Filmowe podsumowanie miesiąca #33 – październik i listopad z pogromcami wściekłych ptaszorów

Niestety nie udało mi się dokończyć recenzji “Czterdzieści i cztery” Krzysztofa Piskorskiego (ale książkę już przeczytałam i jest naprawdę super!), więc dzisiaj na dobry początek grudnia dostaniecie filmowe podsumowanie miesiąca. A właściwie dwóch, bo podsumujemy październik i listopad (w którym obejrzeliśmy z Turelem odpowiednio trzy i sześć filmów). I wiecie co? To były dziwne dwa miesiące. Ponieważ filmy, które wybraliśmy do oglądania to totalny miszmasz, chaos i ciężko nawet o bardzo rozstrzelonym poziomie (choć mam wrażenie, że więcej było totalnych klap i filmów raczej złych). Przy okazji widzieliśmy też Extended Cut Suicide Squadu, ale o tym może osobny tekst, albo coś.

7596040-3Ironclad 2 (2014)
Mieliśmy dobre wspomnienia po pierwszej części, która może była strasznie umrocznioną produkcją, ale ogólnie jak na film historyczny to i tak trzymał zadziwiająco wysoki poziom. Dlatego do Ironclada 2 podeszliśmy z dość wysokimi oczekiwaniami, zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie merytoryczne. A tam… z resztą przeczytacie za moment o tym.
Rodzina de Vesci mieszka na pograniczu Anglii i Szkocji i cierpi z powodu inwazji szkockich najeźdźców. Młody Hubert zostaje wysłany z misją odnalezienia Guya – zaprawionego w walkach kuzyna, weterana wojny z królem Janem i jednego z niewielu ocalałych z bitwy o zamek Rochester. Wraz z kuzynem mają sprowadzić posiłki, które zdołają odeprzeć żądne krwi szkockie klany oblegające rodową siedzibę de Vescich…
O. M. F. G., jaki to był durny film. Jeśli mieliście ochotę go obejrzeć – nie marnujcie swojego czasu na to. Jeżeli zaś zastanawiacie się, czy nie obejrzeć tego filmu w leniwe niedzielne popołudnie, to polecam znaleźć cokolwiek innego. Generalnie ten film składa się głównie z trzęsącej się kamery, słabej walki i jeszcze gorszego aktorstwa. Fabuły w nim za grosz, logiki i sensu tyle co kot napłakał, a całość wygląda bardzo żałośnie. Weźmy za przykład może Szkotów, którzy oblegali zamek. Ilu by ich biedni rycerze i wieśniacy zgromadzeni za murami nie wytłukli, to nadal atakują tłumy, choć chwilę przedtem przy ognisku siedziała może garstka (respią się czy ki wang?). Plus absolutne nieogarnięcie tematu oblężeń przez… hm, scenarzystę? reżysera? producentów? – w pewnym momencie napastnicy wdzierają się do zamku, obrońcy zmuszeni są do wycofania się do wieży. Szkoda tylko, że jak idioci uciekają bez ładu i składu, zamiast wykorzystać przewagę taktyczną z faktu tego, że walczyli na spiralnych schodach. I tak się zapytam – dlaczego żaden Anglik nie miał łuku?

Ghostbuster (2016)ghostbusters_2016_film_poster
To był film, który wzbudzał bardzo dużo kontrowersji jeszcze przed premierą, a potem zebrał całą masę krytycznych recenzji. Właściwie dlatego zdecydowaliśmy się odłożyć seans w bliżej nieokreśloną przyszłość. W październiku pojawiła się wersja rozszerzona w związku z czym uznaliśmy z Turelem, że to właściwy moment.
Zupełnie nowa wersja jednego z największych przebojów komediowych lat osiemdziesiątych. Owszem, duchy wciąż grasują, wciąż są niebezpieczne, ale ich pogromcami będą… pogromczynie! Nowa odsłona pokaże, czym naprawdę jest GIRL POWER! Erin Gilbert i Abby Bergman  są autorkami książki o duchach. Jednak ich praca zostaje zdezawuowana i wyśmiana przez naukowców. Ale nadchodzi czas rewanżu – kiedy duchy opanowują Manhattan, Abby i Erin wkraczają do akcji…
Nie spodziewałam się za wiele po tej produkcji – zwłaszcza, że recenzje nie piały pod niebiosa. I tu czekała mnie niespodzianka: film dało się obejrzeć, co więcej bardzo dobrze się na nim bawiłam. Nie wiem, kto bardziej kradnie film: zwariowana Holtzmann, głupawy Kevin (on jest tak przecudownie przerysowany, tak absurdalnie głupi, tak niesamowicie w tym naturalny) czy cameo Sigourney Weaver. Śmiałam się niemalże cały film – początek był nieco drętwy, ale im dalej w las tym lepiej było, a finał (z tańczącymi policjantami, gościnnym występem zielonego ducha z oryginalnych Pogromców Duchów i tym, że Holtz zamontowała na dachu karawanu reaktor atomowy) był niesamowity. Plus jeszcze świetna sekwencja “walki” z duchami – to było coś świeżego i bardzo fajnego. Ogólnie polecam, wersja rozszerzona jest naprawdę dobra!

7754674-3Doctor Strange (2016)
Nowa produkcja Marvela była pozycją obowiązkową do obejrzenia w kinie w świetnym geek-towarzystwie (w tym miejscu jeszcze raz dzięki wielkie za wspólny seans Myszo, Ociu, Catus Geekus, Myszmaszu i wszyscy współtowarzysze!). A potem był jeszcze jeden seans, tym razem nieco bardziej kameralnie, tylko w cztery osoby.
Głównym bohaterem jest znany chirurg, Stephen Strange, który ulega wypadkowi samochodowemu. Nerwy w jego rękach zostają uszkodzone, co uniemożliwia mu dalszą pracę. Odnajduje jednak nowe życie podczas szkolenia na najwyższego czarnoksiężnika Ziemi…
To film bardzo dobry, choć i tak nie zmienił czołówki mojej toplisty MCU. Przede wszystkim bardzo fajnie poprowadzona fabuła, która choć ma wiele mankamentów to nie wydaje się skonstruowana na siłę (tak wiem, dałoby się wszystko wyjaśnić, gdyby bohaterowie siedli i porozmawiali przez 5 minut, a Starożytna była szczera – ale generalnie w sumie większość problemów w MCU dałoby się rozwiązać rozmową, a części udałoby się uniknąć, gdyby porozmawiać). Bohaterowie wypadli in plus, czarny charakter in minus (ale wszyscy wiemy, że Kaecilius to tylko taka rozgrzewka przed Mordo w kolejnym filmie). Efekty znowu na plus, muzyka – in minus. Jest dobrze, ale wiele można byłoby poprawić (tak zwłaszcza w porównaniu 2D i 3D – gdzie okazało się, że tak naprawdę nie warto oglądać tego filmu w 3D, bo 3D służy tylko i wyłącznie do maskowania niedoróbek efektów specjalnych). Więcej o Doktorze Dziwago przeczytać możecie w recenzji.

Into the Woods (2014)7659714-3
Na tę produkcję czaiłam się przez długi czas, podchodząc do niej nieco jak pies do jeża. Ostrożnie i częściej cofając się dwa kroki na jeden zrobiony do przodu. Dopiero na początku listopada powiedziałam sobie dość, nie zobaczysz, czy ci się spodoba, jeśli go nie obejrzysz. No i obejrzałam.
Film w zabawny i brawurowy sposób łączy klasyczne motywy znane z baśni braci Grimm, by w jednej opowieści spleść losy Kopciuszka, Czerwonego Kapturka i Wilka czy Roszpunki. W filmowej historii piekarz i jego żona, chcąc odmienić swój los, zgadzają się spełnić 4 życzenia wiedźmy. Aby tego dokonać muszą wejść do tajemniczego lasu… Wkrótce przekonają się czy to o czym marzą, jest tym, czego naprawdę chcą.
Mam sporo zastrzeżeń co do tego obrazu – przede wszystkim jest cholernie nierówny. Wyraźnie widać podział na dwie części, z których pierwsza jest dowcipna i lekka, a druga to niestety smęty. I szczerze powiedziawszy ta druga jest gorzej napisana, mniej błyskotliwa, no i przede wszystkim wydawała mi się bardzo, ale to bardzo na siłę. Film mógłby się skończyć tym uroczym happy endem ze ślubem i tak dalej i tak dalej. Ewentualnie ze słowami: “jak to bywa w baśniach wszyscy żyli długo i szczęśliwe… albo i nie”. Za to zdecydowanie dali radę aktorzy – i nie wiem, czy moim faworytem jest Chris Pine jako pop-książę czy może Johnny Depp jako Wilk-pedofil. Fajnie też było pod względem wokalnym – piosenki fajne, wpadające w ucho, ale nie przekombinowane ani zbytnio uproszczone. A niektórzy odtwórcy ról powinni częściej przyjmować role w musicalach.

7733302_1-3Angry Birds (2016)
Okej, tego nie było w planach. Tego naprawdę nie było w planach i gdybyście mnie zapytali, dlaczego oglądam ten film, powiedziałabym… że to wina Turela. To on chciał coś odmóżdżającego, a ponadto chciał sprawdzić, czy teoria spiskowa jakoby film miał drugie, anty-imigranckie dno była prawdziwa.
Film zabierze nas na egzotyczną wyspę zamieszkaną przez szczęśliwe kolorowe ptaki-nieloty. Na rajskiej wyspie żyją jednak także ptasi outsiderzy – temperamentny Red, szybki jak wiatr Chuck i nieco wybuchowy Bomb. Idylliczny krajobraz wyspy przerywa przybycie tajemniczych zielonych świnek…
Nie jest tak źle, jakbym mogła się spodziewać. Generalnie widać, że to bajka dla dorosłych głównie, bo tylu nawiązań do popkultury od czasów Shreków nie widziałam. Pośmiałam się trochę (flashback z Mocarnym Orłem jest mocarny – zwłaszcza ta część, w której jego sześciopaki miały własne sześciopaki – i to chyba najlepszy fragment tego filmu), pochichotałam więcej, całkiem nieźle się bawiłam. Część, która miała być satyrą czy komentarzem na społeczeństwo i na nasze czasy wypada w sumie najsłabiej – brakuje w tym subtelności i nośności. Po kolejnej scenie, która miała nam pokazać – haha, zobaczcie to nas świat w krzywym zwierciadle – po prostu poczułam się zmęczona i z radością przywitałam akcję i rozróbę na samym końcu. Generalnie teoria spiskowa z Reddita wydaje się nadinterpretacją – co prawda sporo w niej dość trafnych spostrzeżeń, ale niektóre są naciągane i na siłę. Na plus wyjątkowo dobry soundtrack i polski dubbing, co muszę przyznać z niejakim zaskoczeniem.

Ghost in the Shell (1995)7256737-3
Skoro zbliża się film live-action, skoro zaczęły pojawiać się jego trailery, to uznałam, że naprawdę, naprawdę warto byłoby nadrobić pełnometrażowe anime, bo aż wstyd powiedzieć, że się go nie widziało.
Jest rok 2029. Komputery zupełnie zmieniły społeczeństwo. Są obecne praktycznie wszędzie. Zmieniła się definicja przestępstwa. Teraz najgorszą zbrodnią jest włamywanie się do sieci. Aby temu zapobiec powołano specjalny oddział Sekcja 9, składający się z cyborgów mających dostęp do sieci z każdego miejsca na Ziemi. “Ghost in the Shell” opowiada o poszukiwaniach przez parę agentów groźnego hakera ukrywającego się pod pseudonimem “Władca marionetek”.
Gdybym obejrzała ten film przed Matriksami, przed wszystkimi tymi nowymi produkcjami o sztucznej inteligencji być może zrobiłby na mnie większe wrażenie. A tak dostałam niestety trochę nie trzymający się kupy, trochę przefilozofowany film, będący niejako przerostem formy nad treścią, zwłaszcza z powodu artystycznych (i pięknych co prawda) fillerów – nie wiem czy scena z Motoko płynącą wodną taksówką miała jakikolwiek poza pokazaniem świetnie narysowanego miasta. Pod względem fabularnym jest dość słabo – a przynajmniej ja takie wrażenie odniosłam, że to wszystko trochę się kupy nie trzyma, pod względem wizualiów po upływie dwudziestu jeden lat nadal trzeba przyznać, że Ghost in the Shell trzyma fason. Ale trzeba przyznać, że warto ten film obejrzeć, choćby żeby mieć jakiekolwiek odniesienie na  przyszłość (zwłaszcza jeśli w 2017 ma pojawić się film aktorski).

7280037-39 (2009)
To była jedna z tych animacji, przy których trailerze mówisz sobie – muszę koniecznie iść na to do kina! A potem nie idziesz i ogólnie nieco zapominasz. A mając w alternatywie bez wątpienia złego Green Lanterna (którego nie oglądałam, ale nie wiem czy jest sens) oraz 9 wybrałam to drugie.
Kiedy 9  pierwszy odzyskuje przytomność, znajduje się w post-apokaliptycznym świecie, gdzie wszyscy ludzie zniknęli. Przypadkiem odkrywa małą społeczność podobnych do siebie, ukrywających się przed przerażającymi maszynami, które przemierzają ziemskie obszary z zamiarem wytępienia ocalałych. Pomimo bycia neofitą grupy, 9 przekonuje innych, że kryjówka nie jest dobrym wyjściem. Muszą przejść do ofensywy, jeśli chcą przeżyć oraz odkryć, dlaczego maszyny chcą ich zniszczyć. Przyszłość cywilizacji może zależeć od nich.
Wiązałam z tą animacją wiele nadziei – wszak nieczęsto zdarza się, żeby powstawała postapokaliptyczna bajka ze szmacianymi kukiełkami, które walczą ze złymi robotami, prawda? I w sumie byłoby ładnie, pięknie i fajnie, ale liczyłam na nieco więcej… przemocy. Może to brzmi dziwnie, ale 9 wydało mi się bardzo mocno ugrzecznione w stosunku do tego, co mogło zaprezentować – świat jest za mało brudny, za mało brutalny, a kukiełki za ładnie znoszą wszystkie walki. Bohaterowie też trącą trochę sztampą – 9 jest typowym wyrywnym młodzikiem, który więcej psuje niż naprawia, ale na koniec ratuje to co uratować może. 8 to typowy osiłek z niskim IQ, 1 jest tchórzliwym starcem, który udaje tego, mądrego i wspaniałego.

The Remains (2016)remains
A to akurat wynik ochoty na horror i to niekoniecznie dobry horror. To znaczy… wybierając akurat tę produkcję naprawdę myśleliśmy, że uda się nam i będzie to film po prostu niedoceniony, źle oceniony lub źle reklamowany. A tymczasem… Tymczasem okazuje się, że czasami średnia na filmwebie jest miarodajna.
John po śmierci żony postanawia zmienić środowisko i przeprowadzić się, pomagając w ten sposób zrozpaczonym dzieciom poradzić sobie z tragedią. Nabywa po okazyjnej cenie XIX-wieczny dom w Kalifornii. W budynku odnajdują rzeczy, należące do dawnych właścicieli. Jednocześnie zaczyna dochodzić do dziwnych zdarzeń w domu, a w nocy każdy z jego mieszkańców zaczyna mieć koszmary. Jak się można domyśleć – dom jest nawiedzony, a duch który tam mieszka nie należy do przyjaznych…
Ten film to jakieś nieporozumienie. Przez godzinę próbowałam wytrzymać i nie podciąć sobie żył, ani wymiksować oczu, ale potem nie dałam rady. Odpadłam, końcówkę obejrzałam w przyspieszonym tempie, bo to było tak kurde głupie, że przekroczyło poziom dopuszczalny głupoty o jakieś 700%. Naprawdę. Niby film jest oparty na największych horrorowych kliszach (które na początku nawet próbuje łamać – kiedy zaczynają się dziać dziwne rzeczy, starsza z córek stwierdza, że dom pewnie jest nawiedzony, co oczywiście tatuś ignoruje), ale i tak je potrafi spartolić. Nie wiem czy jest to wina nieciekawego scenariusza (który miał potencjał, hej początek, ten w XIX wieku był super!), kompletnie spierniczonych postaci czy może dennej gry aktorskiej (koleś nie potrafi zagrać żałoby i jakiegoś… czy ja wiem no smutku po zmarłej żonie, tęsknoty czy nawet zwykłego załamania). Jeżeli już chcecie obejrzeć coś mniej więcej z tego gatunku, to polecę wam szczerze pierwszego Sinistra, a jeśli ja polecam Sinister jako lepszy od czegoś film, to wiedzcie, że porównywany do produkcji o demonie Bulbulu tytuł musi być totalnym dnem. Tako rzekłam ja.

7744809-3Lights Out (2016)
I dla odmiany chciałam też zobaczyć dobry horror, więc stwierdziłam, że warto sprawdzić szeroko reklamowane w różnych mediach Lights out, którego trailery widziałam kilka razy w kinie, a na pewno przewinęły mi się nie raz na youtubie.
Kiedy Rebecca opuściła rodzinny dom, myślała, że wraz z nim pozostawiła za sobą lęki z dzieciństwa. Dorastając, nigdy nie miała całkowitej pewności, co było prawdziwe, a co nie, zwłaszcza kiedy gasły światła. Teraz jej młodszy brat, Martin, jest świadkiem tych samych niewyjaśnionych i przerażających sytuacji, które kiedyś wystawiały na próbę jej zdrowie psychiczne i zagrażały bezpieczeństwu. Przerażająca istota w tajemniczy sposób związana z matką rodzeństwa, Sophie, ponownie pojawiła się w ich życiu. Tym razem jednak, w miarę jak Rebecca zbliża się do odkrycia prawdy, nie ma wątpliwości, że ich życiu zagraża niebezpieczeństwo… zwłaszcza Kiedy gasną światła.
O, a tu mamy drugi horrorowy biegun. Bo choć motyw jest właściwie dość znany i oklepany, tak Lights Out pokazuje go w nowy sposób. Przede wszystkim może dlatego, że nie skupia się tylko na straszeniu widza, ale również opowiada historię, ma logiczne, ciekawe wątki i naprawdę świetnie buduje klimat. Reżyser sprawnie operuje napięciem, dawkuje je widzom, dając trochę odpoczynku, żeby potem przywalić jeszcze mocniej. Generalnie jest bardzo dobrze, widać w tym naprawdę przemyślany film, nie tylko opowiadający nadprzyrodzoną historię, ale mówiący o rozpadzie rodziny. Jeśli dodamy do tego wszystkiego aktorów, którzy naprawdę dobrze spisują się w swoich rolach, to mamy naprawdę wysokiej jakości widowisko, które nie tylko nas nastraszy, ale wciągnie świetną fabułą.

Który z tych filmów chcielibyście najbardziej zobaczyć?

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *