Filmowe podsumowanie miesiąca #45 – pierwszy kwartał 2018 z rytualną anihilacją

Dość długo nie było filmowego podsumowania miesiąca – no cóż, małe zawirowania sprawiły, że średnio nam wychodziło chodzenie do kina (poza tym – było niewiele tytułów, które chciałam obejrzeć na sali kinowej – w przypadku części czekam na premierę DVD). Dlatego tym razem mamy podsumowanie kwartalne.

Pitch Perfect (2012)
Rok zaczęłam od nadrabiania filmów z gatunku tych, których sama bym nie obejrzała. Ale z pomocą przyszła mi współlokatorka i podetknęła muzyczną komedię romantyczną.
Beca, studentka pierwszego roku na Uniwersytecie Barden, wstępuje do “The Bellas”. Jest to dziewczęca, szkolna grupa wokalna. Beca wnosi potrzebna dawkę energii do repertuaru zespołu i razem z koleżankami, bierze udział w konkursie krajowym rywalizując z męskim zespołem.
Wpadłam. Po uszy wpadłam i zakochałam się w Pitch Perfect, w Bellas no i w Bece. I cholera, odkryłam, że jestem w stanie bawić się na głupawej muzycznej komedii romantycznej całkiem dobrze (ostatni film tego typu, który dobrze mi się oglądało to stareńkie Honey). Nawet wątek “romantyczny” nie był w stanie mnie jakoś zdenerwować czy zniesmaczyć, choć momentami sarkałam zarówno na Jessego, jak i na Bekę.

Maze Runner: The Death Cure (2018)
Franczyza Więźnia labiryntu – zarówno filmowa i książkowa raczej mnie nie obchodziła, ot kolejna młodzieżówka, ot kolejna dystopia. I dlatego poszłam obejrzeć finał do kina (a tak na serio, nie było nic lepszego w repertuarze).
W spektakularnym finale epickiej sagi o Więźniu labiryntu Thomas staje na czele grupy zbiegłych Streferów, którzy wyruszają z ostateczną misją. Jeśli chcą ocalić swych przyjaciół, muszą wkraść się do legendarnego Ostatniego Miasta – kontrolowanego przez DRESZCZ labiryntu, który kryje w sobie najniebezpieczniejszą z dotychczasowych pułapek. Ci, którzy wyjdą z niej żywi, poznają odpowiedzi na pytania, które Streferzy zadają sobie od chwili, gdy znaleźli się w pierwszym labiryncie.
Ot, powiedziałabym, że to kolejny smutny finał smutnej historii, co oczywiście byłoby jakże ironiczne, ale serio, oglądając The Death Cure naprawdę poczułam odrobinę smutku. Ponieważ twórcy zabili jedyną postać, co do której żywiłam pozytywne uczucia, a przy życiu pozostawili głównego bohatera, idiotę. Poza tym finał jest oczywiście tak bardzo idiotyczny (serio, ucieczka na tę wyspę nie ma sensu, podobnie z resztą jak nie miało sensu zniszczenie ostatniego miasta).

Pitch Perfect 2 (2015)
Idąc za ciosem, oczywiście obejrzałam Pitch Perfect 2, bo przecież Bellas są tego warte. No i podobno to najlepsza część trylogii, więc warto.
Utalentowane i cóż, niegrzeczne dziewczyny z zespołu a capella Barden Bellas wracają! Jeszcze bardziej niegrzeczne! Zmierzą się z innymi zespołami w konkursie, którego nigdy jeszcze nie wygrał amerykański zespół. Oczywiście, liczy się talent, ale w tej rywalizacji wszystkie chwyty są dozwolone, a Barden Bellas mają oprócz głosów cięte języki i nie zawahają się ich użyć.
Generalnie Pitch Perfect 2, oznacza więcej, mocniej, dalej, co sprawia, że niektóre kwestie zostały koszmarnie przerysowane (za dużo Fat Amy; nieogarnięcie Beki w stosunku do blondynki z Das Sound Machine), ale pod względem muzycznym i aktorskim, no cóż mamy o wiele lepszy film. Trochę szkoda, że Jesse odszedł na dalszy plan, było też jak na mój gust za mało interakcji pomiędzy Beką i Chloe. To też trochę poważniejsza historia, dziewczyny kończą studia, muszą zacząć myśleć o przyszłości, a nie tylko o pozostawaniu Bellas.

The Shape of Water (2017)
Solidny kandydat do mojego ulubionego filmu obecnego roku i chyba najlepszy film del Toro dotychczas, takie ukoronowanie jego twórczości. I wiecie co? Byłam pewna, że Shape of Water będzie świetny.
Baśń dla dorosłych, której akcja rozgrywa się u szczytu zimnej wojny, w Stanach Zjednoczonych około roku 1962. Elisa wiedzie monotonną, samotną egzystencję, a całą noc pracuje w pilnie strzeżonym, sekretnym laboratorium rządowym. Jej życie zmienia się na zawsze, gdy wraz z koleżanką z pracy, Zeldą, odkrywa, że w laboratorium przeprowadzany jest otoczony ścisłą tajemnicą eksperyment, który zaważyć może na przyszłych losach świata.
Piękna (zarówno na poziomie scenariuszowym, jak i wizualnym) opowieść, która niestety przez wielu sprowadzana jest do “haha, wyr***ała rybę, hehe ale śmieszne”, przez podstawowe nieogarnięcie tematu. To świetny film o niezrozumieniu, o braku akceptacji i o szukaniu miejsca w świecie, który niekoniecznie może nas chcieć. Oraz o tym, że zrozumienie i akceptacja może przyjść z najbardziej niespodziewanej strony. Poza tym to kwintesencja del Toro, u którego potwory nie zawsze mają potworną formę – czasami potwory są pomiędzy nami, ukryte w ludzkiej skórze.

The Cloverfield Paradox (2018)
Filmy z uniwersum Cloverfield do tej pory w zupełności się nie łączyły w jedną całość. Aż nagle na Netflixa wjechał Cloverfieled Paradox, w którym twórcy postanowili trochę rzeczy wytłumaczyć.
Akcja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Załoga międzynarodowej stacji kosmicznej próbuje rozwiązać kryzys energetyczny na Ziemi. Eksperymentalna technologia, której używają astronauci, przynosi jednak nieoczekiwane skutki. Zdana na siebie załoga, walczy o przetrwanie.
No i szczerze powiedziawszy to ja nie wiem. Naprawdę nie wiem, co powiedzieć o tym filmie, bo z jednej strony mamy tu dość standardowy film science-fiction, gdzie bohaterowie nie myślą za dużo, działają zupełnie nieprzemyślanie i oczywiście ładują się w najgorsze tarapaty, a z drugiej… próbę połączenia w jedną całość dwóch skrajnie różnych wizji – potwora z Cloverfield oraz kosmitów z 10 Cloverfield Lane. Jednak nietrudno zauważyć, że pod względem scenariuszowym mamy tu do czynienia z d0ść dużą porażką, bo plot twist udało mi się rozszyfrować zaraz po jego pojawieniu się.

Black Panther (2018)
Z tym filmem wiązałam naprawdę duże nadzieje – trailery zapowiadały coś nowego i świeżego, połączenie etno z techno, coś co mogłoby wstrząsnąć posadami MCU i wywrócić je do góry nogami.
T’Challa po śmierci ojca wraca do rodzinnego kraju, by objąć tron. Wkrótce Wakanda zostaje napadnięta przez dawnego wroga. Młody władca zbiera sojuszników, aby pokonać przeciwnika i ochronić swój lud. Jako Czarna Pantera staje w obronie nie tylko swojej ojczyzny, ale i całego świata.
Niestety to był spory zawód – przede wszystkim zamiast świeżości dostaliśmy w sumie to co już znamy: butnego księcia, który zanim stanie się królem musi oberwać po nosie, żeby potem zawalczyć o swoje prawa. Dostajemy również masę wytrychów fabularnych, plot armor dla głównego bohatera i bardzo dużo momentów, w których twórcy za bardzo nie wiedzieli jak wybrnąć z tego co wymyślili, więc podsuwali jakieś deus ex machina. No i niestety T’Challa wypada bladziutko w porównaniu z Okoye i Shuri. Killmonger też niestety wypada nierówno – w pierwszej połowie filmu ma naprawdę fajną postawę, ale im dalej w las, tym zwykły, niedoprcacowany villain z niego wychodzi.

Dunkirk (2017)
W sumie to nie wiem, jakim cudem i dlaczego obejrzałam Dunkierkę, choć zupełnie tego nie planowałam. Aha, to chyba przez Oscary. Dałam się namówić i nie żałuję.
Lato 1940 roku. Wróg przyparł brytyjskie i francuskie armie do morza. Otoczeni w Dunkierce żołnierze czekają na swój los, licząc na cudowne ocalenie. Ewakuacją z portu dowodzą komandor Bolton i pułkownik Winnant, podczas gdy zwykli szeregowcy, tacy jak Tommy, Gibson i Alex  próbują wydostać się z zatłoczonej plaży. Tymczasem w Anglii na wezwanie rządu odpowiadają właściciele cywilnych statków, w tym pan Dawson, który na pokładzie swojego jachtu wyrusza w niebezpieczny rejs do Dunkierki, chcąc pomóc w ewakuacji. Jednocześnie mała eskadra lotnicza, w skład której wchodzi Farrier, ma zapewnić osłonę wycofującym się z kontynentu żołnierzom. Piloci RAF-u muszą stawić czoła dominującemu w powietrzu przeciwnikowi.
Nie wiedziałam, że tak dobrze odbiorę ten film – spodziewałam się wielkiej dawki patosu. Co zaskakujące, patosu było jak na lekarstwo – było dużo dobrych ujęć, mnóstwo scen dramatycznych, ale nie patetycznych. Jest też przy okazji dobrze napisana historia, nietypowo zmontowana, świetnie zagrane postaci (doskonale sprawili się Hardy i Cilian Murphy).

Anihilation (2018)
Powiada się, że ten film był zbyt inteligentny dla odbiorcy kinowego i dlatego nie trafił do dystrybucji, a bezpośrednio na Netflixa.
Lena, biolożka i była żołnierka, próbuje rozwikłać tajemnicę zaginięcia swojego męża w Strefie X — nieprzyjaznym i tajemniczym miejscu rozciągającym się wzdłuż amerykańskiego wybrzeża — dlatego dołącza do grupy śmiałków, którzy zamierzają zajrzeć do jej wnętrza. Na miejscu członkowie ekspedycji odkrywają niespotykane w normalnym świecie piękne krajobrazy i stworzenia, które zagrażają ich życiu oraz potrafią wpłynąć na ich umysł.
O mój borze szumiący, jakież to było idiotyczne, jakież to było… no bezsensowne. Serio mamy tutaj niby jakiś pomysł i mógłby być interesujący, ale nie jest, bo twórcy nie wiedzą co tak naprawdę chcą nam pokazać.  Może i byłoby o wiele strawniejsze, gdyby to wszystko podane byłoby w sosie z lepszego aktorstwa? Ciężko się to oglądało i byłam bardzo blisko przerwania seansu, bo ileż można patrzeć na drewnianą grę Natalie Portman?

The Ritual (2017)
“Obejrzyjmy jakiś horror” to zdanie to jedno z najczęstszych, jakie padają z ust Turela. I czasami prowadzi do znalezienia perełek, a czasami wręcz przeciwnie. W przypadku Rytuału to jeszcze sama nie wiem, co o tym filmie sądzić.
Czwórka przyjaciół w pół roku po śmierci piątego z nich, wybiera się na wędrówkę po górach Szwecji – dla uczczenia jego pamięci zamierzają pozostawić pamiątki po nim na szczycie jednej z nich. Ta wyprawa zakończyłaby się inaczej, gdyby nie chęć skrócenia sobie drogi i wejście w las. Tam generalnie będą musieli zmierzyć się nie tylko z trudnymi uczuciami do siebie, ale również i dziwnym zjawiskiem nadprzyrodzonym.
Cóż można powiedzieć o tym filmie? Że to rzecz nie dla wszystkich i rozwiązanie całej sprawy raczej nie jest podane na tacy. To horror, w który trzeba się wgryźć, żeby zrozumieć jego znaczenie i wszystko porządnie zinterpretować. Ale poza ciekawą historią dostaniemy kilka bardzo fajnych scen i bardzo ładne plenery. No i kilka rzeczy dziwacznych/strasznych, ale za to bardzo mało jumpscare’ów, więc polecam osobom, które nie lubią tych ostatnich.

Sharing is caring!

One thought on “Filmowe podsumowanie miesiąca #45 – pierwszy kwartał 2018 z rytualną anihilacją

  • 3 kwietnia 2018 at 13:55
    Permalink

    Lubię czytać Twoje podsumowania, zwłaszcza horrorów, bo wtedy wiem o co chodzi, a nie muszę ich oglądać :). No i jak długo zgadzamy się, że Okoye bije swego króla na głowę wszystko jest w porządku (ja mam nieco lepszą opinię o filmie, ale ja jestem łatwa. Dajcie mi fajną bohaterkę, słodkie zwierzątka i niespodziewane bohaterstwo, a przymknę oko na wiele rzeczy).

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *