Filmowe Śródziemie – dlaczego Władca Pierścieni jest lepszy od Hobbita?

Dzisiaj 25 marca, czyli Dzień Czytania Tolkiena. Oczywiście dzisiejsza notka będzie związana ze Śródziemiem, jednak jedynie pośrednio będzie odnosić się do lektury. Chciałabym w tym tekście powiedzieć, dlaczego filmowego Władcę Pierścieni darzę sympatią i sentymentem, w przeciwieństwie do filmowego Hobbita.

Zacznijmy od małego wprowadzenia – musicie wiedzieć, że choć kocham z całego serca kinową wersję Władcy, nie uważam go za film pozbawiony wad (ale o tym poniżej). Teraz chciałabym podzielić się z wami inną kwestią: Drużyna Pierścienia do kin trafiła piętnaście lat temu, kiedy (jak to łatwo obliczyć) miałam jedenaście lat, ale byłam już po lekturze i Hobbita, i Władcy oraz co bardzo prawdopodobne Silmarillionu (Moreni wie dokładnie kiedy przeczytałam wszystkie trzy po raz pierwszy i pamięta to lepiej ode mnie). Co to ma do rzeczy? Cóż, dostrzegałam wówczas pewne odstępstwa scenariusza od oryginału, jednak jako jedenastoletni widz nie przywiązywałam do nich większej wagi. Gdybym natomiast obejrzała filmową trylogię dopiero teraz, mając lat dwadzieścia i sześć (prawie) prawdopodobnie miałabym nieco inne zdanie o niej. A tak ogromny sentyment i bagaż emocjonalny mogą wpływać na moją ocenę filmu. Ale to tak nawiasem.

Filmowy Władca Pierścieni to świetna adaptacja

Tak, dobrze czytacie – filmowa trylogia Jacksona jest w moim uznaniu świetną adaptacją. Podkreślę raz jeszcze: adaptacją, nie ekranizacją. PJ w scenariuszu do Władcy dokonał sporych zmian względem oryginału, jednakże znajduję dla nich uzasadnienie (może poza kilkoma, ale o tym niżej).

Weźmy dla przykładu wątki Toma Bombadila, Glorfindela i Szarej Kompanii. Przede wszystkim pierwszy z nich, wraz z wędrówką przez kurhany mocno zaburzyłby tempo filmu (a i tak trzeba powiedzieć, że Drużyna Pierścienia jest naprawdę powolnym filmem). Przede wszystkim jednak reżyser wprowadziłby niepotrzebne zamieszanie przez postać tajemniczego Bombadila i jego Złotej Jagody. Pojawiliby się na ekranie może na piętnaście minut, po czym zniknęliby bez zamknięcia ich wątków. Na podobnej zasadzie zamieniono Glorfindela na Arwenę oraz w ogóle nie poruszono wątków Szarej Kompanii (a w Dwóch Wieżach – Erkenbranda). Zamiana Glorfindela na Arwenę miała nadać córce Elronda nieco bardziej wojowniczego rysu, a przede wszystkim lepiej przedstawić widzom tę konkretną postać (wszak wszyscy wiemy, że ma zostać żoną Aragorna, toteż nie może być randomową elfką, którą raz pokazano w jednym dalekim ujęciu). Glorfindel pojawiłby się może dwa razy na ekranie – zawożąc Froda do Rivendell, a później na Naradzie u Elronda. Dla przeciętnego widza stanowiłby po prostu postać bez backgroundu, znikającą zaraz by nigdy już nie wrócić na ekrany. Wątek Szarej Kompanii wycięto, ponieważ nie starczyłoby dla nich czasu ekranowego (a jako że film rządzi się nieco innymi prawami to trzeba byłoby ich jeszcze należycie przedstawić i uzasadnić właściwie dlaczego nie mogliby towarzyszyć Drużynie Pierścienia od samego początku ich podróży).

Jest jednak we Władcy kilka zmian, których nie mogę przeboleć – absurdalnego pojawienia się elfów w Helmowym Jarze (czy oni przebili się przez dziesięciotysięczną armię orków, by stanąć na murach, oddać dwie salwy i zginąć?), które nie wnosi do filmu nic oraz zmiany w kwestii Andurila. Jak pamiętacie z książkowego oryginału Narsil, złamany miecz, który Aragorn nosił u swojego boku jako Obieżyświat, przed wyruszeniem Drużyny zostaje przekuty na nowo i rozpoczyna żywot jako Anduril, Płomień Zachodu. Jednak PJ postanowił z niewiadomych i niezrozumiałych dla mnie względów odwlec jego przekucie aż do momentu wejścia Aragorna na Ścieżkę Umarłych. Jednocześnie zmienia charakter Elronda, przekształcając go w egocentrycznego dupka, który gotów jest zmusić córkę do wiecznej tęsknoty, byle tylko podzieliła los elfów i odpłynęła na Zachód. Równie bezzasadne jest zachowanie Faramira wobec Froda.

Mamy również we Władcy Pierścieni szereg mniejszych i większych błędów (bo za błąd, a nie za świadomą zmianę uważam uczynienie z Isildura ostatniego króla Godnoru, z pominięciem dziedzica Anariona) i nielogiczności wynikających z ogromu i rozmachu ekranizacji (wówczas tak było). Pamiętajmy, że w momencie, kiedy Peter Jackson zabrał się za reżyserowanie Władcy pierwsza z wytwórni – Miramax zgodziła się na finansowanie dwóch filmów, a potem ograniczyła fundusze tylko do jednego. Dopiero New Line Cinema zgodziło się na trylogię, co wymusiło na reżyserze i scenarzystach takie zagospodarowanie przebogatego materiału źródłowego, by przedstawić obraz przede wszystkim wewnętrznie spójny i możliwy do oglądania bez znajomości oryginału.

lotr-fotr-if-you-want-him
Arwena zamiast Glorfindela była jedną z częściej omawianych zmian w filmowej Drużynie Pierścienia

Przy okazji Hobbita było już inaczej – Warner Bros oraz New Line Cinema (należące do tego samego podmiotu i mające prawa do ekranizacji i egranizacji dzieł Tolkiena) od razu mogło zaproponować wysoki budżet oraz zaplanować filmowe przygody Bilbo Bagginsa na trzy filmy. Mimo tej wiedzy nie mogę się z tym pogodzić, że powstały trzy filmy na podstawie ponadtysiącstronicowej powieście (rozbitej na sześć ksiąg w trzech tomach) i trzy filmy na podstawie króciutkiego Hobbita, co absolutnie zaburza balans materiału, który można byłoby wykorzystać i być może w innym wypadku (sześciu filmów?) filmowy Władca wierniej oddawałby książkę. Tymczasem jednak skupmy się na Hobbicie.

Mając czas rozłożony na trzy filmy Peter Jackson mógł naprawdę bardzo dokładnie oddać wydarzenia z wyprawy pod Samotną Górę, a także wprowadzić takie poboczne eventy, jak Biała Rada. Liczyłam naprawdę na solidnie przygotowany materiał wierny tolkienowskiemu oryginałowi.

Tymczasem jednak reżyser poczuł się w Śródziemiu tak pewnie, że zaczął je remodelować pod swoje widzimisię i pod swoją wizję. Dowolnie żonglował wątkami, zmieniał szczegóły czy bawił się w dodawanie kolejnych postaci (Tauriel prawdopodobnie jest efektem tego, że Jacksonowi nie udało się we Władcy zrealizować konceptu wojowniczej elfiej księżniczki – planował dodać więcej scen z wojującą Arweną, ale się nie udało, trochę z powodów logistycznych, trochę przez opory odtwórczyni roli głównej). Jeszcze na etapie Niezwykłej Podróży można było podejrzewać, że reżyser wie co robi, tak Pustkowie Smauga udowodniło mi, jak bardzo się myliłam. A potem było jeszcze gorzej.

Weźmy chociażby wątek miłosny pomiędzy Tauriel a Kilim – naprawdę nie dało się tego uniknąć? Po co do konkretnie tej historii dodawać jeszcze jakiś międzyrasowy romans (bo krasnoludy nie mogą być gorsze od ludzi i też muszą zakochać się w elfce)? W ogóle po co w Hobbicie jakikolwiek romans? Podejrzewam, że być może Tauriel została wprowadzona pod naciskiem widzów buczących, że „uuuu, jak to nie ma kobiet?”, a skoro już pojawiła się damska postać, to może reżyser zechciał wprowadzić wątek romantyczny. Jednak sensu w tym tyle, co kot napłakał. Już więcej logiki widzę we wprowadzeniu do historii Legolasa i to z nim można byłoby spokojnie ten wątek romantyczny, całkiem na boku kręcić. A potem zrobić wielką dramę ze śmiercią ukochanej (badum tsss! Lepsze to niż „Czy to musi tak boleć?” po śmierci Kilego).

Generalnie Jackson za bardzo zaczął w Hobbicie mieszać, doklejać własne pomysły i zmiany, niekoniecznie trzymając się własnego filmowego kanonu (tu zwracam uwagę na kwestię Upiorów Pierścienia – porównajcie to co mówi o nich Aragorn w Bree a co Biała Rada i Gandalf).

A gdyby zrobić makietę? Użyć dublerów? Rekwizyty w dwóch rozmiarach…?

Warto przy porównaniu obu ekranizacji tolkienowskich zwrócić również uwagę na szczegóły techniczne i dbałość wykonania. Na początek trochę cyfr (odrobina matematyki nikomu nie zaszkodziło, prawda?). Budżet Drużyny Pierścienia to ok. 93 mln $, Dwóch Wież – 94 mln $, a Powrotu Króla 94 mln $. Co daje łącznie około 281 mln $ na całą trylogię. Tymczasem trylogia filmowego Hobbita dysponuje budżetem ok. 650 mln $[1]. Ogromna przepaść. Do czego jednak zmierzam?

Cóż, mając prawie trzykrotnie mniejszy budżet Peter Jackson potrafił nakręcić świetny film z potworną wręcz dbałością o szczegóły. O czym można się przekonać odwiedzając Nową Zelandię, gdzie te szczegóły do tej pory można zobaczyć. A czego nie dało się zbudować, tworzono w skali, w formie makiety i przenoszono tak na ekran (oddalone rzuty na Rivendell, Barad-Dur, Orthank, Helmowy Jar czy Minas Tirith były rzutami na makietę). Nie dość jednak na tym, bo Peter Jackson i współpracująca z nim Weta Workshop zadbali o każdy szczegół: mniejsi i więksi statyści, by zachować skalę postaci, mniejsze i większe rekwizyty, a nawet fragmenty planu. Dodatkowo cała masa peruk, sukienek, płaszczy i ubrań, a także pełna protetyka i szczegółowa charakteryzacja dla co ważniejszych orków. Oraz używanie CGI tylko w naprawdę istotnych kwestiach (żeby być uczciwym rozumiem, że w tamtych latach rzadko sięgano po efekty komputerowe ze względu na niezbyt jeszcze rozwiniętą technologię, która mogła przynieść więcej szkody niż pożytku).

1ca950a11c5283d35c54b5d5a411ca9a-248x300
Żeby poprawić coś w Minas Tirith trzeba było wejść na drabinę

Tymczasem w trakcie kręcenia Hobbita reżyser zdecydowanie częściej stawiał na zielony ekran i CGI. Zapomnijcie o dublerach w skali, po co się tym męczyć, domontujemy cyfrowo Gandalfa do krasnoludów w Bag End (słynna wypowiedź o płaczu z frustracji). Po co robić dla orków protetykę i charakteryzację? Zróbmy ich całkowicie w programie do efektów specjalnych (na potwierdzenie taki obrazek)! Naprawdę poziom wykonania filmowego Hobbita jest absolutnie rażąco słaby w porównaniu z nastoletnią już filmową trylogią Władcy Pierścieni. Możliwe, że gdyby Peter Jackson kręcił Władcę teraz to również zdecydowałby się na szerokie wykorzystanie green screenów i CGI. Może to znak czasów?[2]

Władca to także zdecydowanie lepszy film niż Hobbit

I chodzi tu o całokształt – scenariusz, montaż, wykonanie, grę aktorską, czy chociażby o klimat. Powracając do filmowego Władcy mam wrażenie, jakby Jackson znalazł sposób na oddanie magii Śródziemia (choć w niewielkiej cząstce). Tymczasem patrząc na słodko-lukrowego Hobbita nie mogę się oprzeć myślom, że trafiłam na jakąś szczególnie złośliwą parodię. A jeszcze bardziej mnie w tym utwierdzają karykaturalne postaci krasnoludów, jeż Sebastian czy cała postać Radagasta. Oraz robakołaki.

dune_concept_by_eduardo_pena
„Błogosławiony niech będzie stworzyciel, jego przyjście i odejście”… A nie, czekajcie to nie ten film. A to powyżej to nie są Hobbitowe robakołaki, tylko całkiem poważne czerwie z diuny. Ale robakołaki wyglądały w BPA identycznie

Ale Władca jest też zdecydowanie lepszy jeśli chodzi również o muzykę, co ciekawe – tworzoną przez tego samego kompozytora. Jednak o ile ta do wcześniejszej trylogii jest nowatorska, złożona i… wspaniała, tymczasem przesłuchując soundtrack do Hobbita mam wrażenie, że już to wszystko słyszałam. I rzeczywiście, jest on wtórny a przede wszystkim absolutnie nijaki. Nie wywołuje emocji.

Podobnie jak cały film (a właściwie trzy filmy). Naprawdę w trakcie seansu Hobbitów nudziałam się i gdyby nie towarzystwo pewnie bym zasnęła (właściwie to na reżyserskiej Niezwykłej Podróży przycięłam komara). Zero emocji i wcale nie jest to powodowane tym, że znam historię i wiem jak się to skończy. Przecież Władcę Pierścieni też znałam przed seansem i wiedziałam, że jest happy end. Ale były emocje, było trzymanie kciuków za Sama w konfrontacji z Szelobą czy Aragorna w trakcie walki o Helmowy Jar. Płakałam po Boromirze. Po Thorinie nie, choć powinnam (przy stosownym fragmencie w książce łzy ciekną mi ciurkiem).

A jak to jest u was? Kochacie filmowego Władcę? A może bardziej lubicie Hobbita? Dzielcie się opiniami.

PS. A tak na koniec polecę wam jeszcze książkę Briana Sibleya „Władca Pierścieni. Jak powstawała filmowa trylogia”.

PPS. Czy ktoś życzliwy dysponuje może również książką rzeczonego autora wydaną do Drużyny Pierścienia („Władca Pierścieni. Przewodnik po filmie”) i podzieliłby się nim ze mną?

[1] Dane za Box Office: Drużyna Pierścienia, Dwie Wieże i Powrót Króla. Dla Hobbita za IMDB.com: Niezwykła Podróż 180 mln $, Pustkowie Smauga 225 mln $ oraz BPA 250 mln $.

[2] Oczywiście, że nie jest to znak czasów, bo istnieją jeszcze filmy kręcone z wykorzystaniem animatroniki, budowanych planów czy szczegółowej charakteryzacji i unikaniem zbędnego CGI.

Sharing is caring!

9 thoughts on “Filmowe Śródziemie – dlaczego Władca Pierścieni jest lepszy od Hobbita?

  • 25 marca 2016 at 21:34
    Permalink

    Bardzo ładna nocia:)
    Zacytuję jeszcze Misiaela: „CGI bardzo szybko się starzeje, a zajebista makieta to zawsze zajebista makieta”.:)

    Reply
    • 25 marca 2016 at 23:22
      Permalink

      Z wieloma opiniami Misiaela się nie zgadzam, ale tutaj muszę przyznać mu rację. Co absolutnie ciekawe – odświeżyłam sobie dzisiaj „Drużynę pierścienia” i cholera jasna nawet po piętnastu latach ten film wygląda dobrze (przyznam szczerze, że Barlog w pewnym momencie przywalił mi po oczach nieco zestarzałym CGI, ale tak to film wygląda zdecydowanie lepiej od Hobbita).

      Reply
  • 26 marca 2016 at 18:09
    Permalink

    Okazuje się że te babole, które często są wymieniane jako umniejszacze filmowego splendoru hobbita, były wynikiem jakiegoś niezorganizowania, braku czasu itd. Oczywiście wszystko można było zrobić „oldschoolowo”, ale np. Azog miał być zrobiony praktycznie, a nie komputerowo, i tak zrobili jednak tamta wersja im się nie podobała i ja cyfrowo podmienili. Jackson przyznawał się (chyba w BTS do „Bitwy Pięciu Armii” że przy drugim i trzecim filmie zaczęło mu brakować czasu na całą pracę koncepcyjną, co tłumaczy dlaczego pierwsza część jest całkiem udana, a kolejne oprócz złego wyglądu, pachną nudą. I niestety, zmienia się filozofia robienia filmów 🙁

    Reply
    • 28 marca 2016 at 08:04
      Permalink

      Mi wydaje się, że Jackson doszedł do takiego samego durnego wniosku, jak Lucas przy produkowaniu trylogii prequeli do SW – po co używać praktycznych efektów, skoro można wszystko zrobić komputerowo. A potem tłumaczył się po prostu brakiem czasu i niezorganizowaniem. Weźmy na przykład takich krasnoludów – a raczej ich karykatury. Widziałam projekty – krasnoludy wyglądały solidnie, ale w ostatecznym rozrachunku stały się tym, czym się stały.
      I jeszcze jedno – nie zgodzę się, że zmienia się filozofia robienia filmów. Po prostu niektórym twórcom się już nie chce. 😉

      Reply
  • 29 marca 2016 at 12:54
    Permalink

    Mnie najbardziej w Hobbitach wkurzały sceny, które reżyser może widział jako „oczko do widza”, ale dla mnie to były po prostu bezczelne kalki z „Władcy”. Huknięcie Gandalfa na kłócące się krasnoludy, „strzała morgulu” (lol) i cała akcja z leczącą Kilego Tauriel, pierścień spadający na palec Bilba, etc, etc…

    Reply
    • 29 marca 2016 at 20:00
      Permalink

      Ja bym posunęła się w przypadku takich scen do innego określenia: autoplagiat. I to było złe. Bardzo złe.

      Reply
  • 20 grudnia 2016 at 04:41
    Permalink

    A ja o filmowym „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona powiem tak: 15 lat temu poszłam na „Drużynę Pierścienia” z wielkimi nadziejami, zachwycona, że oto powstał pierwszy z trzech filmów fabularnych na bazie jednej z moich ukochanych książek. Po filmie wyszłam z kina, facepalmując tak mocno, że mało sobie guza nie nabiłam. „Dwie wieże” obejrzałam już na laptopie, z płyty, bo szkoda mi było kasy na bilet do kina. „Powrót króla” darowałam sobie.

    Arwena zamiast Glorfindela jest super, rezygnacja z Toma Bombadila – spoko, ale to chyba jedyne pozytywne zmiany w stosunku do powieści. Jackson generalnie pogrywa sobie z prozą Tolkiena po prostu chamsko i mam wrażenie, że potraktował tę kultową dla pokoleń czytelników książkę jako punkt wyjścia do własnej wizji, która w wielu miejscach jest z wizją Tolkiena estetycznie i emocjonalnie sprzeczna. Kiedy PJ próbuje pokazać na ekranie heroizm, przeważnie generuje taki kicz, że zęby bolą (nadęte i powtarzalne motywy ze ścieżki dźwiękowej potęgują ten efekt). Usiłuje na siłę wprowadzać hollywoodzkie cliffhangery i humor, co przypomina doprawianie kakao majonezem. Jego zabiegi miejscami dają w efekcie parodię zamiast high fantasy, a po lekcję, jak dobrze przenosić na ekran kultowe książki z zachowaniem ducha oryginału, powinien się udać do Andrew Adamsona, reżysera nowej ekranizacji „Kronik Narnii”.

    I to, zaznaczam, jest moja opinia o filmowym „Władcy pierścieni”. „Hobbita” moje delikatne nerwy nie zdzierżyłyby, obawiam się. Nie chcę tej abominacji widzieć na oczy 😀

    W ramach anegdoty – na „Drużynę Pierścienia” poszłam do kina razem z facetem, którego prawie nie znałam, widziałam bodaj trzeci raz w życiu, a byłam w nim zakochana od pierwszego wejrzenia (o czym oczywiście nie miał pojęcia). Z kina wyszliśmy jednakowo wkurzeni i pełni obrzydzenia, solidarni w swej chęci spuszczenia reżyserowi łomotu krasnoludzkim młotem. Rozpoczęta w tych uroczych okolicznościach znajomość dała w efekcie związek, a po latach ślub – poniekąd zawdzięczam więc swoje małżeństwo Jacksonowi i jego beznadziejnemu filmowi 😀

    Reply
    • 20 grudnia 2016 at 10:18
      Permalink

      Mój stosunek do filmowego „Władcy” ulega wciąż pewnym zmianom – w pierwszym momencie był to zachwyt, niesamowity zachwyt (choć już wtedy pewne elementy niezbyt mi pasowały w Jacksonowskiej wizji), ale na swoje wytłumaczenie dodam, że miałam wtedy 11 lat. Teraz, tych piętnaście lat później jestem w stanie dostrzec w filmowej trylogii masę problemów, o czym mówiłam ostatnio w podcaście: http://www.bardzosubiektywnie.pl/imhotejp-odc-1-wladca-pierscieni-a-popkultura/ – największy problem jest w tym, że z filmu na film ubywa tej magii, pewnego szczególnego rodzaju przyciągania do Śródziemia. Jeszcze „Drużyna Pierścienia” tak bardzo na tym nie cierpi, ale jest to już widoczne w „Dwóch wieżach”, a jeszcze bardziej w „Powrocie Króla”. Ten klimat Śródziemia został przemielony, przytłumiony przez bezsensowne zmiany, „elemęty” komiczne czy wszechogarniający patos.
      Niemniej jednak jestem docenić ogrom pracy, który został włożony w wykonanie tego filmu – dbałość o kostiumy, scenografię, rekwizyty. Cieszy mnie sama możliwość podróży do Śródziemia. Albo w sumie cieszyła, bo od kiedy odkryła Lord of The Rings Online twierdzę, że PJowska wizja to taka wersja dla ubogich (owszem Rivendell wygląda w filmie lepiej, ale za to Moria z gry jest nie do pobicia).
      Ale wciąż „Władca” ma w sobie więcej ducha Śródziemia niż „Hobbit”, przy którym Jacksonowi po prostu już odbiło. Wolna ręka, którą dostał, sprawiła, że nie przeniósł nam na ekrany kin powieści Tolkiena tylko swoje wyobrażenie o niej, autorską wizję, niezgodną zupełnie z niczym. I jak „Władca” zaczyna się dobrze, ocieka klimatem Śródziemia, a kończy się z jedynie odrobinką tej szczególnej magii, tak „Hobbit” w pierwszym filmie ma jej jeszcze mniej niż „Powrót Króla”, a kończy na poziomie… ujemnym? Generalnie rzecz ujmując tak bardzo go schrzaniono, tak bardzo odbiegnięto od oryginału, że oglądanie tego filmu boli.

      Podziwiam twoje samozaparcie w kontekście nieoglądania „Hobbita”. Mój masochizm w tej batalii wygrał ze zdrowym rozsądkiem. Ale dzięki temu jestem w stanie docenić nieco dyskusyjny poziom „Władcy”.

      Reply
  • 5 grudnia 2017 at 16:57
    Permalink

    Jackson niestety stworzył swoje „dzieła” nie z myślą o wymagających fanach Tolkiena ale o tępych amerykańskich widzach i stąd wyszło takie barachło. Ja ze swej strony nie mogę darować większości zmian ani w jednym ani w drugim. Dla mnie to było brutalne podeptanie marzenia z dzieciństwa o obejrzeniu ekranizacji tolkienowskiej prozy; nic dodać nic ująć.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *