Mesjasz jak malowany – „Przeklęty Zakon” Craiga Smitha

Są takie książki, o których kiepsko się pisze. Dlaczego? Bo ani nie były takie złe, jak mogłoby wskazywać na to pierwsze wrażenie, ani dobre, ani nawet przeciętne. Nie wywołują żadnych emocji, raczej tylko znudzenie i całkowitą obojętność. I taki mam problem z „Przeklętym Zakonem” Craiga Smitha. Bo jest zupełnie nijaki.

Dwójka młodych ludzi – Kate Kenyon i Ethan Brand – włamuje się do rezydencji Juliena Corbeau, wpływowego bogacza zamieszkującego willę nad Jeziorem Czterech Kantonów, i kradnie legendarny wizerunek Chrystusa namalowany na zlecenie Poncjusza Piłata tuż przed ukrzyżowaniem. Okazuje się, że zamierzają sprzedać obraz amerykańskiemu kaznodziei, a w całą sprawę wplątany jest także Zakon Templariuszy (którego Corbeau jest wielkim mistrzem) i agenci CIA.

Powieść łączy w sobie historię i sensację, próbując dorównać „Kodowi Leonarda da Vinci”, wplątując w całą tą historię bogu ducha winnego Poncjusza Piłata, Heroda Antypasa oraz Zakon Templariuszy. Fragmenty historyczne, dziejące się na początku naszej ery na Bliskim Wschodzie wypadają dość blado – są chaotyczne, urywane i prawie niezwiązane z fabułą – ot dopiero w połowie książki okazuje się, że te przydługie wprowadzenie miało na celu dowieść nas do miejsca, w którym Piłat zleca namalowanie wizerunku Chrystusa, który okazuje się być przyczyną akcji całej powieści. Wydarzenia współczesne są chaotyczne i w wielu miejscach niezrozumiałe – wszelkie sceny strzelanin i pościgów napisano bez ładu i składu, a ciąg przyczynowo skutkowy tam po prostu nie istnieje.

Generalnie jednak największym problemem tej książki jest to, że jest absolutnie nudna – losy bohaterów są czytelnikowi obojętne, bo jakoś nikogo nie da się polubić. Kate i Ethan są całkowicie wyprani z charakteru, poza tym, że ona doskonale się wspina i lubi dreszczyk emocji, a Ethan w sumie jest już znużony życiem na krawędzi. Malloy, były agent CIA, raczej też nie wzbudza sympatii. Ale najgorsze jest to, że nie wzbudza też antypatii, jest bo jest. Nawet wielki czarny charakter, Julien Corbeau, któremu wydaje się, że jest reinkarnacją Jakuba de Molay, jest tak słabo zarysowany, że nie czuć od niego żadnego zdeprawowania czy zepsucia, ba w scenie, w której torturuje jedną z drugoplanowych bohaterek jest tak całkowicie beznamiętny i pozbawiony emocji, że zastanawiałam się, czy ten człowiek naprawdę żyje.

Ale nie tylko z bohaterami jest źle, bo fabuła pozostawia wiele do życzenia – zbudowana na historii o wizerunku Jezusa wykonanym na polecenie Piłata. Przy czym autor połączył tutaj wytwór własnej wyobraźni z legendą związaną z Mandylionem z Edessy w kilku jej wersjach złączonych w jedną całość, a potem dokooptowaną jeszcze do biednych templariuszy, co już w ogóle kompletnie wieje ostrym kretynizmem – dlaczego niby Prawdziwe Oblicze Chrystusa miało służyć do magicznych rytuałów, których podobno mieli się dopuszczać Ubodzy Rycerze (przechrzczeni przez tłumacza albo autora na Ubogich Żołnierzy). Co gorsza autor wkłada w usta jednego z bohaterów, że ów obraz miałby być rzekomym Bafometem, którego rzekomo czcili Templariusze. W ogóle sprawa tego rzekomego „Prawdziwego Oblicza” przedstawia się dość dziwnie, bo przez większość książki autor sugeruje nam, że jest to ten wizerunek namalowany na zlecenie Piłata, potem jednak ustami jednej z bohaterek daje do zrozumienia coś innego, że obraz, który stał się przyczyną tylu nieszczęść może wcale nie być obrazem Chrystusa, a Szymona Maga, by na końcu zasiać ziarno zwątpienia.

Na koniec jeszcze mam dla was ciekawostkę – oryginalny tytuł to Painted Messiah. Proszę wytłumaczcie mi, co jest w tym tytule nie tak, żeby nie przetłumaczyć go dosłownie (Malowany Mesjasz) i zamiast tego zatytułować powieść „Przeklęty Zakon”? Chyba ktoś w wydawnictwie doszedł do wniosku, że musi być bardziej sensacyjnie i niech ci templariusze sobie pokutują jako „Przeklęty Zakon”. Ach i tak całkiem pro forma – całkowicie odradzam kontakt z tą książką, można przeczytać w tym czasie albo coś dużo lepszego, albo coś dużo gorszego – bo powieść Craiga Smitha jest całkowicie nijaka.

PS. Słuchajcie – za trzy miesiące Copernicon, a ja chciałabym was już teraz zaprosić do zgłaszania programu konwentu – razem go stwórzmy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *