Copernicon 2017 okiem stałego bywalca

Toruń plus fantastyka równa się Copernicon. A Copernicon równa się świetny konwent. Zawsze. I z roku na rok coraz lepszy. Miniony weekend należy do najmilej spędzonych weekendów w tym roku.

Wiecie co? Nic nie zapowiadało, że będę się tak dobrze bawić, ani że uznam konwent za tak udany. Przywykłam już do rozstrzelenia Coperniconu niemalże po całej toruńskiej starówce, ale w tym roku był on jeszcze bardziej rozstrzelony – rozciągał się od Rynku Nowego Miasta do wydziału Matematyki i Informatyki. Dodatkowo w tym roku akredytację umieszczono przy placu Rapackiego, trochę w oderwaniu od jakiegokolwiek z budynków.

Wszystko to jednak ma swoje wytłumaczenie – Fantastyczne Targi Popkultury zazwyczaj mieściły się w Centrum Sztuki Współczesnej, przy której w zeszłym roku mieściła się również akredytacja. Niestety w tym roku Coperniconowi nie udało się uzyskać dostępu do CSW, przez co trzeba było znaleźć nowe miejsce na stoiska handlarzy i akredytację. Problem polegał na tym, że Copernicon strefę targową chce pozostawić otwartą, to jest możliwą do odwiedzenia przez osoby, które nie wykupiły akredytacji. Co oznacza tylko tyle, że potrzebują dużej otwartej przestrzeni trochę na uboczu konwentu z dostępem również dla osób, które w konwencie z jakiegoś powodu nie uczestniczyły. Jako lokalizację wybrano Rynek Nowomiejski, co niestety rozciągnęło niesamowicie konwent, a z drugiej strony trzeba powiedzieć, że to chyba jedyna lokalizacja, w której można było się w tym roku spokojnie rozstawić z namiotem targowym (Rynek Staromiejski w tym roku okupowany był przez instalacje związane z pewnym spektaklem). Niestety namiot wyglądał dość skromnie, sprzedawców było niewielu, a pogoda średnio dopisała (to ostatnie nie jest winą organizatorów).

Z umiejscowieniem akredytacji rzecz się miała podobnie – to znaczy dla uniknięcia korkowania się wejść w budynkach konwentowych umiejscowiono ją poza budynkami, w zeszłym roku przy CSW, w tym przy placu Rapackiego. I w sumie to moim zdaniem z jednej strony to bardzo dobra decyzja – idealnie wpisywała się w linię budynków konwentowych i idąc od strony Starego Miasta czy wysiadając na przystanku autobusowym (docierając na konwent z Dworca Głównego) była idealnie widoczna. Gorzej jeśli na Copernicon wybieraliśmy się od strony Bydgoskiego Przedmieścia lub docieraliśmy od Czerwonej Drogi – był problem z jej odnalezieniem. Inną kwestią są oznaczenia – w tym roku była to moim zdaniem zmora całego konwentu – zrezygnowano ze standardowych opisów stanowisk akredytacyjnych na rzecz mniej oczywistych („akredytacja funkcyjna”, „akredytacja pierwszeństwa” itp.).

Piątek pod względem organizacyjnym był troszeczkę problematyczny –  wszystko wyglądało, jakby Copernicon o 16 nie byłby gotowy na prelegentów i w sumie bardzo się cieszyłam, że okazałam się na tyle sprytna, żeby wziąć ze sobą laptopa. Ludzie za to dopisali – już na pierwszej prelekcji miałam pełną salę. O 17 poleciałam wspierać przeziębionego Turela na jego prelekcji o rycerzach. Wyszło nieco chaotycznie, ale mam wrażenie, że publika bawiła się bardzo dobrze. Potem zawadziłam o prelekcję na temat funkcji wierszy i pieśni we „Władcy Pierścienia”, aczkolwiek zabrakło mi w tej prelekcji odniesienia się do dwóch bardzo ważnych utworów w kontekście, o którym mówiła prelegentka. No i dał mi również znowu kopa, żeby napisać notkę o całkowicie błędnej w moim mniemaniu interpretację krasnoludów. Później poprowadziłam mam wrażenie bardzo sympatyczny konkurs kadrowy.

Sobota była dniem spotkań ze znajomymi, ciekawych rozmów oraz prowadzonych punktów programu. Problemów technicznych jakoś nie zanotowałam (poza pozostawionymi w sali prelekcyjnej kablami od mojego laptopa, ale to nie wina organizatorów tylko moja), najbardziej problematycznym było przemieszczanie się pomiędzy punktami programu – trzy punkty w programie pod rząd miałam w trzech różnych budynkach. Prelekcja o higienie w średniowieczu (mam wrażenie, że wypadła chyba najlepiej z tegorocznych moich prelekcji, mimo że robiona na spontana, bez notatek i tak dalej) poprowadzona w Collegium Maius, potem konkurs tolkienowski z mizerną frekwencją (niestety nie obyło się bez kontrowersji) w Minusie, a jeszcze później panel „Tam i z powrotem z dużego ekranu” z niesamowicie sympatycznymi panelistami, odbywający się w budynku Mat-Infu sprawiły, że bez sił poczłapałam na Stare Miasto uzupełnić kalorie. Potem równie zmęczona wróciłam na konwent, żeby poprowadzić prelekcję o seryjnych zabójczyniach, która zgromadziła ogromną publikę mimo niesamowitej konkurencji (naprawdę o tej samej porze było masa innych równie ciekawie wyglądających prelekcji). Mam nadzieję, że się podobało mimo, że niestety musiałam pewne rzeczy streszczać i nie udało mi się opowiedzieć o wszystkich kobietach równie ciekawie.

Niedziela za to była dla mnie dniem odpoczynku i przyjemności siedzenia na prelekcjach innych. Odwiedziłam dwie prelekcje Zwierza Popkulturalnego, a potem poleciałam wspierać Turela na jego „Life is brutal in 40k”. A później nie pozostało nic innego jak pożegnać się z konwentem i wracać do domu.

Tegoroczny Copernicon zmęczył mnie odległościami, które musiałam przebyć, zmartwił niewielkimi niedociągnięciami, jakie widziałam, ale sprawił mi także masę radości. Spotkać tych wszystkich megasympatycznych ludzi, pogadać ze starymi znajomym, być znowu w Toruniu – to naprawdę super sprawa. Miałam też nieco większe plany jeżeli chodzi o uczestnictwo w punktach programu, zwłaszcza uczestnicząc w tolkienowskiej ścieżce programowej – niestety nie pozwolił na to z jednej strony czas a z drugiej fizyczne możliwości (ciężko jest prowadzić jednocześnie punkt w innym bloku i słuchać kolejnego punktu programu w tym samym czasie), ale mimo wszystko było fajnie. Do zobaczenia za rok, Toruniu i Coperniconie!

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *