Chwalmy Bladego Króla? – „Głębia. Napór” Marcina Polewskiego

„Rozpoczyna się bowiem gra, która zadecyduje o losie całego postapokaliptycznego Wszechświata. Kosmiczny zegar tyka. Nadchodzi północ” – głosi okładkowy blurb. Nie spodziewajcie się jednak, wbrew powyższej okładkowej zapowiedzi, że „Głębia. Napór” przyniesie galaktyczny konflikt i jego rozstrzygnięcie. Niestety, na to będziemy musieli zaczekać do czwartego tomu.

Sprawy w Wypalonej Galaktyce po kolei przysłowiowo „biorą w łeb”: najpierw ciało JAREDa przejmuje transgresyjny byt zwany Antenatem lub jak kto woli Plagą. Potem do Wypalonej Galaktyki wracają, wcale nie z pokojowymi zamiarami, Obcy i rozpoczyna się Wojna Naporu. Ludzkość dostaje łupnia za łupniem, zmuszona jest się wycofywać i zawrzeć najbardziej niespodziewany sojusz w swojej historii – musi sprzymierzyć się ze znienawidzonymi Maszynami i Jednością. A nad tym wszystkim unosi widmo Głębi i Bladego Króla.

Problemem całości jest niebotyczne rozciągnięcie akcji, a co za tym idzie straszliwe spowolnienie tempa. Akcja wlecze się niemiłosiernie, kolejne strony nie przynoszą żadnego rozwinięcia, żadnej kulminacji. W galaktycznej układance nie pojawia się coraz więcej odpowiedzi, jest wręcz przeciwnie – ciągle dochodzą nowe pytania i nowe zagadki, prawie żadnych wyjaśnień. Tajemniczość Wypalonej Galaktyki zaczęła mi ciążyć, jakby pod ciężarem kolejnych niewiadomych całe uniwersum zapadło się w sobie. Chwalona w poprzednich tomach atmosfera enigmatycznej przeszłości tutaj tylko mnie męczyła, zniechęcając do lektury.

Autor chyba też zaczął się w tym wszystkim gubić i to tak mocno, że ostatnia jedna trzecia książki to jeden wielki chaos. O chronologii można zapomnieć, część zaś scen dubluje się niepotrzebnie. Weźmy za przykład zwielokrotnioną scenę, w której Misterie Artez, konsultantka Sił Zjednoczenia, ucieka z planety Błękit – pisana z dwóch różnych perspektyw pojawia się zarówno na długie dwieście stron przed finałem, jak i w samej końcówce powieści. Jeśli Podlewski chciał nam pokazać, kto i w jaki sposób przejął wahadłowiec Misterie (choć można było się domyśleć tego w trakcie lektury opisu jej ucieczki z Błękitu), mógł po prostu tak skomponować te dwa fragmenty tekstu, by jeden przenikał się z drugim. Jeśli jednak zupełnie nie planował dopowiedzenia tego faktu, a powtórzenie tej sceny było jedynie impulsem to w moim mniemaniu zawalił redaktor, który mógł wpłynąć na kształt tekstu i na przykład zaproponować ograniczenie fragmentu pochodzącego ze skokowca Grunwalda do zaledwie kilkuzdaniowej wzmianki na temat tejże sytuacji. Faktem jest jednak, że coś co we wcześniejszych tomach nie raziło, tym razem rzuca się mocno w oczy, zwłaszcza w ostatnich rozdziałach książki.

Problemem są też wątki niektórych postaci, czasami urywające się w połowie książki, by nie zostać podjęte nawet w jej finale. Ciekawie zapowiadający się wątek Tsary Janis nagle został przez Podlewskiego porzucony – co w sumie podaje w wątpliwość sens istnienia tak rozbudowanego wątku w pierwszej części tego tomu. Kto wie, może Tsara i jej historia wrócą w tomie czwartym jednak mam nieco autorowi za złe takie porzucenie jej historii, bez żadnego najmniejszego nawet udziału w finale. Niektóre rzeczy są zupełnie zbyteczne w narracji, bo nie wnoszą do niej niczego, czego byśmy już nie wiedzieli w momencie, w którym się pojawiają w powieści. Weźmy na przykład scenę przejęcia władzy nad Zbiorem przez Nata w końcówce powieści, gdy od niemal połowy książki dostajemy informację, że Natrium Ybessen Gatlark jest nowym Powiernikiem Zbioru (ergo głową całej sekty). Coś tu nie zagrało. Mam z resztą wrażenie, że czytelnicy obyliby się bez tej konkretnej sceny. Kilka innych w sumie też można byłoby wyrzucić.

Bohaterowie niestety nie ewoluują. Stoją w miejscu. Mam wrażenie (oby było mylne), że wielka strata, jaką odczuł Myrton Grunwald, powinna mocno odbić się na jego psychice. Jednak dzieje się coś wręcz przeciwnego – śmierć ostatniego ze starych towarzyszy nie wpływa w żaden sposób na kapitana Czarnej Wstążki. Niby jest to zrozumiałe – zaraz później z jego udziałem dzieje się bardzo wiele rzeczy, w tym ślizg głębinowych w granicy horyzontu zdarzeń, a bohaterowie pozornie nie mają czasu na wytchnienie, ale czyż Myrton już w pierwszym tomie nie jest przedstawiany jako osoba, która z pewnym trudem utrzymuje się przy zdrowych zmysłach. Załoga Czarnej Wstęgi też raczej nie posuwa się naprzód ewolucyjnie – ci bohaterowie nie przechodzą żadnej wewnętrznej przemiany, od samego początku powieści, do samego jej końca pozostają tymi samymi Hakl, Wise czy Tanskym. Właściwie jedyną postacią, u której możemy zaobserwować jakąkolwiek dynamikę jest Kirke Bloom, która ze sceny na scenę zdradza coraz większe objawy załamania nerwowego.

„Głębia. Napór” zdecydowanie nie należy do moich ulubionych tomów cyklu Podlewskiego. Mam wrażenie, że można byłoby na spokojnie wyciąć jakąś jedną trzecią treści i książka by wiele zyskała, chociażby na płynności akcji czy też jej tempie. Zniknął całkiem mój zachwyt Wypaloną Galaktyką, mam jednak nadzieję, że tom czwarty, finałowy nie zawiedzie i zafunduje mi porządną dawkę emocji, niesamowite tempo i odpowiedzi na większość pytań.

 

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *