Gdy ścieżki wyobraźni zaprowadzą nas na manowce… – antologia „Zabawa w Boga”

Mam problem. Problem ma tytuł „Zabawa w Boga” i jest antologią opowiadań sekcji literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki. Problem polega na tym, że przeczytałam ten zbiór i nie wiem, co mam o nim sądzić. A to niedobrze.

„Zabawa w Boga” zawiera czternaście opowiadań, w tym dwanaście autorstwa członków Śląskiego Klubu Fantastyki, dwa zaś to tłumaczenia utworów Benjamina Rosenbauma. Problemem w omówieniu tej antologii jest jej objętość – czternaście historii to całkiem sporo i ciężko byłoby omówić je wszystkie dokładnie (z resztą zrobił to już Misiael na swoim blogu). Dlatego pozwolę sobie podzielić utwory na trzy zasadnicze grupy: te, które się podobały; takie, które mnie ani nie zaskoczyły pozytywnie ani negatywnie oraz te, które podobały się najmniej.

Najlepszym opowiadaniem ze zbioru jest w mojej opinii Przyjmujący nowe Rosenbauma, opowiadanie otwierające zbiór. Świetnie wpisuje się w motyw „zabawy w Boga”, tworząc z tego metamotyw. Główny bohater jest rzeźbiarzem bogów – do tej pory kopiował jedynie boga wyrzeźbionego przez kogoś innego, jednak teraz dostanie możliwość stworzenia nowego bóstwa. A więc tworząc bóstwo sam poniekąd staje się bóstwem-kreatorem. Jest to również chyba jedno z najbardziej pesymistycznie zakończonych opowiadań. Kot z pudełka to historia z drugiego bieguna nastroju – dająca nadzieję, niosąca ciepłe zakończenie. Nie jest może tak dobrze dopracowana jak opowiadanie Rosenbauma, ale mimo wszystko czytało mi się je bardzo przyjemnie. Odczułam pewne pokrewieństwo między tą historią a Ceną autorstwa Neila Gaimana, ale możliwe, że to kwestia kota jako jednego z główniejszych bohaterów. Jedynym problemem, jaki dostrzegam w Kocie z pudełka jest niejaki brak powiązania z tematem przewodnim zbioru. Dużo lepiej pod tym względem wypada Serce Vann, Marzenie Rotha, Korona Północy, Wyliczanka i Chirurg. Pierwsze z wymienionych powyżej opowiadań zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie, bo początek miało dość nijaki, jednak pointa oraz rozważania, jakie można snuć po zakończeniu lektury sprawiły, że jego ocena w moim mniemaniu poszybowała mocno w górę. To historia dość prosta, a przynajmniej wydająca się taką na pierwszy rzut oka, jednak po głębszym namyśle można zacząć zastanawiać się, kto „bawi się w boga”. Korona Północy podejmuje trudny temat umierania i odchodzenia, a jest on jeszcze trudniejszy, bo dotyczy bóstw. To prawdziwie smutna historia, choć daje też nieco optymizmu – czasami lepiej pozwolić komuś po prostu odejść, niż uporczywie trzymać go przy sobie. Marzenie Rotha, a właściwie jego zakończenie, sprawiło mi duży problem interpretacyjny, jednak jego początek był na tyle udany, że uznaję je za jedno z sympatyczniejszych opowiadań tego zbioru. Równie przyjemny był Chirurg, przy którym akurat problemu z interpretacją nie było. Wyliczanka to kolejne nieproblematyczne opowiadanie z dość słodko-gorzkim przesłaniem: uważaj na to co mówisz i na to, czego sobie życzysz.

Druga grupa opowiadań jest zdecydowanie węższa. To są takie historie, które być może gdzie indziej w innym zbiorze dałyby mi większą satysfakcję. Tutaj tymczasem zdawały się trochę nie na miejscu, trochę na siłę doczepione do pozostałych opowiadań. My eter i Ordan to historie, które dość luźno łączą się z tematyką zbioru i oba chętnie zobaczyłabym w szerszej może nawet powieściowej formie. A przynajmniej światy w nich wykreowane. My eter skupia się na tragedii możnego rodu w nieco alternatywnym do naszego świecie (opis wszystkiego przywodził mi nieco Francję przed rewolucja), na tragedii polegającej się na oddaleniu się od siebie rodziny. Ale… brakuje gdzieś tutaj właśnie tej „zabawy w boga”, brakuje elementu boskości lub próby jej łapania. Niby można byłoby się zastanowić, czy daleko posunięta medycyna, która sprawiała, że główny bohater był ponad wiek sprawny i zdrowy, nie jest swoistym elementem właśnie ingerowania w boski plan, ale mam wrażenie, że całość tego została za bardzo zepchnięta na drugi plan. W Ordanie za to jest tego jeszcze mniej, bo właściwie o boskości mówi się tylko raz i to krótko. Przygodowa forma ma w tle jakieś próby genetycznej zabawy i wątek cesarzowej, która uważa się za boginię, ale to znów za mało, by jako tako pasowało to do zbioru. Historia nie jest czymś szczególnie dobrym w przypadku tego opowiadania, natomiast uniwersum mogłoby się doczekać powieści, bo to świat o tyle ciekawy i różnorodny, że aż żal rozstawać się z nim po kilkunastu stronach. Obok tych dwóch opowiadań jest również Pomarańcza, która podeszła mi bardzo średnio – Rosenbaum podobał mi się jednak w dłuższej formie, w tym szorcie zdawał się być niedbały, zaś sama historyjka wyglądała na pisaną „na odwal się”.

Trzecia grupa to te z opowiadań, które nie przypadły mi do gustu. I to nie jest tak, że to są jakieś bardzo złe utwory – raczej nie są w moim guście, bo poziom całego zbioru jest mniej więcej dość równy. Ale są w tej grupie historie dziwne (Kary i żywioły i Mrok zabije wieloryba) oraz takie, które mnie dość mocno zirytowały (Lek i Warunek początkowy). Może od tych drugich zacznę. Lek nie znalazłby się w tej grupie, gdyby nie dwa proste fakty: jest to opowiadanie dość naiwne, a i również urwane gdzieś przed kulminacją. I gdyby pozwolić mu się potoczyć dalej mogłabym przymknąć na naiwny ton narracji o leku, który wyleczył raka, ale sprawił, że mamy za dużo starych ludzi (jakby starzy umierali tylko na raka), tymczasem jednak autorka ucięła je w najbardziej krytycznym momencie, tuż przed „zabawą w boga”. Warunek początkowy zaś zdawał się być na początku historią o czymś innym, bardziej interesującą, jednak z kolejną stroną był coraz nudniejszy i nudniejszy. Finał rozczarował mnie jak nic innego w tym zbiorze. Za to Kary i żywioły był opowiadaniem, przez które o mało nie wyrzuciłam „Zabawy w Boga” przez okno. Jego dziwaczna „poetyka”, niezbyt lotna historia strasznie mnie wymęczyły i sprawiły, że musiałam odpocząć od całego zbioru. Tak źle nie było przy Mrok zabije wieloryba jednak new weird to jednak nie jest mój gatunek. Opowiadanie nie było złe, było nawet przystępne, ale jego atmosfera była po prostu nie do wytrzymania – czułam się, jakbym wyprawiła się na narkotywego tripa.

Ciężko mi jednoznacznie ocenić „Zabawę w Boga”, bo choć wszystkie opowiadania są na podobnym poziomie, dobre warsztatowo, to na moim odbiorze całej antologii piętno odcisnęły te najdziwniejsze opowiadania. Nie polecę tej antologii nikomu, bo wymęczyłam się z Karym i żyiołami, co odebrało mi frajdę z dalszej lektury. Ale nie mogę powiedzieć, że to jest zły zbiór, bo taki nie jest. Po prostu wydaje mi się, że trochę zabrakło tu tekstów bardzo dopasowanych do tematu antologii, a świetną robotę zrobiłoby umieszczenie najbardziej problematycznego utworu gdzieś przy końcu zbioru.

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Śląskiemu Klubowi Fantastyki i jego sekcji literackiej, Logrus.

5 thoughts on “Gdy ścieżki wyobraźni zaprowadzą nas na manowce… – antologia „Zabawa w Boga”

  • 5 sierpnia 2017 at 00:26
    Permalink

    Czy to jest zbiór jakoś związany z portalem szortal.com?
    Jeśli tak, mogę i bez recenzji domyślać się, że poziomem odbiega od tego, co zwykło się napotykać i czytać w dobrze rozwiniętej gałęzi polskiej fantastyki pisanej.

    Reply
    • 5 sierpnia 2017 at 11:17
      Permalink

      Nie, jest to antologia stworzona przez: Logrus – sekcję literacką Śląskiego Klubu Fantastyki. Jak pisze Ania Kańtoch we wstępie: „…po prostu uznaliśmy, że to pora, by wypłynąć na szerokie wody i pokazać się jako grupa. Stąd ta antologia…”. Część autorów rzeczywiście publikowała na Szortalu (Anna Hrycyszyn, Łukasz Marek Fiema, Alicja Tempłowicz), zaś sam Szortal jest patronem medialnym publikacji.

      Reply
    • 5 sierpnia 2017 at 18:07
      Permalink

      Tak z czystej ciekawości sobie zajrzałem na twoją stronę i… przyganiał kocioł garnkowi.

      Reply
  • 21 sierpnia 2017 at 15:21
    Permalink

    Ha, co osoba to inne wrażenia. Mi „Kary i żywioły” się podobał – czasem stylistyka nieco wydumana, ale szekspirowskie odwołania były ciekawe. Choć jeszcze lepiej sprawdziły się te mitologiczne w „Koronie północy”. A z kolei Rosenbaum nie przekonał mnie ni trochę. Ja bym polecił tę antologię właśnie ze względu na te zróżnicowanie.

    Reply
    • 21 sierpnia 2017 at 16:28
      Permalink

      Och, co do „Karego”, to póki co spotykałam się z takimi jak moja właśnie, dość… niepozytywnymi reakcjami.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *