Do boju, za Anglię i za króla! – „Zwycięstwo orłów” Naomi Novik

Poprzedni tom wspaniałego cyklu Temeraire, czyli „Imperium kości słoniowej”, podobał mi się najmniej ze wszystkich dotychczasowych książek Novik. Całe szczęście był to chyba tylko i wyłącznie chwilowy spadek formy, bo „Zwycięstwo orłów” podobało mi się zdecydowanie bardziej.

Laurence po swoim brawurowym, aczkolwiek mocno nieprzemyślanym, i arcyszlachetnym postępkiem siedzi w celi jako więzień, Temeraire tymczasem przebywa na terenach rozpłodowych. Napoleon nagle i niespodziewanie przystępuje do inwazji na Brytanię. W ogniu wojny smok i jego kapitan muszą się odnaleźć i opowiedzieć się po jednej ze stron.

 

Zasadniczą różnicą pomiędzy „Imperium kości słoniowej” a „Zwycięstwem orłów” jest rozłożenie akcentów. To pierwsze było powieścią podróżniczo-awanturniczą, w której akurat smoki nie odgrywały zasadniczej roli (więcej było o ludziach i ich odczuciach wobec klęski jaką jest nagła choroba wśród smoków), druga zaś pełną akcji opowieścią wojenną z Temerairem i jego grupą w głównej roli. I to jest główny powód, dla którego zdecydowanie łatwiej czytało mi się piąty tom cyklu Novik.

 

Położenie większego akcentu na smoki, na ich zachowania czy relacje pomaga zrozumieć, jak bardzo Brytyjczycy mylą się w ich ocenie. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę, że smoki z Pen y Fan (stacji rozpłodowej gdzieś w Walii) to zorganizowane społeczeństwo – czego ludzie nie dostrzegają – mają własną radę i własne prawa. Ale co najważniejsze smoki potrafią samodzielnie obmyśleć taktykę, zorganizować się w wojskową formację a także wygrać samodzielnie bitwę. Temeraire rewolucjonizuje brytyjskie siły powietrzne – pokazuje, że niezaprzężone smoki jak najbardziej mogą służyć i bronić kraju przed francuskim najeźdźcą. Muszą tylko mieć motywację – a jest nią zapewnienie, że otrzymają zapłatę i będą mogły zdecydować, co chcą robić. To zapowiedź rewolucji, albo jej przedsmak.

 

„Zwycięstwo orłów” to tom, który wprowadza do historii wiele interesujących postaci… smoków. Weźmy chociażby taką Prescitię – genialną taktyczkę, która kilkakrotnie wspomogła Temeraire’a i brytyjskie siły powietrzne swoimi świeżymi pomysłami. Ale żeby nie mówić o Prescitii tylko w samych superlatywach – jest dość kłótliwa i często potrafi się obrazić. Kolejnym interesującym przedstawicielem smoczej milicji jest chociażby Minnow – buntownicza dzika smoczyca stanowiąca krzyżówkę Grey Coppera, Sharpspittera i Garde-de-Lyon – zbyt często mówiąca, co jej ślina na język przyniesie i dość interesująco podchodząca do kwestii zaprzęgania smoków (sama odrzuciła uprząż i wolała trafić na tereny rozpłodowe). Uroczy jest stary Gentius – emerytowany, ślepawy Longwing, ciągle wspominający swoje panie kapitan.

 

Nie spotykamy wielu nowych ludzi – och właściwie bliżej poznajemy tylko i wyłącznie księcia Wellingtona (wcześniej generała Welleseya) – szczwanego polityka i zręcznego taktyka, który znajduje zastosowanie dla sześćdziesięciu dodatkowych smoków. Głównodowodzący sił brytyjskich zdecydowany jest wykorzystać Temeraire’a i Laurence’a, dać im garść obietnic, których potem i tak nie zrealizuje. No cóż, tego można było się spodziewać, bo Wellington aż za dobrze przekonuje się, że smoki są inteligentne i do czego mogą się przyczynić. I co najsmutniejsze Wellingtona jednocześnie się podziwia, bo jego spryt i zmysł polityczny prawie nie mają sobie równych, i nienawidzi, bo to przykład najbardziej chytrego skurczybyka w dotychczas zaprezentowanych tomach.

 

W Laurensie tymczasem właściwie nie zachodzi żadna zmiana – jest dalej tym samym pieprzonym romantykiem, którym był oddając Napoleonowi lekarstwo. I co najgorsze, mimo że zdaje sobie sprawę z tego, że krzywdzi swoją męczenniczą postawą Temeraire’a, nie jest w stanie się zmienić, zrobić czegoś innego. Ależ mnie irytowało to jego myślenie o honorowej śmierci, o zmazaniu hańby, jaką się okrył swoim arcyszlachetnym i arcynieprzemyślanym oddaniem grzybów Francuzom. I strasznie bolało mnie, że nadal próbuje wytłumaczyć sens swojego postępowania (a tego sensu tam nie ma) Temeraire’owi. A z drugiej strony Will przecież zdawał się rozumieć smoki najbardziej ze wszystkich ludzi.

 

Wydaje mi się, że społeczeństwo brytyjskie po „Zwycięstwie orłów” będzie musiało pogodzić się ze zmianami, odrzucić swój konserwatyzm. Bo i pojawiła się smocza milicja, a trzon armii przekonał się, że smoki, mimo że przerażające, potrafią być bardzo pomocne i wielokrotnie mogą wyręczyć ich w ciężkich pracach i wspomóc w forsownym marszu. Na dodatek podejrzewam, że nieco zmieni się również obyczajowość brytyjska, bo w końcu do szerokiej opinii publicznej dotarła informacja (albo dotrze), że kobiety służą w Korpusie i mogą być nawet kapitanami, a jedna z nich została nawet parem (w sumie, dla konserwatywnych Brytyjczyków wielkiej różnicy nie zrobiłoby też uczynienie parem smoka).

 

Piąty tom cyklu czytało mi się zdecydowanie lepiej i przede wszystkim podobał mi się bardziej niż jego poprzednik. I mam nadzieję, że rozgrywające się w Australii „Języki węży” okażą się równie przyjemną lekturą.

8 thoughts on “Do boju, za Anglię i za króla! – „Zwycięstwo orłów” Naomi Novik

  • 22 grudnia 2014 at 19:53
    Permalink

    Rozczaruję Cię – „Języki węży” to najnudniejszy tom cyklu, podobał mi się nawet mniej niż „Wojna prochowa”.

    I to jest to, o czym dyskutowałyśmy przy okazji „Nefrytowego tronu” – teraz sama widzisz, jak wygląda kwestia zapatrywania się na sprawy równouprawnienia smoków z terenów rozpłodowych. Dotąd Novik pokazywała tylko spolegliwe i programowo zadowolone z życia smoki z armii. Dla tych niezadowolonych i zbuntowanych raczej nie ma tam miejsca (przykładowo, Temeraire może być trzymany przez Laurence’a w ryzach, bo ten jest jego pierwszym kapitanem i więź jest niezwykle silna; podejrzewam, że kolejny kapitan, już nie tak mocno związany ze smokiem już mógłby nie mieć takiego posłuchu, przez co pan T. i tak jako buntownik wylądowałby na terenach rozrodczych), dopiero rzut oka n tereny rozrodcze pokazuje, jak wyglądają „buntownicy”. Dla nich samodzielne zarabianie na siebie wcale nie byłoby jakimś szczególnym wyzwaniem.

    A żeby było jeszcze ciekawiej, to co prawda środki przymusu bezpośredniego dla smoków są nieznane w Anglii (gdzie i tak nie mogłyby być stosowane, bo to za mały kraj ze zbyta małą liczbą smoków, aby mu to wyszło na zdrowie), ale istnieją. Ale o tym dopiero w „Próbie złota” i „Krwi tyranów”.

    Reply
    • 22 grudnia 2014 at 21:21
      Permalink

      Czytałam, że ci się nie podobał, ale zobaczymy, czy mi też się nie spodoba, bo akurat możemy mieć tutaj takie same rozbieżności jak przy „Wojnie prochowej”, która mi się bardzo podobała.

      A co do środków przymusu to sobie już czytałam troszeczkę o „Krwi Tyranów”, więc wiele mnie nie zaskoczyłaś. A weź mi powiedz, czy cykl kończy się na tomie ósmym, czy Novik jeszcze nie napisała dziewiątego?

      Reply
    • 22 grudnia 2014 at 23:37
      Permalink

      Tomów ma być dziewięć. Na stronce autorki podają, że ostatni, League of Dragons, ma się ukazać w 2015 (sama stawiałabym raczej na koniec niż na początek roku, w końcu „Krew tytanów” wyszła dopiero w zeszłym roku). Czyli pewnie po polsku za dwa lata.

      Reply
  • 30 listopada 2015 at 22:14
    Permalink

    Kiedy kolejny tom ? bo jeszcze zostały Ci 4 🙂

    Reply
    • 30 listopada 2015 at 23:49
      Permalink

      Odbiłam się od „Języków węży” i póki co na razie do nich nie wracałam. Od kilku tygodni leżą gdzieś na boku i czekają na lepsze czasy.

      Reply
      • 1 grudnia 2015 at 18:17
        Permalink

        Mam nadzieję ze szybko to nastąpi.. 😉

        Reply
        • 1 grudnia 2015 at 21:51
          Permalink

          Wiem też, że warto przebić się przez „Języki węży”, bo potem jest lepiej.

          Reply
          • 3 grudnia 2015 at 16:24
            Permalink

            Może poza irytującą Iskierką w „Próba złota” to tak jest o wiele lepiej….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *