Filmowe podsumowanie miesiaca #36 – luty z Blair Wickiem

Wciąż mam problemy z regularnym pisaniem – odpowiedzialna jest za to przede wszystkim niewspomagająca koncentracji aura (przez ostatni tydzień chodziłam niczym zombie), ale powoli zbieram się do tego, żeby pisać więcej i częściej. Tymczasem, niejako na pocieszenie i rozgrzewkę – filmowe podsumowanie miesiąca. A jest o czym pisać.

Resident Evil: The Final Chapter (2016)
Nie miałam nadziei na to, że będzie to film dobry. Nie liczyłam na powtórkę ze świetnej czwórki. Błagałam tylko, by nie okazał się taką klapą, jak piątka.
To ostateczna rozgrywka Alice z groźnym koncernem Umbrella. Wydarzenia przedstawione w filmie odnoszą się bezpośrednio do koszmaru, jaki zafundowano ludzkości w „Retrybucji”. Alice musi wrócić do źródła tego koszmaru – laboratorium The Hive w Raccoon City, gdzie Umbrella zwiera szyki, i stawić czoła tym, co przetrwali w walce o… przetrwanie ludzkości.
Zawsze uważałam, że filmowe Residenty mogły skończyć się przy okazji czwórki, która była w moim mniemaniu całkiem udanym filmem i przede wszystkim naprawdę ładnie zrealizowanym materiałem. A jednak myślałam, że Anderson po porażce jaką była “piątka” w teoretycznie finalnej części da radę zaserwować dobrą rozrywkę mniej więcej w stylu Afterlife’a właśnie. Tymczasem dostaliśmy film nudny, po raz kolejny wywracający origin story do góry nogami, oczywiście z licznymi deus ex machina. Pewne postacie giną zbyt łatwo, inne trzymają się za dobrze. No i pozostawiono sobie furteczkę na kolejny film z serii, bo przecież nie można byłoby zakończyć tej coraz gorszej filmowej telenoweli.

La La Land (2016)
Nieszczególnie lubię Ryana Goslinga (ba mogłabym powiedzieć, że podskórnie jakoś go nie trawię), Emma Stone jest mi raczej obojętna, a filmy muzyczne oglądam rzadko. A jednak poszłam do kina obejrzeć „La La Land”, który łączy w sobie te trzy kwestie.
Mia jest początkującą aktorką, która w oczekiwaniu na szansę pracuje jako kelnerka. Sebastian to muzyk jazzowy, który zamiast nagrywać płyty, gra do kotleta w podrzędnej knajpce. Gdy drogi tych dwojga przetną się, połączy ich wspólne pragnienie, by zacząć wreszcie robić to co kochają. Miłość dodaje im sił, ale gdy kariery zaczynają się wreszcie układać, coraz mniej jest czasu i sił dla siebie nawzajem. Czy uda im się ocalić uczucie, nie rezygnując z marzeń?
Muszę przyznać – film był ładny. I ładnie w nim śpiewali. I ładnie tańczyli. Ale z drugiej strony był to też film, który ma sporo wad – i nie mówię tu o scenariuszu, bo wiadomo w musicalach pewne rzeczy dzieją się, bo się dzieją, bez żadnej logiki. Największym problemem jest to, że nie wiadomo co tak naprawdę chcą ci twórcy przekazać: czy to, że nie da się pogodzić spełniania marzeń i miłości, czy to, że dla związku warto poświęcić własne marzenie czy może, że należy spełniać marzenia nie patrząc na koszta. W zbyt wielu momentach też film próbował wyciskać z nas łzy i robił to w żenująco słaby sposób. Ale na plus role Goslinga i Stone – choć miałam wrażenie, że Gosling w pewien sposób powtarza tutaj rolę z “Nice guys”.

John Wick Chapter 2 (2017)
Pierwszego Wicka obejrzałam z opóźnieniem i nie w kinie, czego serdecznie żałuję. Ale chyba odpokutowałam to znacząco idąc na drugą część dwa razy. I w sumie poszłabym trzeci raz. A co więcej – na pewno kupię ten film na DVD.
Legendarny superzabójca John Wick znów musi porzucić spokojną emeryturę. Jego dawny wspólnik potrzebuje pomocy w walce o władzę. Związany ślubami krwi John nie może odmówić. A to znaczy, że znów będzie się działo. Pojawienie się na włoskiej ziemi Johna Wicka będzie dla mafii jak wybuch Wezuwiusza. Krew poleje się niczym lawa, a najwięksi twardziele będą błagać o litość. W tej grze John Wick znów przeniesie nas o poziom wyżej.
Jaki to był miodny film, jak bardzo się na nim dobrze bawiłam. Mujeju, mujeju, jak się świetnie na nim bawiłam. Generalnie to właściwie to samo co jedynka, ale bardziej. Więcej strzelania, więcej krwi, więcej wszystkiego. I intensywniej. Zaczęło się jak w Fast and Furious (ale jeszcze bardziej furious), potem przeszliśmy do filmów a’la Quentin Tarantino, by zakończyć to Ściganym. Jest świetnie, Keanu w formie, akcja pędzie do przodu aż do niesamowitego finału. Zabrakło mi tylko czegoś takiego jak scena w Red Circle – w którym wprost idealnie zsynchronizowano akcję z muzyką. Próbowano powtórzyć to w przypadku sekwencji w Rzymie na imprezie u Gianny, ale nie do końca wyszło. Ogromny za to plus za rozwijanie całego świata, za fajną rolę Fishbourne’a – ogólnie cud, miód i orzeszki. Myślę, że mogłabym godzinami wymieniać i wymieniać co w tym filmie mi się podobało i pewnie bym nie skończyła.

LEGO Batman Movie (2017)
LEGO Batman był punktem obowiązkowym wśród lutowych premier – chociażby ze względu na to, że trailer kupił mnie od razu, choć miałam obawy, czy twórcy nie pokazali w nim wszystkich żartów.
W duchu zabawy, dzięki której film „LEGO® PRZYGODA” stał się fenomenem na skalę światową, samozwańczy przywódca grupy – Batman z LEGO – staje się gwiazdą własnej wielkoekranowej przygody. W Gotham szykują się jednak wielkie zmiany. Jeśli Batman chce uratować miasto przed zakusami Jokera, musi porzucić swoją samotnię i spróbować współpracy z innymi, a przy okazji być może przyjąć bardziej pozytywną postawę.
Mam trochę z LEGO Batmanem problemów. To znaczy nie potrafię rozsądzić, czy bardziej podobał mi się polski dubbing, czy może jednak wersja anglojęzyczna (celowo nie wspominam o napisach, bo one się trochę rozjeżdżały z głosami). Najważniejsze jednak, że film mi się podobał, przy pierwszym oglądaniu śmiałam się do rozpuku, drugi seans był może mniej zabawny, ale za to bardziej obfitujący w nawiązania. Co do głosów – strasznie, strasznie żałuję głosu Bane’a w wersji polskiej, bo to co zrobił człowiek podkładający się pod niego w oryginale było przepiękne. Na minus głos Jokera w obu wersjach językowych – wypadł dość słabo. Film mimo targetu wiekowego jest tak naprawdę dla wszystkich, no i nawet pretekstowa fabuła robi robotę. Lekkie spadki formy w trakcie nie psują całego seansu.

Blair Witch (2016)
Horrory typu found footage nie są moim ulubionym typem produkcji grozy. Blair Witch Project nie wywarł na mnie większego wrażenia, mimo że kiedy oglądałam go, byłam nastolatką, która miała średnie pojęcie o horrorach. Przed seansem byłam niemalże pewna, że jednoczesny remake i sequel również pozostawi mnie obojętną.
Grupa studentów wyrusza do lasów Black Hills w poszukiwaniu dawno zaginionej siostry jednego z nich. Wiele wskazuje na to, że wyprawa może przynieść efekt, szczególnie, że swoją pomoc oferują dwaj miejscowi przewodnicy. Jednak wkrótce po wejściu w głąb lasu, po zapadnięciu zmroku, wędrowcy zaczynają doświadczać niepokojącej obecności. Jasne staje się, że legenda o klątwie wiedźmy z Blair jest bardziej przerażająca i bardziej prawdziwa niż ktokolwiek mógł przypuszczać…
Nie jestem fanką oryginału (kiedy wszyscy dookoła mówili jak bardzo są przerażeni ja byłam bardzo znudzona), więc i remake, który jest jednocześnie sequelem i odwołuje się do Blair Witch Project przyjmowałam bardzo krytycznie. No i rzeczywiście był bardzo nudny, bardzo bardzo słaby i nawet nie silił się na jump scare’y. Co gorsza – nie próbował nawet udawać czegoś strasznego. To po prostu film spod znaku found footage, ale nie wiem nawet do jakiego gatunku bym mogła go zakwalifikować, bo horror ani nawet thriller to nie jest. Jest źle, ale trafiło się tam kilka fajnych pomysłów. No i nie zasnęłam, mimo usilnych starań.

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *