Dracarys! – Gra o Tron S07E04 „Spoils of War”

Nadrobiliśmy odcinek trzeci, pora więc na bieżący, czwarty epizod. I znowu trzymanie kciuków, żeby chociaż trochę więcej się działo, bo rozmowy są fajne, ale nie możemy przecież całego sezonu spędzić na gawędzeniu o polityce.

Pierwsza scena to kontynuacja zakończenia poprzedniego odcinka – wojska Lannisterów wywożą zaopatrzenie ze złupionego Wysogrodu. Jaime zatrzymuje jeden z wozów, otwiera go (a tam złoto! Coś co małe Lannisterki lubią najbardziej), zabiera jedną sakwę i daje ją Bronnowi, który rzuca zdecydowanie zbyt celną uwagą (ktoś tu chyba czytał scenariusz). Ponadto nasz stary kochany Bronn nadal cierpi na niedobór zamku. I chce Wysogrodu. Tak, wysoko mierzy. Rozmowa pomiędzy nim a Jaimem jest dość zabawna, aż szkoda byłoby gdyby któryś z nich zginął. Mam jednak problem z postawą Bronna – skoro jest najemnikiem (wszak odbiera nagrodę, nie żołd), to po kiego diabła daje sobą tak pomiatać Jaimemu i wykonuje jego rozkazy? Skoro dostał zapłatę, oznacza to, że jego usługi są zakończone. Chyba, że naprawdę liczy na ten zamek.

Krótki przerywnik z przedstawicielem Żelaznego Banku i Cersei. Wynika z niej kilka ciekawych rzeczy – jak chociażby to, że Cersei chce wynająć najemników z Essos (prawdopodobnie boi się, że jednak w konfrontacji z siłami Danki nie starczy jej żołnierzy, no i pamiętajmy, że wojska Lannisterów muszą zabezpieczać się przed atakiem z Północy). Przedstawiciel Żelaznego Banku zapewnia Cersei gładkimi słówkami o tym, że może liczyć na ich wsparcie – mam jednak niejasne wrażenie, że Bank chce ugrać coś dla siebie i że być może podobną propozycję przedstawi za jakiś czas Dance.

Tymczasem na Północy, Littlefinger podarowuje Branowi sztylet, którym podobno próbowano go zabić (to było tak dawno temu, że nie pamiętam już szczegółów). O sztylecie i jego pokręconej historii możecie poczytać tutaj, my natomiast skupmy się znów na odcinku. Littlefinger zaś rzuca słodkopierdzącą przemową, że gdyby mógł, zatrzymałby sztylet, który podciął gardło lady Catelyn – szkoda tylko, że Bran wie lepiej kto co i jak. Prawdopodobnie domyśla się (albo i wie) kto stał za zamachem na jego życie (mam wrażenie, że to Baelish był). Widać w scenie, w której Bran spogląda na sztylet, że myślami jest gdzie indziej. Co więcej – Bran daje to do zrozumienia Littlefingerowi (cytując jego własne słowa) – a przynajmniej sugeruje mu, że wie więcej niż przeciętny człowiek w Westeros. Zaś w słowach „I’m not Lord Stark” daje do zrozumienia nie tylko, że jest poza tytułami itp. ale również i to, że nie do końca jest Branem Starkiem, co znajduje potwierdzenie w rozmowie/pożegnaniu z Meerą Reed.

Do Winterfell jedzie sobie Arya. To kolejny wzruszający powrót do domu, szkoda tylko, że w jego wyniku dostajemy scenę z idiotami-strażnikami, którzy próbują odpędzić Aryę od bram. Kończy się to ich ośmieszeniem, bo dziewczyna zapewne wykorzystując sztuczki, których nauczyła się w Domu Czerni i Bieli. Trochę smutne jest to, że Arya pyta o ludzi, których już nie ma na tym świecie (Luwin, ser Roderick Cassel), no ale skąd miała wiedzieć… No ale wróćmy do sceny – Sansa dobrze wie, że Arya pierwszej swoje kroki skieruje do krypty. A tam widzimy obrzydliwy posąg Neda. Siostry witają się czule, Sansa stwierdza, że Jon będzie przeszczęśliwy odnajdując swoją najmłodszą i najbardziej ukochaną siostrzyczkę. Potem Arya informuje siostrę o swojej liście. Oczywiście Sansa nie bierze tego na poważnie (Arya całe szczęście nauczyła się reagować na to śmiechem).

W bożym gaju spotkają się z Branem, gdzie dojdzie do kolejnej ciekawej rozmowy. Cóż i tutaj wychodzi pewna jedna rzecz: Arya jest w stanie ogarnąć sposób myślenia Brana, a przynajmniej nie reaguje jakoś specjalnie mocno na jego słowa. Jej postrzeganie świata, poprzez trening u Ludzi bez Twarzy zmieniło się, ewoluowało trochę w stronę tego, co możemy obserwować u Brana. Między tymi dwojgiem zbuduje się większe porozumienie niż pomiędzy nimi a Sansą. Ale przynajmniej Sansa uwierzyła w istnienie listy. Bran tymczasem podaruje Aryi sztylet, który dostał od Littlefingera. I chyba wszyscy zgodzimy się co do tego, że oboje znają jego przeznaczenie. I jest to w pewnym sensie bardzo ważna informacja. Arya ostatni raz sztylet widziała przy ojcu w Królewskiej Przystani. Tymczasem ma go teraz Bran, który dostał go od Baelisha. Łatwo jest dodać dwa do dwóch i otrzymać wynik. Generalnie – mam wrażenie, że to zła wróżba dla Petyra. I bez znaczenia jest to, że Littlefinger może chcieć coś za ten sztylet – mam wrażenie, że nie zdąży tego zażądać.

Powracających z bożego gaju Starków widzi Brienne i Podrick. Następuje krótka wymiana zdań (ZOBACZCIE MEMY). Widzi Starków Baelish (minę ma dość nieodgadnioną, choć mam wrażenie, że może mu przeszkadzać powrót Aryi – tych dwoje nigdy nie pałało do siebie jakąś sympatią, nawet jeśli interakcje między nimi były dość ograniczone), który prawdopodobnie będzie musiał się pogodzić ze stratą wpływu na Sansę.

Zostawmy jednak Północ, udajmy się na Smoczą Skałę, gdzie znowu mamy możliwość poobserwować jakąś drętwą rozmowę między Missandei i Daenerys. Nagle pojawia się Jon Snow, który zaprasza Dankę do jaskini. Bo musi jej coś pokazać. No i idą do tej jaskini, on pokazuje jej złoża smoczego szkła, a potem mówi, że jest jeszcze coś. Okazuje się, że głębiej w jaskiniach Dzieci Lasu wykonały malunki przedstawiające Białych. Dokładne malunki (Nocny Król wygląda na nich aż za dokładnie). I w tym momencie wszystkim dookoła zapala się lampka: „cóż to bardzo wygodne, że akurat teraz znaleźli te rysunki”. Danka już rozpala serce Jona wyznaniem, że mu pomoże, ale… musi dodać, no MUSI dodać, żeby klęknął. Niechże jej ktoś wyłączy tę śpiewkę, bo oszaleć idzie!

Po wyjściu z jaskini na Danny czekają Varys i Tyrion z jedną dobrą i jedną złą wiadomością. Dobra jest taka, że Nieskalani zajęli Casterly Rock. Zła… cóż straciła Reach. Jest zła. Wkurzona. Wściekła. Nie dziwię się jej, bo każda decyzja, którą podjęła była zła. Albo inaczej – każdą ktoś sabotował. Problem jest taki, że przestaje ufać Tyrionowi. A to może sprawić jej kłopoty, bo miał dla niej bardzo dobre, rozsądne rady. Teraz Danny prawdopodobnie będzie chciała załatwić wszystko na szybko, agresywnie. A potem Daenerys robi coś, czego jeszcze do tej pory nie zrobił nikt – pyta Jona Snowa o zdanie. Widocznie jej nikt nie przekazał, że Jon nie wie niczego.

W Winterfell Podrick ćwiczy z Brienne. Jak zwykle idzie im to topornie. Arya też nie może na to patrzeć, więc chce poćwiczyć z Brienne. I pewnie zmazać uśmieszek z ust Baelisha i pokazać Sansie, że usuwanie ludzi z listy nie jest dla niej taką rzeczą niewykonalną. No i wreszcie mamy jakąś ładną choreograficznie walkę. Bardzo ładną. I przerażająco skuteczną. I nie czepiajmy się, że Arya wykorzystała jako podstawę do tej walki Wodnego Tancerza, której to techniki uczył ją Syrio Forell, bo to tylko podstawa. Co do reszty – zgadzam się, nikt jej tego nie nauczył. A poza tym ludzi dopatrują się w tej scenie różnych dziwnych rzeczy. Zaś pokazówka Aryi była skierowana do jednej osoby – Littlefingera.

Znowu jesteśmy na Smoczej Skale i tym razem rozmowę prowadzi Davos i Jon. Ważne są w niej dwie rzeczy – jedno nawiązanie i jeden komentarz. Potem spotykają dziewczynę o dobrym „sercu”, czyli Missandei, której wyjaśniają zawiłości w Westeroskich kwestiach małżeńskich i niemałżeńskich oraz dzieciach z prawego i nieprawego łoża. Potem przypływa statek z Theonem. Nie witają się z Jonem serdecznie (wszak nigdy się w sumie nie lubili), a Jon wciąż pamięta (bo Północ pamięta), że Theon zdradził Robba. Greyjoy chce poprosić Dankę o pomoc w odbiciu Yary. Okazuje się, że jej nie ma…

I kiedy ponownie widzimy transport jedzenia do Królewskiej Przystani możemy sobie odpowiedzieć, gdzie jest Danny. Generalnie atak zaplanowany i przeprowadzony jest bardzo ładnie, tylko dlaczego Daenerys niszczy zapasy? To dość szalone posunięcie. Wiem jednak, że nie da się inaczej, bo Danka przegrywa jak na razie tę wojnę. Musiała to zrobić. Cersei zatem kolejną pożyczkę będzie musiała przeznaczyć nie na wojsko, a na pożywienie. O ile nie będzie tak, że Cersei zatrudni jednak Złotą Kompanię, a potem przyleci Danka i sypnie ludziom żarcie.

Warte odnotowania jest to, że twórcy chyba oglądali Hobbita, bo kilka scen wygląda jak żywcem wyjętych. Jeżeli to był jedyny skropion Cersei, to jest mi przykro, ale pomysł wzięcia go ze sobą na kampanię było idiotyczne. W Królewskiej Przystani byłby lepszy do wykorzystania. Bronn dobrze sobie z nim radzi. Jaime chce za to zostać bohaterem, ale Bronn mu w tym przeszkadza (teraz chyba będzie mu się jakiś zamek należał). O ile przeżyje. Lord Tarly i Dickon chyba nie przeżyli (co oznacza, że Sam jest teraz dziedzicem rodu?). Jest to jednak z najładniejszych i najsmutniejszych scen w tym serialu.

Chyba jedna z najpiękniejszych i najbardziej przerażających scen w tym sezonie. A może i we wszystkich…

PS. Na deser taki ładny diagram porównania wielkości smoków. I innych takich.

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *