Filmowe podsumowanie miesiąca #37 – marcowa opowieść o Pięknej i Kongu

Marzec był wyjątkowym miesiącem pod względem filmowym – jak się okazuje widzieliśmy masę fajnych produkcji. Lepiej pod tym względem wypada tylko jeden miesiąc – maj roku 2015. Co ciekawe ten rok ma tendencję zwyżkującą – filmowy styczeń był bardzo słaby, potem był średni luty, teraz mamy bardzo dobry marzec. Co przyniesie kwiecień? Aż jestem ciekawa.

Logan (2017)
Cholernie bałam się tego filmu. Bałam się tego, że to będzie kolejny słaby albo co najwyżej średni film o Wolverinie. Że znowu dostaniemy coś, co nie będzie trzymało się kupy, ale będzie niezłym produktem do obejrzenia przy piwku ze znajomymi.
W niedalekiej przyszłości zmęczony życiem Logan opiekuje się schorowanym Profesorem X w kryjówce przy granicy meksykańskiej. Wysiłki Logana, by ukryć się przed światem i ochronić swoje dziedzictwo, zostają zniweczone, gdy pojawia się młoda mutantka, ścigana przez mroczne siły.
To był dobry film, nie powiem. R w kategorii wiekowej pozwoliło na nieco więcej krwi i brutalności. To świetny finał dla historii Wolverine’a, ale nie będę piała z zachwytu. Bo można byłoby troszeczkę ciekawiej, narzucić nieco większe tempo opowieści. Generalnie sprawić, żeby środek filmu nie ciągnął się tak nieubłaganie. Ale wreszcie dostaliśmy jakąś dobrze napisaną rolę dla Jackmana, gdzie mógł się wykazać. Patrick Stewart jak zwykle był fenomenalny. Ale cały film kradnie dla siebie Dafne Keen – jest niesamowita w swojej roli i jest coś w niej takiego, co promieniuje z niej ekranu, ogromny pokład charyzmy.

Kong: Skull Island (2017)
Miałam spore obawy o ten film, ale z drugiej strony była to produkcja na liście tegorocznych pewniaków do obejrzenia w kinie. Tak, nie boję się przyznać, że głównym powodem był Tom Hiddleston. Ale obok Toma była też plejada innych fajnych nazwisk i na dodatek wielka małpa.
Film śledzi losy zespołu badaczy, którzy zapuszczają się w głąb niezbadanej wyspy położonej na Pacyfiku — tak samo pięknej, jak i zdradliwej — nie wiedząc, że wchodzą na teren należący do mitycznego King Konga.
Wyszłam z kina zachwycona. Nie dość, że otrzymaliśmy film, który udowodnił, że Warner jak chce to wyciągnie wnioski z krytyki, to jeszcze jest to produkcja tak niesamowicie przyjemna, że na kolejnym seansie bawiłam się równie dobrze. Twórcy “Konga” bawią się konwencją, płynnie przechodząc od filmu wojennego do monster movie z wielką małpą, od filmu przygodowego nawet momentami do survival horroru w stylu “Obcego”. Zaserwowano nam bardzo fajnych bohaterów z dobrze rozpisanymi relacjami, dobre aktorstwo i przede wszystkim wizualną perełkę. I po tych dwóch seansach ja chcę jeszcze, bo to jest tak dobre i tak miodne. I takie fajne do omawiania po seansie.  Więcej – w recenzji.

Underworld: Blood Wars (2016)
Ja wiedziałam, że tak będzie. Że po dwóch filmach bardzo dobrych przyjdzie kolej na produkcję bardzo słabą. Ale obejrzeliśmy ją z pełną świadomością tego, za co się zabieramy. Że to film z gatunku tych żenująco słabych.
Kolejna część przebojowej serii o rywalizujących na śmierć i życie wampirach i Lykanach. Dwa zwaśnione światy przenikają się w brutalnej walce o supremację i przeżycie.
A to z kolei była taka klapa, jakiej można było się spodziewać. Film może nie zły, ale bardzo, bardzo słaby – bez sensu i bez polotu. Ale przynajmniej zamknęli wątek Michaela. Ten film ma tyle dziur logicznych, idiotyzmów, oraz fatalnych rozwiązań, że aż strach. Selena zawsze była blisko bycia Mary Sue, ale w tym filmie to już przesadzili. Efekty specjalne wyglądają, jakby ktoś bardzo, bardzo nie miał budżetu albo umiejętności – plasujące się poniżej klasy Z i filmów Asylum (mam wrażenie, że stareńka część pierwsza wygląda lepiej – chyba, że wszystkie pieniądze poszły na ultraszybką Selenę, a na wilkołaki nie starczyło). Aż żal ściska, że w tym filmie zmarnowało się tylu fajnych aktorów, którzy mogliby wykorzystać ten czas na nakręcenie czegoś lepszego.

Beauty and the Beast (2017)
A to była produkcja, którą miałam na liście „must watch”. Bo kocham oryginalną animację i strasznie, strasznie chciałam aby ten film wyszedł dobrze. No i Emma Watson w roli Belli też była sporą zachętą.
Bella jest mieszkanką francuskiej wioski. Kiedy dowiaduje się, że jej ojciec Maurycy został uwięziony w zamku okrutnej bestii, postanawia odnaleźć jego siedzibę. Dziewczyna oferuje mu swe życie, w zamian za życie ojca. Potwór przystaje na propozycję. Ku zdziwieniu Belli, bestia nie więzi jej w lochu. Zamiast tego dziewczyna zamieszkuje w pięknej komnacie pełnej zaczarowanych przedmiotów, takich jak: zegar Trybik, świecznik Płomyk, czy miotełka Puf Puf. Tymczasem Maurycy chcąc uratować swą córkę, zwraca się o pomoc do powracającego z wojny Gastona, który jest zdeterminowany by zdobyć rękę Belli.
Ach co to był za film! Jak z zasady jestem sceptyczna do przenoszenia bajek na film aktorski, tak tutaj byłam zachwycona jakością tego, co zrobiono. Zacznijmy może od genialnego castingu z najlepszym Gastonem, jakiego można byłoby sobie wymarzyć. Niesamowitą Bellą, resztą obsady bardzo dobrze dobraną do tego wszystkiego… Tylko casting Bestii taki nieco nijaki. Dodajmy do tego logiczne zmiany scenariuszowe oraz pogodzenie tego z duchem bajki, świetną muzykę i przebajeczną oprawę graficzną (zwłaszcza animacje mebli były super, miałam jednak wrażenie, że animacja Bestii z lekka się sypała), to otrzymacie naprawdę bliski ideału film, na którym będzie mogła bawić się doskonale starsza (która będzie mogła porównywać animowany oryginał do filmu aktorskiego), jak i młodsza widownia. Zapraszamy też do odsłuchania podcastu, w którym rozmawialiśmy o „Pięknej i Bestii”.

The Black Cauldron (1985)
Do obejrzenia tej animacji zachęciła nas Mysza w trakcie podcastu o „Pięknej i Bestii”. Nastawiliśmy się na coś zupełnie innego, niż dostaliśmy. I wiecie co? Powiem szczerze, że brakuje mi teraz takich animacji.
Młody świniopas Taran marzy, by zostać słynnym wojownikiem, jednak obecnie musi opiekować się świnią o imieniu Hen-Wen. Pewnego dnia świnia zaczyna się dziwnie zachowywać i chłopak dowiaduje się o jej magicznych zdolnościach, a także o magicznym kotle, który posiada wielką moc. Kocioł ten jest poszukiwany przez okrutnego Rogatego Króla, który chce posłużyć się nim, by stworzyć armię złożoną z umarłych wojowników.
Och, ta bajka jest tak strasznie różna od tego, co prezentuje obecnie Disney, że to aż nie do uwierzenia. I to jest fajne, że jest taka inna, bez wesołych piosenek i pastelowych kolorów. Bez słodko-lukrowego happy endu, nieco gorzka w swoim wydźwięku (bo właściwie nie wiadomo, czy Taran przestanie być świniopasem, czy nie). W tym momencie jest z nią jeden niewielki problem – niechcący wywołuje skojarzenia z “Władcą pierścieni”: Gurgi w swoich zachowaniach podobny jest do Golluma, Rogaty Król to nie kto inny, jak Czarnoksiężnik z Angmaru, przez co trudno o zachowanie powagi.

Power Rangers (2017)
Nie ma wśród obecnych trzydziesto- i dwudziestoparolatków osób, które nie oglądały w dzieciństwie Power Rangers. Ja też tak miałam. I choć czułam zażenowanie poziomem tego serialu to mimo wszystko sentyment gdzieś pozostał. I z zamiarem sentymentalnej podróży w czasie poszłam do kina.
Piątka nastolatków staje przed wyzwaniem na miarę superbohaterów, gdy dowiadują się, że świat stoi u progu zagłady. Zagrożenie o niewyobrażalnej mocy pochodzi z najdalszych krańców wszechświata, a przeciwstawić mu się może tylko ktoś o nadludzkich zdolnościach. Piątka bohaterów wybranych przez przeznaczenie musi pokonać swe lęki i słabości, by stanąć ramię w ramię jako Power Rangers.
Jaki to był milutki film, wywołujący masę wspomnień i masę pozytywnych emocji. Wzruszyłam się nawet, bo zafundowano mi w trakcie seansu nostalgiczny powrót do czasów dzieciństwa. Co było w Power Rangers najlepszego? Nie wiem, ciężko mi ocenić, czy była to fajna warstwa fabularna, ciekawie zbudowane postaci (wraz z rodzącą się między nimi relacją, czego bohaterowie są absolutnie świadomi), sporo humoru (bardzo cenię sobie to, że nie był to film całkowicie poważny i z kijem w tyłku) czy może ta umiejętnie użyta dawka kiczu. Ale bawiłam się wybornie i nie przeszkadzało w tym zmienne tempo filmu. Wizualna strona filmu to także cudeńko. Polecam, z całego serducha, iść do kina i obejrzeć ten film.

Life (2017)
Po fejsbookowych zachwytach Oceansoul postanowiłam na własnej skórze przekonać się, czy rzeczywiście mamy do czynienia z tak dobrą produkcją. Produkcję na miarę pierwszego Obcego i całej klasyki gatunku thrillerów sf.
Film opowiada historię sześcioosobowej ekipy kosmonautów Międzynarodowej Stacji Kosmicznej na chwilę przed ogłoszeniem światu przełomowego dla ludzkości odkrycia: pierwszego dowodu życia na Marsie. Badania, jakie prowadzą, będą miały jednak nieoczekiwane konsekwencje. Forma życia, którą odkrywają, jest bardziej inteligenta niż ktokolwiek przypuszczał.
Z jednej strony – nie nudziłam się na tym filmie, było całkiem sporo napięcia a’la Obcy. Z drugiej jednak ten film ma dziury. Tyle logicznych dziur, że moglibyśmy nagrać spokojnie dwugodzinny podcast omawiający wszystkie idiotyzmy i problemy, jakie się w Life trafiają. Generalnie znów dostajemy historię, w której twórcy urywają od rozumu bohaterom, każąc im podejmować fatalne w skutkach decyzje, kierować się nie procedurami a uczuciami. Zmuszają widza do oglądania po raz kolejny jak banda idiotów daje się mordować organizmowi z kosmosu. Najbardziej jednak zniesmaczył mnie “plot twist” w samym finale, który od razu udało mi się rozgryźć, tak był idiotyczny. Było kilka plusów w tym filmie – ujęcia, odrobina humoru, ale nie równoważą one tych wszystkich wad.

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *