Filmowe podsumowanie #39 – Obcy z Karaibów

Maj był filmową karuzelą – z jednej strony filmy bardzo dobre, z innej bardzo złe, trafiły się też filmy średnie. To miesiąc filmowych zaskoczeń i rozczarowań a także spodziewanych klap. Zapraszam do podsumowania miesiąca.

Get Out (2017)
To był film wybrany na zasadzie – a poszłabym do kina, tylko nie wiem na co. No i poszliśmy do kina na film, którego trailer obejrzany kilka razy w kwietniu zaintrygował nas na tyle, żeby go sprawdzić.
Historia młodego czarnoskórego chłopaka, Chrisa Washingtona, który wybiera się z zapoznawczą wizytą do posiadłości rodziców jego białej dziewczyny – Rose Armitage. Szybko orientuje się, że atmosfera domu jest, mówiąc delikatnie, dziwna. Nie spodziewa się jednak, że powodem zaproszenia nie jest wyłącznie chęć poznania go przez rodziców Rose. Chris wierzy, że nerwowa atmosfera panująca w domu Armitage’ów wynika z przyczyn rasowych. Niedługo jednak odkryje zadziwiającą prawdę. Prawdę, jakiej nie mógł się spodziewać…
Mój boziu, jaki to był… niesamowicie dziwny film. To znaczy na początku chciał udawać rzecz poważną, potem stał się niepoważny, żeby na chwilę wrócić do powagi, ale końcówka była tak absurdalna i komiczna, że przez kolejne dwadzieścia minut po wyjściu z kina nie mogłam przestać się uśmiechać. Ale mimo wszystko, to jest film o poważnych sprawach, zamaskowanych niepoważnym tłem czarnej komedii z elementami horroru. Film o wtórnym rasizmie, takim głęboko ukrytym pod grubą warstwą ochronną ze zgrabnych fraz, miłych uśmiechów i spolegliwości. Film o długo chowanych urazach, braku szacunku czy głęboko chowanej zazdrości. Oraz o tym, jak łatwo w roli “uprzywilejowanego” zatracić człowieczeństwo i stać się bogiem. Ponadto mamy tu świetną grę aktorską, a świetna klimatyczna i nieco klaustrofobiczna sceneria dodała jeszcze napięcia do całości.

Guardians of the Galaxy vol. 2 (2017)
To był punkt obowiązkowy w tym miesiącu, nie wypadało nie obejrzeć. O to co zobaczę na ekranie byłam spokojna, mimo trailerów nie pokazujących nic. I okazało się, że Gunnowi udało się mnie zaskoczyć. Pozytywnie.
Grupa najbardziej niesubordynowanych outsiderów w galaktyce penetruje odległe zakątki kosmosu, próbując rozwikłać zagadkę pochodzenia jednego z jej członków – Petera Quilla aka Star Lorda. Niegdysiejsi wrogowie staną się ich sprzymierzeńcami, a w nieustannie powiększającym się filmowym uniwersum Marvela zagoszczą nowe postacie znane z kart komiksu.
Och, wiecie co? Podobało mi się bardziej niż część pierwsza, a to dość ciekawe. Ogólnie wydaje mi się, że było mniej takiego heheszkowania dla samych heheszków (co prawda całą tą sytuację skutecznie psuły przefajnione napisy oraz irytujący Baby Groot), a więcej fabuły i relacji między postaciami. I te relacje międy postaciami zrobiły film. Gunn i ekipa naprawdę się postarali, rozbudowali je na maksa i napisali mnóstwo świetnych scen z interakcjami pomiędzy bohaterami. I wielkie brawa dla młodszego Gunna – małą rólkę przekuł, którą łatwo było spierdzielić i spłycić, przekuł w naprawdę fajny występ. Kurt Russell jako Ego był fajny, no i tworzy niezły plot twist, ale zabrakło mi jakiejś złowieszczej aury, brakuje mu takiego… pazura, drapieżności, błysku w oku, tego czegoś. Ale końcówka filmu to mnie rozniosła na kawałki i sprawiła, że nie mogłam się pozbierać długo po zakończeniu filmu.

Alien: Covenant (2017)
Lubię Alieny, wychowałam się na nich poniekąd. Nie lubię Prometeusza, więc miałam obawy prze tym filmem. I wiedziałam, że będą słuszne i spełnią się co do joty.
Statek osadniczy „Przymierze” dociera na nieznaną planetę, która wydaje się być prawdziwym rajem dla człowieka. Członkowie ekspedycji szybko się jednak przekonują, że trafili do mrocznego, pełnego tajemnic i zagadek świata. Już od pierwszych chwil na planecie załoga zaczyna zmagać się z problemami, które z każdą chwilą staną się coraz większe i bardziej śmiertelne.
Ech, dlaczego sobie to zrobiłam? Dlaczego pomyślałam, że może nie będzie tak tragicznie i będzie toto lepsze od Prometeusza? Owszem było, bo nic nie działo się tylko przez pół filmu, a nie tak jak w przypadku Prometeusza przez cały film, ale… Ten film jest tak okropnie głupi, ma takie dziury logiczne, że aż strach. Mamy sobie statek kolonizacyjny – a jego załoga to same pary (co od razu zwiastuje katastrofę – w obliczu zagrożenia przede wszystkim myśli się o ratowaniu siebie i rodziny, potem dopiero obcych; gdyby członkowie rodzin załogi byli pasażerami – moim zdaniem decyzje byłyby dokonywane z myślą o dobru misji). Kolejna rzecz – kapitan decyduje o całkowitej zmianie celu misji, co nie powinno leżeć w jego gestii. Generalnie cała akcja filmu sprowadza się do tego, że bohaterowie robią to czego wymaga od nich scenariusz, nie logika. Są dwa pozytywy tego filmu – Michael Fassbender naprawdę sprawdza się w roli androida; no i są ładne zdjęcia. Tyle, że to nie ratuje filmu.

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara (2017)
To film jednocześnie będący spełnieniem nadziei i zawodzący na całej linii. Niesamowicie dziwne, że można tak jednocześnie czuć się zawiedzonym i bawić się całkiem nieźle w trakcie seansu.
Nikczemny kapitan Salazar wraz ze swoją załogą piratów-zjaw ucieka z Diabelskiego Trójkąta i poprzysięga zemstę na wszystkich piratach. Nieuniknionej zagładzie próbuje zapobiec Jack Sparrow. Kapitan”Czarnej Perły” wyrusza w podróż, by odnaleźć Trójząb Posejdona, mistyczny artefakt dający władzę nad morzami, i użyć go w walce przeciwko Salazarowi.
Mam dysonans poznawczy, bo z jednej strony bawiłam się całkiem nieźle, a z drugiej, cholera jasna, widać że Piraci się swojego własnego kanonu nie potrafią trzymać. Co mogę powiedzieć na pewno – Geoffrey Rush wyróżnia się na tle całej obsady. Naprawdę dostał fajną rolę do zagrania, coś więcej niż standardowego złego Hectora Barbossę. Na plus na pewno też postać kapitana Salazara (z resztą bardzo podoba mi się design jego i jego załogi) i sposób w jaki gra go Javier Bardem. Nieźle wypadł też Brenton Thwaites w roli Henry’ego – miał w sobie coś takiego fajnego, zawadiackiego. Fajny epizod zaliczył też David Wenham. Plus cameo sir Paula McCartneya – absoultnie genialny. Mam za to ogromną wątpliwość co do Cariny – generalnie jak na mój gust była niesamowicie wkurzająca. Niby naukowiec, a wierzy w istnienie magicznego trójzębu Posejdona, natomiast w istnienie duchów już nie. Niby jest taką samodzielną, inteligentną, typem SFP, ale… wydaje mi się że odgrywa jednak rolę takiej sierotki, którą to trzeba ratować. Nadal wolę Elizabeth Swan, która mimo bycia marysują, to nie była tak irytująca w moim odczuciu. Recenzja tutaj.

The Circle (2017)
Nawet nie wiecie, jak bardzo liczyłam na ten film – że dostaniemy fajny corpo-thriller, z moralnymi rozważaniami, angażujący widza w rozterki głównych bohaterów. A tymczasem dostaliśmy Facepalm the Movie™.
Mae Holland zostaje zatrudniona w Kręgu – najpotężniejszej na świecie firmie internetowej. Jest zafascynowana jej nowoczesnością, rozmachem oraz osobą wizjonerskiego założyciela – genialnego Eamona Baileya. Z czasem praca w Kręgu pochłania dziewczynę bez reszty, a jej rola w korporacji ewoluuje w niepokojący sposób. Stając się pionkiem w przewrotnej grze Baileya, Mae nie dostrzega zagrożeń, jakie rodzi miejsce zatrudnienia. Dopiero gdy odkrywa przerażającą prawdę o Kręgu, zrobi wszystko, by wyrwać się z macek organizacji. Nie ma jednak pojęcia, jak daleko sięgają wpływy pracodawców i ich potęga inwigilacji.
Naprawdę nie wiem, co o tym sądzić – z jednej strony mamy ciekawy koncept i kilka fajnych rzeczy w fabule, z drugiej strony dostajemy film o tak ślamazarnym tempie, że aż strach. No i również thriller bez ani śladu dreszczyka emocji. Film zamiast pozostawić mnie z wątpliwością moralną, tematem do refleksji, sprawił, że bardzo szybko po seansie o nim zapomniałam. Zmarnowano potencjał wszystkich aktorów grających w tej produkcji, dając im do grania naprawdę niewiele – szkoda, bo liczyłam na rolę Hanksa (a tu został takim stereotypowym manipulantem), Watson (jej bohaterka najpierw wszystko psuje, a potem chce wszystko naprawić na hura) i Boyegi (jako postać został zepchnięty na dalszy plan, pojawia się ze trzy razy, z czego najczęściej nic nie mówi). Główna bohaterka była żenująco głupia i żenująco naiwna a w połączeniu z idiotycznymi pomysłami bardzo ale to bardzo irytująca

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *