Filmowe podsumowanie miesiąca #43 – październik z Geraldem w mrocznym pudełku

Październik zafundował nam jeden z największych zawodów filmowych w tym roku. Zapewne wiecie, o jaki film chodzi, ale jeśli ktoś jeszcze się nie orientuje, o jaką produkcję chodzi – przeczytacie niżej.

Gerald’s Game (2017)
Jedna z dwóch ekranizacji powieści Stephena Kinga oglądanych w październiku. I mimo niższego budżetu wypadła zdecydowanie lepiej niż ta druga.
Jessie i Gerald są małżeństwem z długim stażem. Wyjeżdżają na weekend, który ma rozpalić pomiędzy nimi na nowo namiętność. Jednak romantyczny wyjazd we dwoje zaczyna się niespodziewanie psuć już na samym początku. Ze wszystkich możliwych scenariuszy przydarza się ten najgorszy.
No i to proszę państwa jest dobra ekranizacja horroru. Po mistrzowsku budowanie napięcia, po mistrzowsku bawienie się widzem, jego nastrojami itp. Atmosfera jest niesamowita – lekko duszna, niepokojąca, no i przede wszystkim, bardzo intymna, bo to film na dwoje aktorów, czyli coś co zdecydowanie mi bardzo odpowiada. Twórcom udało się zrobić coś lepszego niż oryginalna historia, nadali temu nieco lepszego tempa i mocniejszego wyrazu. I mimo niskiego budżetu dostaliśmy film, który bardziej mnie przeraził niż It. Nie byłabym sobą, gdybym nie ponarzekała sobie na kilka rzeczy – na przykład na rozlewającą się po podłodze krew, która nie ma żadnego absolutnie uzasadnienia; czy też na polskie napisy, które ignorują nawiąznie do Mrocznej Wieży. Ale ogólnie film jest dobry i to chyba będzie jedna z moich ulubionych ekranizacji książek Kinga.

Blade Runner 2049 (2017)
To jedna z dziwniejszych premier tego roku, bo najpierw stwierdziłam, że tego filmu nie mam zamiaru oglądać, a potem poleciałam jak szalona do kina.
Minęło 30 lat od wydarzeń przedstawionych w filmie „Łowca androidów” Ridleya Scotta. Wtedy w 2019 roku agent Rick Deckard (Harrison Ford) ścigał w Los Angeles zbuntowane androidy z serii Nexus 6. Teraz w 2049 roku do akcji wkracza nowy Blade Runner, czyli łowca – oficer K (Ryan Gosling). Niespodziewanie funkcjonariusz odkrywa spisek, który może zniszczyć pozostałości dawnego porządku i społeczeństwa. Żeby uratować i tak już zrujnowany świat, K musi poprosić o pomoc Deckarda. Problem w tym, że Rick ukrywa się od czasu, gdy w 2019 roku uciekł z Los Angeles…
To bardzo dobry film, ale jest troszkę przydługi, jak to napisałam już na facebooku tuż po seansie. Niestety długość tego filmu jest tak naprawdę jego największym problemem i przyczyną finansowej klapy. Jak już może słyszeliście w podcaście, poza tą jedną wadą chwalimy bardzo Blade Runnera 2049 – za bardzo dobrą rolę Ryana Goslinga, za zaskakującą głębokość tego filmu (bo możliwości interpretacji jest tak wiele, że boję się, że próba odkopania każdej jednej byłaby niesamowicie pracochłonna, a ja i tak miałabym wrażenie, że głębiej kryje się coś jeszcze), za niesamowicie piękne ujęcia. Po podcaście naszła mnie jednak jedna refleksja – istnieje pewna dziura fabularna, która odkryta zaczyna przeszkadzać i zaburza obraz bardzo przemyślanej akcji. No i jak zwykle to bywa – gdyby bohaterowie filmu ze sobą porozmawiali moglibyśmy całą tę sytuację jakoś pięknie rozwiązać i być może Ryan Gosling nie musiałby umierać dramatycznie na schodach.

The Crucifixion (2017)
Wybraliśmy się do kina na ten film bez jakichś większych nadziei, bo wyglądało to jak standardowy popcornowy horror.
Do więziennej celi trafia ojciec Anton, ksiądz, skazany za zabójstwo opętanej zakonnicy, nad którą sprawował egzorcyzmy. Jego sprawą interesuje się zdolna dziennikarka śledcza Nicole Rawlins. Reporterka nie przepuści żadnej okazji, aby pokazać światu daleko idące nieprawidłowości w działaniu organizacji kościelnej. Nicole wyrusza w podróż do niewielkiego miasteczka w odległej Rumunii, gdzie miały miejsce tajemnicze zdarzenia. Na miejscu okazuje się, że sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana niż wydawało się to na początku, a atmosfera zagęszcza się z każdą minutą. Dziennikarka dąży do poznania prawdy. Czy duchowny rzeczywiście zamordował chorą psychicznie osobę, czy też przegrał walkę z demoniczną obecnością?
Spodziewałam się słabego horroru, a tu dostałam całkiem ciekawy obraz, bardzo w stylu Zbaw nas ode złego, co prawda z większą ilością jump scare’ów, ale nadal poprowadzonym bardzo poprawnie pod względem “metodologicznym”. Nieźle wypada gra aktorska, świetnie prezentują się plenery, nawet efekty specjalne są całkiem spoko (jak na zapewne niewielki budżet). Zdecydowanie podobała mi się atmosfera tego filmu – niepokojąca, zwłaszcza w scenach, kiedy nie straszono nas przy pomocy jump scare’ów (które jak zwykle wypadły dość blado – poza jednym, pierwszym – z nagłym pojawieniem się biskupa w podziemiach klasztoru w momencie, kiedy dziennikarka robiła tam zdjęcia). Jak dorzucimy do tego jeszcze bardzo dobrą grę aktorską, bohaterkę, która kojarzy fakty, to wyjdzie nam z tego całkiem ciekawy film, który może nie jest najstraszniejszym filmem na świecie, ale jest za to filmem porządnie zrealizowanym.

The Dark Tower (2017)
Musiałam zweryfikować, czy jest to rzeczywiście taka katastrofa, jak wszyscy mówili, bo noty zbierała wyjątkowo niskie, a krytycy i recenzenci nie zostawili na tym filmie suchej nitki.
Ostatni Rycerz, Roland Deschain, uwięziony w niekończącej się walce z Walterem O’Dimem, znanym także jako Człowiek w czerni, ze wszystkich sił stara się powstrzymać go przed zburzeniem Mrocznej Wieży, która spaja światy. W imię przetrwania światów, w ostatecznej walce zderzą się ze sobą dobro i zło. Tylko Roland może ocalić Wieżę przed Człowiekiem w czerni.
Przysypiałam na tym filmie – tak był nudny, bez polotu i bez pomysłu. Kilka scen dałoby się jeszcze uratować, ale no serio, było bardzo słabiutko. Wydaje mi się, że nie można w ogóle tego tworu nazywać adaptacją czy ekranizacją, bo to jest jakiś wyjątkowo słaby fanfik do Mrocznej Wieży, wyciągający po kilka elementów oryginału i miksujący je w bezsensowną, bezkształtną i bezbarwną opowieść o tym, jak to jakiś zły Matthew McConaughey próbuje zniszczyć jakąś taką wieżę na pustkowiu. Nie ma w tym filmie nic, co by mogło przykuć uwagę widza – postacie są nijakie (nawet Człowiek w Czerni, z którym wiązałam duże nadzieje sprawił, że jęknęłam z zawodu), akcja wlecze się i ciągnie nas z punktu A do punktu B zupełnie bez pomysłu. I jeszcze ten happy end, tak totalnie nie pasujący do Mrocznej Wieży… Porażka moi mili państwo, ale porażka nieśmieszna i nudna, nijaka.

Człowiek z magicznym pudełkiem (2017)
Trochę o tym filmie pisałam już wcześniej, jednak jeśli nie czytaliście jeszcze recenzji lub nie chcecie jej czytać, to sprawdźcie ten telegraficzny skrót.
Warszawa, rok 2030. Wydawać by się mogło, że dla Adama lepsze jutro było… wczoraj. Dotknięty zanikiem pamięci bohater musi zacząć wszystko od nowa. Przeprowadza się i rozpoczyna pracę w potężnej korporacji. Poznaje w niej atrakcyjną Gorię, którą jest totalnie oczarowany. Początkowo dziewczyna opiera się jego zalotom, uparcie twierdząc, że nie jest w jej typie. Gdy jednak romans nabiera rumieńców, chłopak dokonuje niebywałego odkrycia. W swoim nowym mieszkaniu znajduje stare radio, które nadaje audycje z lat 50. Okazuje się, że odbiornik emituje również fale umożliwiające teleportację. Podczas jednej z podróży Adam „utyka” w 1952 roku. Zaniepokojona nieobecnością ukochanego Goria podejmuje się fascynującej, ale i niebezpiecznej misji sprowadzenia go z powrotem.
To jest do głębi i na wskroś polskie kino – to widać i czuć. Zupełnie inaczej poprowadzona historia, z bardzo długim początkiem, niemalże bez rozwinięcia i z niezłym zakończeniem. Tego całego środka brakuje, historia za długo jest nam pokazywana, za długo rzeczy nie mają sensu, a sceny, które po sobie następują wyglądają jak losowe, niepowiązane ze sobą rzeczy. To, że jest to film polski widać nawet po aktorstwie – Olga Bołądź deklamuje swoje teksty, bez wyrazu, bez uczuć, zupełnie nijako. Między bohaterami nie ma totalnie chemii. Mam wrażenie, że reżyser starał się dać nam klimatyczne kino, a wyszedł potworek, który ciągnie się jakby miał siedem godzin.

Thor: Ragnarok (2017)
Moi mili, teraz przed wami film, co do którego od samego początku miałam pewność, że mi się spodoba, że będzie doskonały, wspaniały i cudowny. A okazał się moim największym filmowym zawodem roku.
Thor zostaje uwięziony po drugiej stronie wszechświata. Osłabiony i pozbawiony młota musi znaleźć sposób, by powrócić do Asgardu i stawić czoła bezwzględnej i wszechpotężnej Heli oraz powstrzymać Ragnarok – „zmierzch bogów”, zagładę świata i całej asgardzkiej cywilizacji. Przedtem jednak musi stanąć do gladiatorskiego pojedynku na śmierć i życie z byłym sprzymierzeńcem i członkiem drużyny Avengers — niesamowitym Hulkiem!
Przefajnowany – to słowo najlepiej określa nowego Thora. Wszystkiego jest tam trochę za dużo – żartów, humoru, szczyptę za dużo specyficznego podejścia Waititiego. Brakuje spójnej wizji, stylistyka lat 80. i syntwave miesza się z klasyczną już dla filmów o Thorze stylistyką tego heroicznego kosmicznego fantasy. Hela to zmarnowany potencjał, poza byciem gorszą, bardziej emo żeńską wersją Lokiego nie ma w niej nic. Film jest prześmieszkowany, kilka elementów naprawdę przestaje być śmiesznych po kilku minutach na ekranie (Korga można byłoby wyciąć bez żadnej szkody dla fabuły). Ale ma też niesamowite momenty – przedstawienie teatralne w Asgardzie, cameo Doktora Strange’a, chwila pojednania Odyna z synami i przedostatnia scena filmu. Problem stanowi muzyka, której jest za mało odważna, za mało charakterystyczna i średnio zgrywa się z filmem. Generalnie nie jest tak dobry, jak stara się przedstawić go większość recenzji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *