Filmowe podsumowanie miesiąca #41 – lipiec i sierpień z atomowym Człowiekiem-Pająkiem

Pora na przerwanie milczenia (przykro mi, że nie wrzucam dzisiaj tekstu, na który czekacie, czyli recapu finałowego odcinka Gry o Tron), ale za nami sierpień, więc trzeba co nieco podsumować. Właściwie podsumowywać filmowo będziemy dwa letnie miesiące (lipiec wypadł straszliwie słabo jeżeli chodzi o ilość filmów obejrzanych, ale po prostu było dużo innych rozrywek poza kinem).

Jak dogryźć mafii (2017)
To miał być taki zabawny film – sądząc po trailerach. No przecież nie mogło być tak, że to się nie uda. Ja naprawdę chciałam, żeby ten film był dobry. Ej schemat jest niezły – twardy prywatny detektyw, któremu mafia porywa psa… Przecież film, w którym bohater ratuje swoje zwierzę nie może być zły!
Życie Steve’a Forda, prywatnego detektywa z Los Angeles, staje na głowie, gdy jego ukochany pies Buddy zostaje… porwany przez gangsterów. Chcąc odzyskać pupila, Ford przystaje na warunki mafii i podejmuje się misji odzyskania skradzionej walizki pełnej narkotyków. W niespełna 24 godziny od przyjęcia zadania, Steve znajdzie się na celowniku napompowanych testosteronem zakapiorów z Samoa, bandziorów mściwego lichwiarza i połowy półświatka z Miasta Aniołów. A to nie koniec kłopotów Forda. Aby ocalić najlepszego przyjaciela człowieka, sam będzie musiał stać się prawdziwym… kumplem na zabój!
Myślałam, że mnie coś strzeli na tym filmie. Generalnie wybierałam się mając nadzieję, że będzie w połowie tak zabawny jakby wskazywał na to trailer. I wiecie co? Trailer pokazał chyba wszystkie najśmieszniejsze sceny tego filmu. To było złe, słabe kino, wyjątkowo fatalnie napisane i zagrane. Nie wiem, co to miało być i do kogo jest kierowane – czy to akcyjniak do obejrzenia przy niedzielnym obiedzie, czy mniej grzeczne, acz dowcipne kino? Bo mam wrażenie, że twórcy sami nie wiedzieli co chcą zrobić. Momentami prześwitywał spod tego jakiś pomysł, ale generalnie było bardzo bardzo słabo. Mimo, że to tylko 94 minuty filmu, to były to tak zmarnowane 94 minuty, że aż strach. Cała akcja upchnięta została w ostatnie piętnaście minut filmu i tyle on mógłby trwać. No i mógłby zawierać nieco więcej Jasona Momoy, który akurat wypadł tutaj bardzo na plus, jako jedyny z całej obsady (Goodman nie ma czego grać i nie gra nawet tego, a Willis… zapomnijcie o Willisie).

Baby Driver (2017)
Kolejny film, który zachwycił mnie trailerem – normalnie niesamowitość, hit sezonu. Myślałam, że to będzie kolejny blockbusterowy pewniak i hit tego lata.
Utalentowanego młodego kierowcę, który zarabia na życie udziałem w napadach, przez życie prowadzi muzyka. To ona pomaga mu być najlepszym w tym, co robi. Kiedy poznaje dziewczynę swych marzeń, postanawia porzucić przestępczą przeszłość i zacząć żyć normalnie. Zmuszony przez bossa mafijnego, dla którego pracuje, do udziału w z góry skazanym na niepowodzenie skoku, ryzykuje utratą wszystkiego, co dla niego najważniejsze – miłości, wolności i muzyki.
Mój boziu, jak było słabo, jak bardzo słabo było. Mam wrażenie, że film został napisany pod soundtrack, bez przemyślenia realiów i wszystkiego. Liczyłam na fajną, nieco przegiętą produkcję z efektywnymi pościgami itd. A tymczasem dostałam film, po którym rzeczywiście ciężko było mi się pozbierać, ale tylko dlatego, że zanudziłam się prawie na śmierć. Cały setting i cała fabuła opierały się na moim zdaniu błędach popełnionych przez Doca, a których każdy logicznie myślący człowiek mógłby spokojnie uniknąć. Aktorsko raczej wypadło to średnio, a sam film zdominowany został przez wątek miłosny. Strasznie się zawiodłam, bo choć soundtrack był fajny, to jazdy samochodem było zdecydowanie za mało, a gadania zdecydowanie za dużo.

Spider-Man: Homecoming (2017)
Starałam się nie dać porwać hype’owi, starałam się myśleć, że to może być niewypał albo że nie sprosta wysoko postawionym oczekiwaniom. Właściwie dałam się jednak porwać hura-optymizmowi, aczkolwiek przed seansem wciąż zastanawiałam się, czy nie będzie jednak za dużo Starka na film nie o Starku?
Młody Peter Parker/Spider-Man, poszukuje swojego nowego ego superbohatera. Zafascynowany przygodą z Avengersami, wraca do domu, gdzie mieszka wraz z ciotką May. Cały czas pozostaje pod czujnym okiem swego mentora – Tony’ego Starka. Próbuje wrócić do normalnego życia, unikając myśli, że jest kimś więcej niż tylko „Spider-Manem z sąsiedztwa”. Jednak kiedy pojawia się Vulture, nowy groźny wróg, wszystko, co dla Petera ważne, staje się zagrożone.
Mniam, jaki to fajny, świeży film, jak fajnie wnosi powiew świeżości do MCU. Przede wszystkim to szkolna drama jest, co już samo w sobie stanowi nowość u Marvela. Mam wrażenie, że pójście w stronę Pająka, który dopiero się uczy czym jest “wielka odpowiedzialność, która przychodzi z wielką mocą”, który bardzo chce się wykazać i pokazać jaki jest super, a do tego przeżywa swoje pierwsze zakochanie itd. sprawiło, że ten film był taki świeży. No i kurczę Tom Holland tak naturalnie wpasował się w rolę Spideya, nadał mu takiego uroku, że Tobey i Andrew mogą się schować gdzieś na drzewo. A to nie koniec, bo w końcu dostajemy porządnego villaina, takiego jakiego w MCU brakowało – faceta, który nie jest przerysowanym, jednowymiarowym złolem, ale gościa ze specyficznym kodeksem moralnym, o specyficznych zasadach i bardzo kochającym swoją rodzinę. No i przede wszystkim widzimy też tę trochę mniej kolorową stronę medalu jeśli chodzi o SHIELD i ich pochodne – bo zupełnie inaczej sytuacja wyglądałaby, gdyby Vulture nie stracił zlecenia na sprzątanie po Avengersach, nie stałby się nigdy Vulturem.

Atomic Blonde (2017)
Czytając w marcu recenzje w The Hollywood Reporterze dowiedziałam się, że raczej fajerwerków nie będzie. Ale mimo wszystko byłam ciekawa, jak wypadnie „żeński John Wick”.
Berlin, czasy Zimnej Wojny. Brytyjska agentka zostaje przerzucona do komunistycznego Berlina w celu odnalezienia zabójców swojego partnera i odzyskania listy podwójnych agentów.
Jeśli to ma być lepszy John Wick 2, to ja chyba oglądałam innego Johna Wicka 2. Generalnie film ładny i ma fajny soundtrack – to jedyne co łączy Wicka i Atomic Blonde. Fabuła w Atomic Blonde moim zdaniem nie zdała egzaminu – finał w ogóle zabiera jakikolwiek sens i tak średniosensownej akcji szpiegowskiej. Problem stanowi też kwestia zawieszenia niewiary – bo wiele rzeczy w tym filmie jest po prostu idiotycznych: francuska szpiega (szpiegini?), która do Berlina zostaje wysłana ze swoją pierwszą misją i jest tak naiwna, że to aż słodkie; brytyjski szpieg jeżdżący po Berlinie świetną furą; “niewyróżniająca się” Lorraine. Walki nie są jakieś mocno genialne, a CGI zabolało w oczki kilka razy. Na plus wypadają zdjęcia, na plus wypada muzyka, na plus – odważna scena seksu. No i role Sofii Boutelli i McAvoya, choć miałam wrażenie, że oni grają w dwóch różnych filmach. Bardzo mocno z rytmu wybijało to przeskakiwanie od akcji do przesłuchania i z powrotem – miało nadać temu specyficznego charakteru, a tymczasem po prostu denerwowało.

 

Valerian i miasto tysiąca planet (2017)
Nie miałam wielkich oczekiwań i już po trailerach byłam pewna, że to będzie typowy film Bessona – ładny, acz niewiele poza tym. I w sumie się nie pomyliłam.
Valerian i Laurelina to kosmiczni agenci, odpowiedzialni za utrzymanie porządku na terytoriach zamieszkałych przez ludzi. Podczas misji w Mieście Tysiąca Planet – kulturowym i politycznym centrum galaktyki – przyjdzie im zmierzyć się ze złowrogą siłą, która zagraża bezpieczeństwu całego wszechświata.
No cóż, kolorowy, ładny, nieźle się to oglądało. Wszystko działało, póki nie zaczęło się tego analizować, bo wtedy można byłoby dojść do wniosku, że świat nie trzyma się kupy, fabuła jest jedynie pretekstem a bohaterowie są do kitu. Naprawdę póki się nie myśli o tym filmie, jak o czymś co sobie po prostu leci, a wy się w to bezmyślnie wgapiacie w kinowy ekran, skupiacie na kolorach, efektach i wszystkim co najmniej ważne. Ale jeśli zaczniecie śledzić fabułę, to pojawią się od razu dziury, problemy i w ogóle. A już para głównych bohaterów to taka totalna klapa, że szkoda gadać – ani nie grają dobrze (ba, prawie w ogóle nie grają), ani nie ma między nimi chemii. Cały wątek między Valerianem a Laureline jest o kant tyłka potłuc i można byłoby go wyrzucić bez szkody dla filmu. Ogólnie bohaterowie to lekka porażka, bo w sumie najlepszą postacią jest Bubbles, czyli Rihanna w niewielkiej epizodycznej rólce. I to powinno powiedzieć wam wszystko o tym filmie.

Don’t knock twice (2016)
Miałam iść na to do kina. Trailer wyglądał całkiem interesująco. A potem jakoś tak wyszło, że stwierdziliśmy z Turelem, że oglądanie horrorów w kinie jest trochę passe, więc zaczekamy na DVD.
Nastoletnia Chloe, opuszczona przed laty przez rodzinę, dorasta w sierocińcu. Po niespodziewanej wizycie swej matki, rzeźbiarki Jess, dziewczyna powraca w okolicę, w której się wychowała. Wraz z przyjacielem dociera do tajemniczej posiadłości, o której krążyły mroczne opowieści. „Zastukaj raz, by ją obudzić, dwa, by z martwych wstała”… Według legendy, dom zamieszkuje okrutny demon, znany ze słowiańskiej mitologii. Dziewczyna postanawia zmierzyć się z mitem, otwierając drzwi, które na zawsze miały pozostać zamknięte. Aby przeżyć, będzie musiała stoczyć walkę nie tylko w świecie rzeczywistym, ale również w przerażającym miejscu, z którego pochodzi demon.
Borze szumiący co za żenada, co za nuda i w ogóle o co chodziło? Ten film nie ma żadnego sensu, jest nudny, a jump scare’y budzą politowanie. Twórcy chcieli chyba pobawić się “niespiesznym budowaniem napięcia”, ale im nie wyszło, przez co film ciągnął się jak guma, nawet na przyspieszeniu 1,5. Dialogi drewniane, aktorstwo drewniane. Film próbuje nadawać sobie jakąś głębię, opowiadać o czymś więcej, niż tylko dziwaczną historię z wiedźmą demonami i innymi takimi rzeczami. Rozwiązanie plot twistu było tak głupie i przeprowadzone w taki sposób, jakby twórcy próbowali sklecić ze sobą dwa osobno i niezależnie napisane scenariusze. Dobrze, że nie poszłam do kina na to, bo tam niestety nie da się przyspieszyć seansu i pewnie zasnęłabym w trakcie. Ja rozumiem powolne budowanie klimatu, wodzenie widza za nos, ale tutaj coś komuś jednak nie wyszło i to tak koncertowo nie wyszło.

Vaiana: Skarb oceanów (2016)
Słyszałam o tym filmie sporo negatywnych rzeczy – przede wszystkim skupiających się na tym, że Disney wraca znów do księżniczkowych filmów, że to i tamto. Wreszcie nadeszła okazja, żeby się z tym zmierzyć.
Vaiana jest córką wodza maoryskiego plemienia żyjącego gdzieś na malutkiej wyspie na środku Pacyfiku. Jej przodkowie dawno, dawno temu pływali i eksplorowali bezmiar oceanu. Jednak od pokoleń tego nie robią. Nie wypływają dalej niż skraj atolu koralowego, uważając otwarty ocean za niebezpieczny, zaś ich mały skrawek lądu za wystarczający. Pewnego dnia wszystko się zmienia wraz z brakiem ryb w łowiskach i dziwną plagą niszczącą pożywienie. Vaiana decyduje się ruszyć na przygodę swojego życia, w poszukiwaniu nie tylko rozwiązania problemu, ale i własnego ja.
To cholernie ładna bajka – zwłaszcza woda wygląda niesamowicie. Ale z drugiej strony to także bajka bardzo schematyczna i mocno wracająca do motywu księżniczki, która szuka swojego prawdziwego ja. Dobrze chociaż, że okazuje się ostatecznie, że to ona ratuje dwukrotnie sytuację, a nie jest ratowana, bo tego bym już nie przeżyła. Piosenki jakoś mnie nie porwały (mało czuło się w nich tego maoryskiego ducha i nie wiem, czy to wina polskiej lokalizacji, czy może jednak czegoś innego). Generalnie bajka jest całkiem spoko, nie jest jakąś spektakularną porażką czy czymś takim, ale daleko jej do Zwierzogrodu z całym jego skomplikowaniem i kolejnymi warstwami interpretacyjnymi. Poza tym hej, to przecież niemalże identyczna historia, jak w przypadku Meridy Walecznej, gdzie również księżniczka musiała znaleźć prawdę o sobie, pokonać przeciwności i poprowadzić swój lud w nową epokę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *