Filmowe podsumowanie miesiąca #42 – wrzesień w złotym kręgu

Tegoroczne lato nie było najlepszym latem dla kina (dane podają, że dla amerykańskich kin było to najgorsze lato od dwunastu lat), ale i u nas pod względem filmowym nie było za dobrze. Wrzesień pod względem ilości i jakości obejrzanych produkcji stał w naszym przypadku nieco wyżej niż poprzednie dwa miesiące.

In Time (2011)
O tym filmie, słyszałam sporo pozytywnych opinii dawno temu, jeszcze będąc członkiem toruńskiego DKKFu. Na długo o nim zapomniałam. Aż pewnego dnia po prostu nie zdarzyło się tak, że przeszukując Netflixa w poszukiwaniu filmu na wieczór natknęłam się na niego.
Świat w niedalekiej przyszłości: aby uniknąć przeludnienia, wprowadzono reglamentację czasu do przeżycia, który stał się najcenniejszym dobrem, jedyną powszechnie akceptowaną walutą wymienialną. Bogaci, których stać, by go kupować, mogą żyć wiecznie, biedni muszą wykazać się inwencją, by go zdobyć… Will Salas należy do tych nieszczęśników, którzy budzą się każdego dnia z zapasem 23 godzin, zdając sobie sprawę, że o ile nie zarobią wystarczająco dużo czasu, nie dożyją do jutra. Pewnego dnia bogaty nieznajomy przekazuje Willowi czas o wartości stu lat i zmęczony życiem popełnia samobójstwo. Will zostaje oskarżony o jego zabicie i ucieka przed policją z piękną zakładniczką. Żyjąc z minuty na minutę, zakochana para wypowiada wojnę istniejącemu systemowi, grożąc jego ostatecznym zniszczeniem…
Świat w niedalekiej przyszłości: aby uniknąć przeludnienia, wprowadzono reglamentację czasu do przeżycia, który stał się najcenniejszym dobrem, jedyną powszechnie akceptowaną walutą wymienialną. Bogaci, których stać, by go kupować, mogą żyć wiecznie, biedni muszą wykazać się inwencją, by go zdobyć… Will Salas należy do tych nieszczęśników, którzy budzą się każdego dnia z zapasem 23 godzin, zdając sobie sprawę, że o ile nie zarobią wystarczająco dużo czasu, nie dożyją do jutra. Pewnego dnia bogaty nieznajomy przekazuje Willowi czas o wartości stu lat i zmęczony życiem popełnia samobójstwo. Will zostaje oskarżony o jego zabicie i ucieka przed policją z piękną zakładniczką. Żyjąc z minuty na minutę, zakochana para wypowiada wojnę istniejącemu systemowi, grożąc jego ostatecznym zniszczeniem…

It (2017)
Jak już ustaliliśmy w podcaście – 2017 rokiem ekranizacji Kinga. Po chłodno przyjętej „Mrocznej Wieży” krytycy przyjęli kolejny film na podstawie prozy mistrza horroru z entuzjazmem. Postanowiliśmy i my go sprawdzić.
Kiedy w mieście Derry w stanie Maine zaczynają znikać dzieci, grupa dzieciaków musi stawić czoła swoim największym lękom. Na ich drodze staje nikczemny klaun o imieniu Pennywise, który zapisał się na kartach historii jako morderca lubujący się w zadawaniu bólu. Film oparty jest na motywach niezwykle popularnej powieści Stephena Kinga pod tym samym tytułem, która przeraża czytelników od dziesięcioleci.
Zostałam absolutnie oczarowana stroną wizualną – piękna, dopieszczona do granic możliwości stylistyka lat osiemdziesiątych, pięknymi ujęciami i jeszcze cudowniejszym prowadzeniem kamery. Choć nie wszystko w tym filmie jest takie różowe – w kilku miejscach zgrzytnęły mi efekty specjalne (pierwszy raz w sekwencji, w której Georgie, któremu Pennywise odgryzł rękę, cofa się i upada w kałużę). Ciężko mi wypowiadać się na temat fabuły, bo należałoby się tutaj odwołać do książkowego oryginału, który średnio kojarzę. Mogę ocenić to, co było na ekranie – i to co widziałam z jednej strony bardzo mi się podobało (bardzo niewiele horrorów pozwala sobie na budowanie relacji między postaciami), z drugiej jednak kilka rzeczy wydaje mi się kompletnie zbędnych – jak chociażby kilka wanna be jump scare’ów na początku filmu. Wiem, że trzeba było jakoś pokazać, że wszystkie dzieciaki z grupy Frajerów były zagrożone i Pennywise im się objawiał, ale wydaje mi się, że można było je pominąć i próbować budować napięcie w inny sposób, subtelniejszy, sugestiami obrazów widzianych kątem oka. Nie rozumiem też idei “pokrzywionej kobiety” – strachu Stana, bo po pierwsze kto trzymałby taki paskudny obraz w gabinecie, a po drugie nie rozumiem, co miałoby to sobą reprezentować. No i pozostaje problem również Mike’a – obawy jego dziadka i całe jego backstory bardziej pasuje do lat pięćdziesiątych (czyli tych z książki) niż do końcówki lat osiemdziesiątych.

Transformers: The Last Knight (2017)
Nie wiem, co nas podkusiło, żeby akurat ten film obejrzeć. Przecież specjalnie nie poszliśmy na niego do kina, żeby nie nabijać mu wyników sprzedaży. Ale i tak go obejrzeliśmy, zupełnie nie wiem po co.
Ludzie i Transformery toczą ze sobą wojnę, Optiums Prime odszedł. Klucz do ocalenia naszej przyszłości jest zakopany w sekretach przeszłości, w zapomnianej historii obecności Transformerów na Ziemi. Uratowanie ludzkości leży w rękach nieoczywistych sprzymierzeńców: Cade’a Yeagera, Bumblebee oraz brytyjskiego lordai oksfordzkiej profesorki.
What the actual fuck, że tak zapytam. Ja nie wiem, co się w tym filmie odpierdziliło, ale scenarzystom powinno zabrać się narkotyki i posłać na odwyk. Ta produkcja kompletnie nie ma sensu, nie ma żadnego ładu i składu… Bardzo to wszystko wygląda jak parodia – początek wyrwany jest jakby z jakiejś komedii fantasy, a potem mamy autoparodię Transformersów. Serio, przez jakieś 90 procent czasu nie ogarniałam co się dzieje w tym filmie. Akcja skacze jak szalona od jednej niepowiązanej sceny do drugiej (wygląda mi to na robotę pijanych montażystów/ewentualnie robotę szalonego sabotażysty), film składa się głównie z gagów i to słabej jakości. O pomyśle na wplecenie do tego wszystkiego jakiejś złej istoty z Cybertronu, która skorumpowała Optimusa nie wspomnę. Nie wspomnę również o idiotyzmie jakim było wprowadzenie “rycerzy”, którzy nie robią nic poza zmienieniem się w trzygłowego smoka (ja nie wiem, ale skoro “rycerzy” było jedenastu, bo jeden zginął na początku, więc chyba smoku powinno czegoś brakować – poza płynną animacją). Wplecenie w to króla Artura to jakaś potwarz i zniewaga okropna, zaś zakon Wittwiccanów to już po prostu czysta parodia (zastanawiam się, czy przypadkiem nie wyszło, że Sam Wittwicky był potomkiem Króla Artura). A smutkiem napawa mnie tak słabe wykorzystanie Grimlocka (posłużył za element komiczny i tyle). Oddajcie mi z powrotem moje dwie i pół godziny życia!

Hitman’s Bodyguard (2017)
Trailer był naprawdę obiecujący – i choć wielokrotnie w tym roku przekonałam się, że trailery są szalenie zwodnicze, to w sumie sprawdzić nie zaszkodziło. I w sumie nie zawiodłam się.
Michael Bryce  jest najlepszym ochroniarzem na świecie. Niektórzy twierdzą, że jeśli chroni cię Bryce, stajesz się nieśmiertelny. Jednak tym razem zadanie może przerosnąć nawet jego. Bryce ma przetransportować przez pół świata byłego płatnego zabójcę, który zdecydował się zeznawać przeciw zbrodniarzowi wojennemu, którego reżim ma na sumieniu tysiące istnień. Ich tropem rusza cała armia agentów, płatnych morderców i łowców nagród, a po drodze okaże się, że nie tylko ich życie będzie zagrożone. Oskarżony zbrodniarz jest gotowy skorzystać z pomocy terrorystów, byle nie dopuścić do procesu.
Jejku, jaka to fajne rozrywkowe kino było. Może nie jakieś wybitne, ale powiedzmy sobie szczerze, na tle innych filmów tego lata, to było coś, co się wyróżniało na plus. Jest w tym filmie masa dobrego aktorstwa – zarówno ze strony ze strony głównych bohaterów, jak i postaci pobocznych. Przy całej tej plejadzie aktorów z głównych ról blado wypada Gary Oldman w roli złego dyktatora, ale w sumie zagrał to co miał zagrać – tego przerysowanego złola, przy którym postać Samuela L. Jacksona będzie wyglądać jako ten aniołek. Jest zabawnie i angażująco, a te dwie godziny upływają bardzo szybko – i to bez większych zgrzytów i przestojów – zwroty akcji, szalone tempo wydarzeń i wszystkie te mniejsze i większe gagi trzymają przy ekranie, nie pozwalając na nudę. Bawiłam się naprawdę fajnie!

Baywatch (2017)
Kolejny letni film, który mi jakoś umknął… No dobra, powiem szczerze, że rzeczywiście znów był to film, którego nie miałam zamiaru oglądać. Ale kiedy nie masz pomysłu, a pod ręką masz dużo alkoholu można wpaść na dziwne pomysły.
Mitch Buchannon i jego elitarny Słoneczny Patrol, strzegą życia kąpiących się w wodzie i słońcu. Tego lata w ramach kolejnego naboru powiększą swoje szeregi o kolejnych ratowników, wśród nich będzie zesłany za karę były zawodnik olimpijski w pływaniu, Matt Brody. Samolubny i niepotrafiący pracować zespołowo młody mężczyzna, nie jest jedynym problemem Mitcha – po jego plaży rozprzestrzenia się w zaskakująco ogromnym tempie nowy narkotyk – flakka. Co z tym wspólnego ma nowa właścicielka położonego przy plaży ekskluzywnego klubu, ciało jednego z miejskich radnych i szef ratowników naciskający na przyjęcie Brody’ego do zespołu?
Cholerka, spodziewałam się jakiejś totalnej porażki, czegoś co będzie urągało złemu smakowi i będzie wymagało dużej ilości alkoholu, żeby być strawnym. A tu okazuje się, że dostaliśmy produkcję z dużą dozą autoironii, niepoważnym podejściem zarówno do siebie, jak i do materiału źródłowego (scena, w której Mitch spotyka Mitcha lub pogadanka na platformie). To film, który owszem zawiera masę żartów związanych z seksem itp., ale w sumie to nie są żarciki na poziomie tak niskim jak Chłopaki na Ibizie czy innego tego typu produkcje. Jest oczywiście to co w Słonecznym Patrolu liczy się najbardziej – piękne kobiety, umięśnieni mężczyźni, słońce, plaża i woda ściekająca po ich ciałach. Jest też jakaś intryga, dość idiotyczna szczerze powiedziawszy, ale powiedzmy sobie – to tylko pretekst, z resztą tak jak pretekstem były te wszystkie problemy odcinka w oryginalnym serialu.

Kingsman: The Golden Circle (2017)
Na nowych Kingsmanów czekałam niemalże jak na gwiazdkę. Albo jak na prezent urodzinowy. A potem przyszły skrajnie odmienne opinie – jedni twierdzili, że jest źle, inni chwalili, że jest bardzo dobrze. Bałam się seansu jak cholera. Niepotrzebnie.
Tym razem nasi bohaterowie stają w obliczu wyjątkowego wyzwania. Gdy ich kwatera zostaje zniszczona, a los świata zawisa na włosku, brytyjscy agenci odkrywają, że w Stanach Zjednoczonych istnieje sprzymierzona organizacja szpiegowska o równie długiej i bogatej historii. Przedstawiciele dwóch elitarnych organizacji muszą teraz zapomnieć o dzielących ich różnicach i wspólnie stawić czoło nieobliczalnemu wrogowi, który dąży do władzy nad światem. Gra idzie o wyjątkowo wysoką stawkę, ale dla Eggsy’ego nie ma nic trudnego…
To zupełnie inny film niż pierwsza część. Co się bardzo twórcom chwali, bo przecież nikt z nas nie chciałby dostać odgrzewanego kotleta i powtórki z rozrywki. Początek jest moim zdaniem nieco za długi, ale potem kolejne sceny filmu wynagradzają to z nawiązką. Idealne tempo – raz szybkie, raz zwalniało odpowiednio, dając odsapnąć widzowi. Bałam się retconów, ale wszystko zrobili z głową i na tyle dobrze, że nie będę narzekała na powroty zza grobu. Finał wątku jednej z ważniejszych postaci też został poprowadzony świetnie i aż mi się łezka wzruszenia w oczkach zakręciła. Film jest szalony i jeszcze bardziej nieprawdopodobny, jak pierwsza część, ale czasami trzeba obejrzeć coś takiego szalonego i nieprawdopodobnego. Jedyny minus – pewna przewidywalność i powtarzalność jednego z główniejszych plot twistów.

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *