Filmowe podsumowanie miesiaca #38 – kwiecień plecień co przeplata trochę konia, trochę bata

Ja wiem, że dwa tygodnie bez notki to dużo czasu, ale ostatnio nie bardzo był czas na pisanie – najpierw pełen stresu ostatni tydzień kwietnia, potem Pyrkon, a potem weekend-nie-weekend, który też sprawił, że nie miałam nastroju na pisanie. Więc podsumowanie dopiero teraz pod koniec pierwszego tygodnia maja. Kwiecień filmowo był pustynią – filmów nas interesujących w kinie jak na lekarstwo i pierwszy raz odkąd mamy CCU byliśmy w kinie tylko raz, resztę produkcji oglądając w domowym zaciszu.

Ghost in the Shell (2017)
Jedna z głośniejszych premier tego roku, jedna z szerzej komentowanych przed premierą decyzji castingowych. Wyśrubowane oczekiwania fanów. I co z tego wyszło?
Major do zadań specjalnych, jedyna taka na świecie cyborgiczna hybryda człowieka i robota, stoi na czele elitarnej jednostki Section 9, specjalizującej się w walce z najniebezpieczniejszymi przestępcami. Section 9 czeka największe wyzwanie w historii jednostki. Stanie przed obliczem wroga, którego jedynym celem jest wymazanie postępów technologii wirtualnej Hanka Robotic’s.
Nie jestem jakąś fanką oryginału, ale gdybym była, to po seansie klęłabym jak szewc. Jak dla mnie nie było to może jakąś… profanacją, ale był to dość słaby film. Przede wszystkim zabrakło twórcom subtelności w przekazie, wszystko wyłożyli dosłownie, jak pięciolatkom. Całą ideę i sens filmu streścili w jednej z wypowiedzi Major (która i tak dostała naprawdę słabe dialogii), przez co zamknęli drogę do własnych interpretacji i własnych przemyśleń, narzucając jedyną właściwą drogę. Niektóre fragmenty były totalnie do kitu – jak chociażby ten wątek z wizytą Major u tej prostytutki – można by pomyśleć, że po roku zdążyła już zaliczyć takie… akcje. Generalnie jest słabiutko, nie pomagają sceny żywcem wyjęte z oryginalnej animacji, nie pomaga genialny Batou i całkiem dobrze zagrana Major (podoba mi się dość nieludzki sposób poruszania się). Szerzej o filmie rozmawialiśmy w podcaście.

Arrival (2016)
Tę bardzo zachwalaną produkcję chciałam obejrzeć na wielkim ekranie, ale jakoś się tak złożyło, że w grudniu, kiedy grali ten film w kinach jeszcze nie mieliśmy CCU, a potem kiedy my mieliśmy swoje karty do kina, to przestali Arrivala grać.
Wybitna lingwistka Louise Banks zostaje wezwana przez siły obronne kraju, by spróbować porozumieć się z wysłannikami innej cywilizacji po tym, jak gigantyczny obiekt zawisł nieruchomo tuż nad Ziemią. Nikt tak naprawdę nie wie, czy obcy przybyli na Ziemię w celach pokojowych czy może są zwiastunem inwazji. W zespole badawczym wspomagają ją pułkownik Weber i wybitny fizyk Ian Donnelly. Pełna napięcia metaforyczna opowieść o płynności czasu, tajemnicy, zdarzeniach, których ludzki umysł nie potrafi objąć intelektualnie.
To interesujący film o… koszmarnym tempie. Nie wlókł się może (bo był dobrze napisany, fajnie zagrany), ale tempo zabijało i nie wiem, czy wytrzymałabym w kinie na tym filmie. Ale nie można Arrivalowi odmówić bycia dobrym filmem sf o pierwszym kontakcie z obcymi, a przede wszystkim bycia sensownym i logicznym filmem o pierwszym kontakcie. I choć jest trochę utopijny, to mi to nie przeszkadzało chociażby z tego względu, że raz na jakiś czas można obejrzeć jakiś film, który kończy się pozytywnie. Na dodatek Arrival ma bardzo ładne scenografie, świetne zdjęcia i ciekawy koncept wyglądu Obcych (czy tylko mi Heptapodzi w tym jedynym ujęciu, w którym byli pokazani w całości, przypominali trochę prace Beksińskiego?).

Fifty Shades Darker (2017)
Tak wiem, popukacie się w głowę i zapytacie mnie, dlaczego sobie to zrobiłam. Dlaczego maltretowałam swój mózg kolejną częścią tego… przepraszam za wyrażenie, gówna. Bo miałam taką ochotę.
Przy takich emocjach rozstanie musiało nastąpić, przy takiej namiętności mogło być tylko chwilowe. Skomplikowany miłosny związek Christiana i Any przechodzi w kolejną fazę. On proponuje, że zrezygnują z układu dominujący-poddana, ona uczy się życia w luksusie i miłości. On próbuje zrezygnować z manii kontrolowania, ona stara się mu w tym pomóc. Niespodziewanie na drodze ich szczęścia staje poprzednia „młość” Christiana…
Chciałam dowiedzieć się, czy tym razem jest więcej sufitów. Okazało się, że były nie tylko sufity, ale też odważniej nakręcone sceny erotyczne. Tylko, że poza tym to nie było nic, nawet fabuły pomiędzy nimi. Co oznacza, że mogłabym sobie również obejrzeć jakieś porno i nie nudziłabym się tak bardzo. To film tak niepotrzebny, że aż boli, zwłaszcza boli brak chemii między bohaterami. Boli też i to mocno, zachowanie Any, która nie ucieka gdzie pieprz rośnie przed całą tą bandą chorych maniaków (zarówno przed Priscianem, jak i przed swoim szefem). Plus sytuacja z tym, że niedawna asystentka zostaje szefową jest tak bardzo aŁtorKasiowa, że aż strach. Ale była w tym filmie jedna dobra scena, która była zabawna, choć nie było to zaplanowane.

War Horse (2011)
Ok, wyobraźcie sobie sytuację. Macie swojego ulubionego aktora. Wiecie, że zagrał jakieś epizody w filmach Woody’ego Allena i Stevena Spillberga. A jako, że z Allenem się nie lubicie to wybieracie film Spillberga. I oglądacie go tylko dla tych piętnastu minut z waszym ulubieńcem. Tak, tak było z War Horsem, z tym, że pojawiło się tam dwóch moich ulubieńców.
W 1914 roku Joey, piękny, gniady źrebak z charakterystyczną białą kreską na nosie, zostaje sprzedany armii i rzucony w wir wojny na Froncie Zachodnim. Wraz ze swoim oficerem bierze udział w walce przeciw wrogom, będąc świadkiem koszmaru bitew we Francji. Nawet w zrujnowanych okopach odwaga Joey’ego wzrusza otaczających go żołnierzy. Koń znajduje wśród nich ciepło i nadzieję. Jednak wciąż tęskni za Albertem, synem farmera, którego opuścił. Czy będzie mu dane jeszcze kiedyś zobaczyć prawdziwego pana?
Dwie godziny i dwadzieścia minut historii miłosnej konia i jego chłopca. Film ładny, ale strasznie, strasznie długi. Przepięknie nakręcony, wzruszający, ale nudny. To jest kolejna z tych wzruszających, łzawych historii, które przez wiele lat lubiła serwować telewizja w niedzielnej, popołudniowej ramówce. A jeżeli tak jak ja ogląda się go tylko dla aktora, który pojawia się jedynie na piętnaście może minut i to prawie na samym początku filmu to wiecie… trochę to się mija z celem. Ale dzięki temu wiem, że Tom Hiddleston pięknie wygląda w mundurze. A Benedictowi Cumberbatchowi nie pasują wąsy. Poza tym to też dobry materiał do dyskusji o pierwszej wojnie światowej.

SiREN (2016)
To już druga produkcja, która zaczęła swoją karierę jako krótkometrażowy segment w VHSie a potem dostał swoją szansę na pełny metraż. Podobnie było z Alien Abduction, które niestety nie wykorzystało swojej szansy.
Grupa młodych mężczyzn wyjeżdża do znanej ze świetnych klubów ze striptizem miejscowości, by świętować wieczór kawalerski jednego z nich. Jednak okazuje się, że miejsce, do którego trafiają wieje nudą. Ale… nie wszystko stracone, jeden z miejscowych zaprasza przyjezdnych do wyjątkowego klubu, serwującego takie wrażenia, że nigdy ale przenigdy tego nie zapomną. I rzeczywiście będzie to niezapomniany wieczór kawalerski.
Może to nie był najbardziej przerażający z horrorów ani też najbardziej krwawy ze slasherów, ale film był bardzo przyjemny. Przede wszystkim fabuła, choć głupia to trzymała się kupy i tworzyła zgrabną całość. Bohaterowie może byli głupawi (no przede wszystkim główny bohater był idiotą), ale ich zachowanie dość prawdopodobne. A Nyx jest moim osobistym ulubieńcem. Plus opcja z płaceniem wspomnieniami, które potem można komuś przekazać jest awesome. No i wszyscy, którzy pamiętają VHSowy oryginał historii będą zadowoleni z powodu tekstu, którym rzuca Lilly. Plus trzeba przyznać, że momentami było psychodelicznie. I całkiem ładnie, to znaczy zdjęcia były ładne, jak na niskobudżetową produkcję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *