejszych nie należały (zamiast normalnego sufitu kratka), więc słychać było, prelekcje z innych salek, czasami lepiej niż z tej, w której byliście. Ponadto hałas z zewnątrz to nie tylko odgłosy z bliskiego korytarza, ale również z reszty hali, co oznacza muzykę ze stoisk i inne takie. Generalnie nie do pozazdroszczenia warunki. Ale niech się literaci cieszą, że nie byli w salkach manga&anime, które ktoś „mądry” ulokował w hali C, czyli tej na której były Good Game Expo, tuż przy strefie autografów/scenie głównej na której były koncerty/Żelaznym Tronie. Serio, gorzej mieć nie mogli.

Wiecie, był jeden plus, o którym muszę nadmienić – Nadarzyncon™ to była w jednym aspekcie dobra impreza, w porównaniu chociażby do ostatniego Pyrkonu. Wiecie w czym? W tym, że na prelekcje nie było kolejek. Chociaż z drugiej strony to smutne, że fajni prelegenci z fajnymi tematami miewali po pięć osób na sali, kiedy obok przetaczał się tłum ludzi.

Reszta piątku upłynęła nam na snuciu się w te i we w te po halach, spotkaniach (dość przypadkowych) ze znajomymi, albo na próbach odczytania programu imprezy na ekranie telefonu. A no tak zapomniałam zaznaczyć – nie było czegoś takiego jak tabela programowa. Przy akredytacji zapięto nam opaski na dłoniach (niczym bydłu), wydano identyfikator (paskudny, z niezabezpieczonego koszulką/niezalaminowanego grubszego papieru bez możliwości podpisania się na nim). Tyle. Jedyny program jaki mieliśmy mieścił się na mapce, którą dostaliśmy przy drugiej kasie, do której podeszliśmy. Skąd wiedzieć o prelekcjach? Ano z rozpisek wiszących na drzwiach. Tylko, bo wersja mobilna programu  była nie do rozczytania ze względu na to, że była to bitmapa osadzona na stronie. Jedna, wielka bitmapa, pikselizująca się przy próbie powiększenia (poza tym była błędna). W końcu po kilku godzinach snucia się bez celu władowaliśmy się w autobus powrotny (jeszcze bardziej zapchany) i wróciliśmy do domu.

No okej, pomyślałam, że piątek to nudy, bo przecież największe gwiazdy są zaplanowane na sobotę, prawda? Więc daliśmy Nadarzynconowi™ jeszcze jedną szansę. Sobota – tłok w autobusie podobny jak w piątek (mimo, że autobusy co 15 minu), autobusy kursują nie trzymając się rozkładu. Dotarliśmy do Nadarzyna o 11.05 i rzuciliśmy się w te pędy do głównej sceny. Bo przecież otwarcie festiwalu (trzeciego dnia, sic!), gwiazdy na scenie itp. Jako media (choć te gorsze, bo social, ale o tym jeszcze się nie dowiedzieliśmy na własnej skórze) próbujemy dostać się do wyznaczonej strefy. Ochroniarz numer 1 po okazaniu identyfikatora, mówi, że „media wchodzą innym wejściem, mam iść na lewo”. No to idziemy na lewo, ochroniarz numer 2 patrzy na ident z pogardą i mówi „social nie wchodzi do strefy mediów”. Oburzona gotowa byłam się odwrócić i dać sobie na spokój, gdyby nie jakaś wspaniała dusza z tłumu, która zasugerowała – „pani (sic!) spróbuje tam z boku sceny, tam jest ktoś milszy”. No to poszliśmy i dostaliśmy się do środka bez problemu.

Otwarcie opóźniło się o dobre pół godziny. Prowadzącym miał być Jan A.P. Kaczmarek, którego ostatecznie posadzono na kanapie razem z aktorami. A konferansjerom brakowało konwentowego zacięcia – wyglądali jakby prowadzili galę dla TVP. Kąt pod jakim media się znajdują w stosunku do sceny – okropny, brak jakiejkolwiek sensownej opcji robienia zdjęć. Fakt blisko do wejścia na scenę, ale… co innego w komunikacie dla mediów było napisane. Okej, rozpoczęcie się zakończyło, czas na konferencję prasową. Pozwolono mediom zadać trzy (!) pytania. Koniec konferencji, możecie iść. Jedna refleksja mi się nasunęła w trakcie konferencji – widziałam, że np. Carice van Hauten miała problemy albo z rozumieniem, albo z dosłyszeniem pytań. Czyżby problemy z nagłośnieniem sceny? Nie wyglądało to dobrze, kiedy aktorka co chwilę musiała kilkukrotnie dopytywać prowadzącego konferencję o treść pytań.

Po konferencji pokręciliśmy się jeszcze chwilę po targach, ale wiało nudą. Po prostu – wiedzieliśmy po piątku, że pójście na prelekcje nie jest najlepszym pomysłem pod słońcem, bo nic nie będziemy słyszeli, dopchanie się do stanowisk na GoodGame Expo graniczyło z cudem, a krążenie pomiędzy sklepikarzami jest bez sensu, zakończyliśmy udział w Nadarzynconie™. Po powrocie do Warszawy zobaczyłam informację, że Charles Dance, gwiazda, dla której wiele osób kupiło bilety, nie zjawi się, co jeszcze obniżyło nasze mniemanie o całej imprezie.

Po co komu Comic Cony, skoro mamy nasze swojskie Pyrkony i Copernicony

Najbardziej komiczna i jednocześnie irytująca rzecz stała się w niedzielę. Albowiem jeszcze przed zakończeniem pierwszej edycji Nadarzynconu™ pojawiła się informacja, że szykowana jest już kolejna. Na wrzesień tego roku. Serio, oni chcą zrobić imprezę w trzy miesiące! Ale wkurzył mnie fakt, że Comic Con Central Europe lub Wyewoluowany w Pomarańcz  Warsaw Comic Con™ bezczelnie wpycha się w datę, na którą dawno temu ogłosiła się inna impreza, znana już w Polsce, z pewną renomą, i cholernie bliska mojemu serduszku fandomowemu. Czyli Copernicon. Tak, Nadarzyncon 2.0™ miał czelność wepchnąć się w zajętą już datę innemu ogólnopolskiemu, dużemu wydarzeniu i jeszcze się z tego cieszyć (wnioskuję z „lubię to” wystawionego przez ich fanpage, kiedy poinformowałam ich o tym, że wbijają się w datę Coperniconowi). To sprawiło, że poczułam jeszcze większą złość niż przy każdym oszustwie, na jakim przyłapałam Nadarzyncon™.

I kończąc już ten zbyt długi i zbyt emocjonalny tekst chciałabym powiedzieć, że w sumie nie widzę sensu w organizacji lub próbie organizacji „polskiego Comic Conu”, to znaczy imprezy na modłę amerykańską, nastawioną na targi/pokazy a nie na prelekcje. Ponieważ raz, że jak wspominałam fandom jeszcze chodzi na prelekcję, dwa że mamy już Pyrkon, który mocno podkreśla swoją targową część i powiedziałabym, że w miarę udaje mu się łączenie tego w jedną, niezłą całość (oczywiście zapchaną ludźmi z wciąż rosnącą frekwencją – za info o błędzie w moich informacjach dziękuję Hagridowi i Annie). I choć miałam duże wątpliwości co do jakości tegorocznego Pyrkonu, to wiem, że są wydarzenia gorzej zorganizowane i o niższej zdecydowanie jakości.

Co zaś do Nadarzynconu™ – gdybym wydała pieniądze na „złotą” lub „srebrną” wejściówkę, to bym się naprawdę zdenerwowała, bo nie jest to warte tych pieniędzy. Właściwie nie jest też warte tych pieniędzy, które brano za wejściówki jednodniowe. Wpaść połazić przez cztery-pięć godzin jeszcze ma jakieś uzasadnienie, ale spędzić całe cztery dni? Toć zdechnąć tam szło z nudów.

A wy byliście w Nadarzynie? Jak wasze wrażenia? Znaleźliście coś ciekawego?

[1] http://warsawcomiccon.pl/comic-con-warsaw/ – zwracam uwagę na datę: 22/12/2016

[2] http://warsawcomiccon.pl/dlaczego-warto/

[3] To akurat cytat stąd, ale wszystkie newsy były pisane w tym tonie. Wszystkie były rozsyłane w tym tonie.

25 thoughts on “Na co komu Comic Cony, czyli w Nadarzynie zdarzyło mi się być.

  • 6 czerwca 2017 at 20:04
    Permalink

    AFAIK na pyrze w tym roku było troszeczkę więcej ludzi niż na poprzednim.

    Reply
  • 6 czerwca 2017 at 22:05
    Permalink

    Z tego co wiem właściciele Nadarzyna pomogli ubić ten „kieleck” i pomysł na taką imprezę sobie pożyczyli przy okazji.

    Reply
  • 6 czerwca 2017 at 22:16
    Permalink

    Ja tam myślę, że dla WCC byłoby miejsce na polskiej mapie konwentowej. Warszawa nie ma własnej impresy, a WCC mógłby tę nisze spokojnie wypełnić. Tylko trzebaby jeszcze mocno popracować nad organizacją.

    I jeszcze sobie myślę, że WCC to impreza, która właśnie NIE jest adresowana do fandomu. To jest raczej coś dla randomowych rodziców, którzy szukają imprezy na weekend, na którą mogliby wyskoczyć z dzieciakami, bo dzieciaki interesują się starwarsami. Co mogłyby potwierdzać liczne opinie zadowolonych rodziców i ludzi, którzy pisali, że gdyby byli rodzicami, byliby zadowoleni. A gdyby byli dziećmi, byliby zadowoleni jeszcze bardziej).

    Teraz WCC stoi w niewygodnym rozkroku. Z jednej strony łasi się do fandomu, bo tylko fandom będzie w stanie zapewnić im odpowiedni szum medialny, z drugiej oczekiwania tego fandomu najwyraźniej nie leżą na sercu organizatorom. Więcej sensu by to miało, gdyby zorganizować to tak, jak WTK, gdzie z góry wiadomo, ze to tylko targi, jest jedna czy dwie główne sceny z zaproszonymi gośćmi, a reszta to atrakcyjne wizualnie pokazy dla gawiedzi i stoiska z towarem. Wtedy nikt nie byłby rozczarowany.

    Reply
    • 6 czerwca 2017 at 23:05
      Permalink

      Niby wszystko fajnie, tylko ja na przykład na fanpage’u dostałam info, że część atrakcji dziecięcych też się nie odbyła (na przykład zabrakło reklamowanej Peppy), więc tutaj też jest kwestia tego, co rodzice oczekują. No i trochę drogo żeby iść pokazać dzieciakom star warsy (przecież jest sporo eventów, na których są star warsy) i które to eventy są tańsze niż WCC.

      Ta impreza miałaby szansę na zaistnienie w środowisku, gdyby na każdym kroku nie robiła ludzi w wała – gdyby informacje były rzetelnie podawane, nie chwalono się gośćmi, którzy w ostatniej chwili odwołują przyjazd.

      Reply
  • 6 czerwca 2017 at 22:34
    Permalink

    „Tylko, że social media okazały się być „gorszym sortem” mediów”
    To trochę jak z Pyrkonem. Akredytacja nie bardzo dawała cokolwiek poza tym, że była darmowa.

    Reply
    • 6 czerwca 2017 at 23:00
      Permalink

      No jednak na Pyrze akredytacja medialna nie ma rozdzielonego „media” i „gorsze media”. Są po prostu media, które wchodzą za free. Tu pewne przywileje miały „media”, a brakowało tego „social mediom”.

      Reply
      • 7 czerwca 2017 at 21:12
        Permalink

        Były lepsze i gorsze media. 🙂 Jedne miały dostęp do masakarady, inne nie, tak samo do backstage, ale chociaż press room był jeden.

        Reply
        • 7 czerwca 2017 at 22:10
          Permalink

          Pierwsze słyszę… Może dlatego, że na Pyrę jako media wchodziłam raz i to dawno temu.

          Reply
  • 6 czerwca 2017 at 22:38
    Permalink

    „Przy akredytacji zapięto nam opaski na dłoniach (niczym bydłu), ”
    Hola, jeszcze kilka lat do tyłu na Pyrze też zapinano opaski i nikt o to piany nie bił.

    Reply
    • 6 czerwca 2017 at 23:00
      Permalink

      No i ten zwyczaj zarzucili, bo opaski są niewygodne i sprawiają problemy. Na przykład kilka lat temu na Pyrze Turelowi zapięto opaskę tak mocno, że musiał ją samodzielnie luzować, bo ledwo mu krew do ręki dopływała. Generalnie sam identyfikator by wystarczył, albo wystarczyłaby sama opaska, choć skłaniam się ku identowi, bo po wyjściu z imprezy można go po prostu zdjąć.

      Reply
  • 7 czerwca 2017 at 01:02
    Permalink

    1. Co do opasek, to wystarczy powiedzieć, jak mają zapiąć i problemu nie ma. Co do identa, to można go zdjąć i dać komuś innemu, przez co część dochodu może się ulotnić.
    2. Social Media miały dostęp do press roomu w hali D (chyba, że gdzieś jeszcze był press room), sam miałem taką wejściówkę i korzystałem z press roomu. Co prawda była to jakaś porażka, bo ani stolików, ani Wi-Fi, a internet z komórki na halach działał tragicznie.
    3. Na wielu Comic Conach byłem, nawet w Rumunii, ale ten to była tragedia!

    Reply
    • 7 czerwca 2017 at 01:10
      Permalink

      1. Skoro identatak łatwo oddać, to na co komu identy na Pyrkonie i innych imprezach tego typu? Podejście Januszowe na zasadzie „bo mogą oddać komuś identa i stracę na tym hajs” jest raczej kiepskie i mało rozwojowe.
      2. No jeden ze znajomych też był w press roomie. Nam w ogóle nikt nie podał informacji jaka jest różnica pomiędzy „social” a zwykłym „media”, dopiero pokątnie od znajomych zbieraliśmy info o tym, co i jak. No i w sobotę próbowano nam odmówić wstępu ma konferencję prasową do strefy dla mediów stworzonej pod sceną.

      Reply
  • 7 czerwca 2017 at 01:22
    Permalink

    Akredytacja wystawców to byla dopiero jazda bez trzymanki. Wydawali wejściówki na gębę , bez listy podpisów wi dowolnych ilościach (ale tylko raz jak ktos chciał wiecej to juz nie wolno 🙁 ), dla tego też spora część wystawców nie posiadała wejściówek, a tylko opaski (słyszałem o przypadku zaakredytowania wystawcy przy użyciu przypinki). Ochrona ktoś kompletnie nie wiedziała jak ma się zachować i która opaska jest która i na co pozwala. Do tego był problem z dostawa do foodtrakow, bo ochrona dostała rozkaz „nie wpuszczać nikogo”. Bywam na okolo 10-15 imprezach rocznie, różnej wielkości, ale takiego rozpierdzielu nie widuje się zbyt często.
    Jeszcze pewnie by się znalazły jakieś smutne a zarazem radosne wyrażenia… Jak chociażby oświetlenie hali (w czwartek panował półmrok oświetlone byly chyba tylko główne przejście + jeden rząd lamp wzdłuż hali)

    Reply
    • 7 czerwca 2017 at 07:47
      Permalink

      Co do opasek – sama się zastanawiałam, co która znaczy, bo było ich tyle rodzajów, że można było dostać zawrotu głowy od ich różnorodności i kolorów.

      Reply
  • 7 czerwca 2017 at 09:47
    Permalink

    Przeczytałam Twoją relację z wielkim zainteresowaniem. Sama chciałam się wybrać, ale chaos informacyjny skutecznie mnie zniechęcił. I zgadzam się z konkluzją, że nam chyba taki Comic Con nie potrzebny. Przynajmniej dopóki nie będzie miał do zaoferowania więcej niż wiele innych konwentów w PL. Myślę, że jedyną drogą dla nich, żeby się wyróżnić, jest faktyczna próba zapraszania gwiazd. Ale naprawdę „gwiazd”, a nie postaci trzecioplanowych.

    Reply
    • 7 czerwca 2017 at 21:10
      Permalink

      Jedyna naprawdę „gwiazda” prawdopodobnie nie chciała w ogóle do Nadarzyna przyjechać, więc pościągali drugoplanowców. Strasznie cieszyłam się z możliwości zobaczenia na żywo Carice van Hauten (no i generalnie z możliwości zadania jej pytania), ale jej obecność nie wynagrodziła mi zmarnowanego czasu i straconych nerwów.
      Moja stopa w Nadarzynie nie postanie, nawet gdyby mieli ściągnąć Toma Hiddlestona i innych moich ulubionych aktorów. No chyba, że się ogarną i nie będą robili ludzi w ciula…

      Reply
  • 7 czerwca 2017 at 19:46
    Permalink

    Mam refleksję, że Pyrkon czasem nie zdaje sobie sprawy jak dużą jest imprezą, a WCC – jak małą. Nawet zapraszanie gości Z AMERYKI i rozmach nie dadzą wiele, jeśli konwent nie ma podstaw. Jak wyrób czekoladopodobny w błyszczącym papierku. Skoro organizuje się już kolejny Comic Con, ten wrześniowy, to znaczy, że ludzie dali się w to wciągnąć, a organizarom się zwróciło. Ciekawe czy ta sztuczka uda się drugi raz. Serdecznie współczuję straconego weekendu.

    Reply
    • 7 czerwca 2017 at 22:08
      Permalink

      Dzięki wielkie za wyrazy współczucia, całe szczęście nie straciłam całego weekendu, bo w sobotę ewakuowałam się dość wcześnie (koło 14 byłam już z powrotem w Warszawie), a na niedzielę nie jechałam, bo gwiazdy nie było.
      Ludzie niestety łyknęli to jak żaby, a sądząc po entuzjastycznych komciach na fanpage’u Nadarzynconu łykną to jeszcze raz…

      Reply
  • 13 czerwca 2017 at 10:21
    Permalink

    Pomysł amerykańskie, organizacja polska. Trochę jak z naszymi lokalnymi korporacjami. Dużo można wybaczyć – brak organizacyjne, wpadki debiutantów i podobne – ale tu widać dużo zwykłego cwaniakowania i kombinowania.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *