Everybody loves kung-fu fighting? Bronię trochę, a trochę recenzuję „Iron Fista”

Wydaje się, że wszyscy powiedzieli już wszystko w temacie Iron Fista. Niektórzy spisali ten serial na straty już po pierwszych sześciu odcinkach, a po finale utwierdzili się w przekonaniu, że było bardzo źle. Inni mieli mniej radykalne opinie, a część oglądających potrafiła najnowszy serial kooperatywy Marvel/Netflix docenić.

Ja postanowiłam ze swoim osądem poczekać. Spokojnie obejrzałam całość, a potem pozwoliłam opinii poleżakować, gdzieś na dnie mojej głowy. I wiecie co? Nadal, mam takie samo zdanie, jak po obejrzeniu finału tej historii. Że Iron Fist może nie reprezentuje poziomu pierwszego sezonu Daredevila (ale to było moim zdaniem jednorazowe arcydzieło), troszkę mu zabrakło do Jessiki Jones, ale jest dużo lepszy niż Luke Cage. I możecie mi zarzucić, że nie zrozumiałam przekazu tego ostatniego, tej ważnej lekcji i tego wspaniale ukazanego obrazu Harlemu, ale… zrozumcie, że to nie było to, czego spodziewałam się po serialu o tej postaci. Z resztą, zobaczcie co miałam do powiedzenia o Cage’u.

Tymczasem po Iron Fiście oczekiwałam, że będzie to przyjemny, rozrywkowy serial, z mniejszym naciskiem na problemy społeczno-polityczne, a z większą ilością mordobicia. Nic więcej nie chciałam. No może, żeby postacie były lepiej napisane niż w historii Luke’a Cage’a i żeby okazało się, że ten zły to nie będzie jakiś koleś, który zachowywał się, jakby urwał się wprost z jakiegoś kiczowatego komiksu z lat dziewięćdziesiątych.

I to wszystko dostałam. W sumie może nie to wszystko, bo bijatyk było jak na lekarstwo (a niektórzy nastawiali się na to, że będzie to serial w klimatach kung-fu), ale zrekompensowano mi to innymi aspektami. I to jakimi!

Zacznijmy może od fabuły, bo to dość… znamienny element tego serialu. Danny Rand wraca po piętnastu latach „do żywych”. Jego firma trafiła w ręce jego najlepszych przyjaciół z dzieciństwa, wszystko się zmieniło, a Danny próbuje się w tym jakoś odnaleźć. Dodatkowo cały czas na horyzoncie majaczy mistyczny wątek Dłoni, bycia Iron Fistem i kwestie związane z K’un-Lun. Ciężko mówić o jednym wątku głównym, bo wszystkie wątki w serialu przeplatają się, burząc hierarchię ważności zbudowaną przed chwilą. Raz najważniejsze są kwestie walki z Dłonią, innym z kolei kwestia kontroli nad Rand, a w kolejnej wątek relacji rodzinnych. Wszystko to miesza się w chaotycznym, jak mogłoby się zdawać, tańcu, zmieniając się jak w kalejdoskopie. A w finale wszystkie wątki zostają pięknie rozwiązane, choć na horyzoncie majaczą już nowe.

Skomplikowane w Iron Fiście jest wszystko. Relacje pomiędzy wszystkimi wątkami, relacje pomiędzy bohaterami, sami bohaterowie. Jeśli na początku coś wydaje się wam jasne i oczywiste to w samym finale może okazać się, że nigdy takie nie było. Wystarczy wziąć na warsztat chociażby rodzeństwo Meachumów. Na początku to Joy jest gotowa pomagać Danny’emu, a Ward chce się go pozbyć. Ale… sytuacja potem się komplikuje, chociażby ze względu na stosunki Warda z Haroldem, Harolda z Joy i ich wszystkich z Dannym. Oraz z powodu motywacji, jakimi się kierują. Nic nie jest w tym czarno-białe. No może postrzeganiem świata przez Danny’ego, ale o tym za chwilę. Nie mniej skomplikowana jest kwestia Colleen Wing, z jej ukrytymi intencjami i naprawdę dość pokręconymi relacjami.

Ale zanim zagalopuję się w analizę wątków (która mogłaby mi zająć całą wieczność, bo tego jest naprawdę cała masa) i motywacji, to chciałabym powiedzieć, że podziwiam twórców za to co zrobili z postaciami. Naprawdę wielki ukłon proszę państwa. Są świetnie napisane, naprawdę dobrze zagrane i wszystkie są potrzebne w tej fabule. To nie jest tak, jak w przypadku Luke’a Cage’a, że część postaci i wątków można byłoby wyciąć i obraz nic by na tym nie stracił.

Weźmy na początek Meachumów. Ward przedstawiony jest nam na początku jako ten nieugięty, mocny charakter, silnie dzierżący stery w firmie. Przy okazji kawał dupka bez serca, gotowy zagrożenie dla swojej pozycji jak najszybciej zlikwidować. Chwilę później okazuje się, że Ward jest tak naprawdę sterowany przez apodyktycznego ojca, a jego samodzielne decyzje tworzą więcej problemów niż są w stanie rozwiązać. Dalej w serialu okazuje się, że całe jego opanowanie to tylko fasada z antydepresantów, a bez nich Ward… jest tylko trzęsącym się jak galareta kawałkiem mięsa, który uświadamia sobie, że nie marzy o niczym innym poza ucieczką od tego wszystkiego. Albo przynajmniej o pozbyciu się ojca.

Joy, w przeciwieństwie do brata, sprawia na początku wrażenie tej łagodnej i dobrej. Wrażliwej na cudzą krzywdę. Troskliwej. A potem okazuje się, że niezłe z niej ziółko i potrafi używać bardzo niskich zagrywek, żeby dopiąć swego. Ale później sprawia wrażenie, że tego żałuje. Mam wrażenie, że Joy jednak cały czas blefuje, ukrywa przed światem prawdziwą twarz wrednej i pozbawionej skrupułów kobiety, w swoim wyrachowaniu bardzo podobnej do ojca.

Harold Meachum jest zaś jednym z trzech villainów w tym serialu, obok dwojga przedstawicieli Dłoni. I jest on w swoim przedstawieniu niesamowity – zły do szpiku kości, ale starający się ukrywać to przed Dannym, wobec którego przyjmuje ojcowska, czarującą postawę. Prowadzi podwójną grę, licząc że pozbędzie się dwóch problemów na raz (zarówno Dłoni, która mocno go ogranicza i kontroluje, jak i powracającego z martwych Danny’ego), a po drugim zmartwychwstaniu jest jeszcze gorszy. Bardziej okrutny, bardziej ześwirowany, bardziej creepy. David Wenham odwalił kawał naprawdę świetnej roboty powołując do życia postać tak… niesamowicie złą. Ale wiecie co? W pewnym momencie serialu dałam się nabrać, że Harold wcale taki nie jest. I to jest w nim najlepszego.

Najbardziej kontrowersyjną i budzącą sprzeczne emocje jest jednak główny bohater, czyli Danny Randa aka Iron Fist. Wiele osób zarzuca mu, nie do końca słusznie, że jest typowym roszczeniowym heteroseksualnym białym mężczyzną, a potem typowym multimilionerem, który załatwia wszystkie sprawy, dzięki kasie. Mam jednak wrażenie, że to patrzenie z nieco złej strony. Danny po piętnastu latach w klasztorze w Kun-Lun wraca do „wielkiego świata”… i po prostu jest zagubiony. Dlatego pierwsze kroki kieruje do Rand – w końcu to firma jego rodziców, miejsce, które doskonale zna. I kiedy okazuje się, że jego najbliżsi przyjaciele z dzieciństwa nie wierzą mu – postanawia dowieść prawdy i odzyskać miejsce w korporacji. Nie robi tego dla pieniędzy, ale z powodu tego, że jest to jego dziedzictwo. I może gdyby firma nazywała się jakoś inaczej nie miałby takiego parcia. Idąc dalej – Danny, owszem kilkukrotnie załatwia rzeczy za pomocą pieniędzy i wpływów, ale zawsze stara się robić to w dobrej wierze. Jest mało subtelny, ale to wina wychowania wśród wojowniczych mnichów.

Jest kilka miejsc, w których Danny ewidentnie przekracza linię (jak chociażby nie stosując się do próśb Colleen w sprawie opuszczenia jej dojo i nie zbliżania się do jej uczniów) i tu nie usprawiedliwia go kwestia wychowania miejscu tak specyficznym jak K’un-Lun. Generalnie Danny to dość problematyczna postać – nie jest zbyt bystry, co w większości wypadków powoduje chęć przytulenia go, ale czasami jego brak pomyślunku jest tak irytujący, że ma się ochotę przełożyć go przez kolano i dać mu parę klapsów. Charakterologicznie jest dość ciekawie, bo mam wrażenie, że to postać, która cierpi na pewien problem rozwojowy – pewne rzeczy nadal postrzega z perspektywy jedenastoletniego chłopca, a nie dorosłego dwudziestosześcioletniego mężczyzny – jest to prawdopodobnie efektem traumy, której doznał oraz piętnastoletniego pobytu w dość specyficznym miejscu, jakim jest K’un-Lun. W większości wypadków Danny chce dobrze, tylko nie zawsze mu się to udaje.

Wydaje mi się również, że wiele osób krytykujących Danny’ego patrzy na niego z perspektywy nie tego, jaką jest postacią w serialu, ale jaką by go chcieli widzieć. Mają problem z tym, że Rand tak naprawdę dopiero się uczy bycia Iron Fistem, swoich mistycznych i fizycznych możliwości. Generalnie z serialu może wynikać, że Danny ma swoją moc od niedawna i dopiero uczy się możliwości, które mu daje. A że jest w gorącej wodzie kąpany to zamiast zostać i trenować w K’un-Lun postanowił je opuścić i wrócić do normalnego świata. To bardzo dobrze, że zrobiono tutaj genezę tego bohatera, pokazano to jak się uczy bycia Iron Fistem, bo właściwie wszystkie pierwsze sezony seriali Netflixa o tym są – o stawaniu się bohaterem. I Danny’emu wyszło to lepiej niż Luke’owi.

Oglądając Iron Fista bawiłam się bardzo dobrze – może to dzięki świetnie rozrysowanym postaciom i zależnościom między nimi, może dzięki lekkiej formie (po zdecydowanie przyciężkim Luke’u Cage’u). Także ten, polecam, kto nie skończył może powinien?

 

Sharing is caring!

2 thoughts on “Everybody loves kung-fu fighting? Bronię trochę, a trochę recenzuję „Iron Fista”

  • 24 kwietnia 2017 at 14:31
    Permalink

    Ja skończyłam, chociaż nie miałam zamiaru. I tak, w sumie mi się podobało. 🙂 Jak znajdę czas, to machnę nawet notkę na blogasku.

    Reply
    • 24 kwietnia 2017 at 14:33
      Permalink

      Chętnie przeczytam, ciekawią mnie twoje odczucia 😀

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *