Bran Stark i seria bardzo niefortunnych zdarzeń – Gra o Tron s07e06 „Beyond the Wall”

Już prawie finał. A napięcia prawie nie czuć. No dobra, po poprzednim odcinku powinniśmy wszyscy się zacząć martwić o Siedmiu Wspaniałych, ale przecież nie zabiją ich wszystkich prawda…? No w sumie to jest Gra o Tron, więc może jednak…?

Odcinek zaczyna się od Malowanego Stołu, od którego długim ujęciem trafiamy w płomienie. A potem na lód i śnieg. Tak wiemy jak się cały cykl nazywa. No i wreszcie mamy scenę marszu. Siedmiu wspaniałych i anonimowi wspomagacze dzielnie kroczą przez pustkowia (fun fact – czasami jest ich siedmiu tylko, w innych ujęciach pojawiają się jacyś dodatkowi ludzie do umierania, którzy potem znikają). Ktoś słusznie zauważył podobieństwo maszerujących do Drużyny Pierścienia. A potem dostajemy cudnej urody dialogi pomiędzy bohaterami.

Zaczyna się od rozmowy Genry’ego, Jona i Thormunda. Perełki jakie padają w tej rozmowie rekompensują nam brak Thormunda w poprzednich odcinkach. Normalnie można byłoby siąść i wynotowywać, bo one-linery i cięte riposty latają nisko, że co i rusz wzbudzają wybuchy śmiechu. Jest oczywiście w tym dialogach mnóstwo gorzkiej prawdy (zwłaszcza ten o Królu za Murem). Gendry też chce być fajny i mieć fajne teksty, ale Ogar mu wszystko psuje i kradnie.

Mniej wesoło, a bardziej patetycznie robi się przy rozmowie Jona z Jorahem, którzy w pewnym momencie zaczynają się przepychać Długi Pazur pomiędzy sobą: „to miecz twojego ojca”, „nie zasługuję na niego”, „ale należał do twojego ojca”, „zhańbiłem mój ród, zatrzymaj go, teraz jest twój”. To taka straszliwa klisza, że czekam na jakąś parodię, w której Jon i Jorah będą przepychali ten miecz między sobą do utytłanej śmierci; wyminą ich pozostali członkowie ekspedycji, zapadnie noc, członkowie ekspedycji będą w biegu wracać i wyminą ich znów, potem przejdzie obok nich Nocny Król ze swoją armią, a ci dwaj będą się spierać o to, kto powinien biegać z tym mieczem.

Przeskakujemy tymczasem trochę bardziej na południe, do Winterfell, gdzie czeka nas rozmowa Sansy z Aryą. Początek jest dość nudny, ze wzglądu na wspomnienia o Nedzie (nota bene, ktoś zauważył, że nie zgrywają się one z tym, co widzieliśmy w pierwszym sezonie). Sielankowo, no nie? No to zaraz twórcy popsują wam wrażenie sielanki i wprowadzą konflikt między Starkównami. Oczywiście Arya ujawnia się z wiedzą o liście od Sansy, nie przyjmuje argumentów i w ogóle grozi, że ujawni to wszystko lordom Północy. Cała rozmowa ma nam zasugerować, że zjednoczenie rodziny Starków jest tylko chwilowe, bo córki Neda zaraz mogą rzucić się sobie do gardeł. A Sansa nie potrafi powiedzieć siostrze, że była psychicznie torturowana przez Joffa, wydana pod przymusem za Tyriona, potem nieomalże zginęła z ręki własnej ciotki, a potem znowu została wydana przymusowo za mąż (Sansa-bigamistka) za Ramseya, który ją zgwałcił. A potem tylko cudem uniknęła śmierci. Gdzie się do cholery podziała Sansa, która spuściła ogary na Ramseya? Czemu znowu mamy Sansę-mameję?

Ale wróćmy bardziej na północ, do naszych Siedmiu Wspaniałych+. Tym razem zaczynamy od cudnej urody rozmowy Thormunda z Ogarem. Znowu dostajemy kopalnię cudownych cytatów i śmiesznych tekstów, a Thormund jest chyba najlepszym spoiwem drużyny, jakie mogło się Jonowi przydarzyć. Pogada ze wszystkimi, pożartuje, rozładuje napięcie. Po czym następuje najpiękniejsze wyznanie miłosne w historii tego serialu. Niech schowa się Drogo z jego „księżycem” i innymi takimi. Thormund wyznający, że chciałby mieć dzieci z Brienne oraz reakcja Ogara jest cudowna. Najpiękniejsza na świecie. Miałam w oczach łzy.

Potem znowu dostajemy mniej dowcipną rozmowę. Tym razem Jon zostaje zagadnięty przez Berrica, który stwierdza, że Jon nie jest za bardzo podobny do ojca, znaczy do Neda. Nikt się temu stwierdzeniu nie dziwi – wszak wszyscy widzowie zdążyli się już domyślić (ze dwa razy), że R+L=J jest prawdą. Potem następuje kolejny szereg wspomnień o Nedzie. A potem wymieniają się doświadczeniami, jakie mają jako osoby ożywione przez Czerwonych Kapłanów. Aczkolwiek w tej rozmowie wreszcie ktoś głośno mówi, że celem Jona nie jest jakaś walka o koronę czy wpływy, tylko walka o żywych. Czyli nadal wypełnia przysięgę jako zaprzysiężony członek Nocnej Straży. No ale czasu na dalsze dyskusje nie ma, bo zbliżają się do góry, którą Ogar widział w płomieniach.

Serial pozwala nam jednak na moment odpocząć od zimna i ogrzać się przy ciepłym ogniu w kominku na Smoczej Skale. Daenerys porozmawia sobie tymczasem z Tyrionem o różnych rodzajach bohaterstwa i o tym, że bohaterowie giną głupio. Danka nie chce być bohaterem (haha, zobaczymy na końcu odcinka) i nie chce, by Tyrion był bohaterem, bo zginie. Potem przechodzą do rozmów o Lannisterach, o planowaniu. Generalnie sporo nudnych i niewiele wnoszących do tego odcinka rzeczy. Ogólnie mam wrażenie, że twórcy w jakiś sposób uświadomili sobie, że do tej pory za mało mówili o polityce, a Danny potrzebuje dodatkowo rady, jak być rozsądną królową, więc dopychają to w dziwacznej rozmowie między nią a Tyrionem, która prowadzi w sumie do tego co zwykle: muszę zostać Królową Westeros. Niby zwraca się w tej dyskusji na kwestię dziedziczenia, ale to takie… cóż płaskie, idiotyczne i zupełnie nie pasujące do obecnych warunków w serialu.

I wracamy za Mur, bo przecież to odcinek o naszych Siedmiu Wspaniałych. Idą, zawieja, śnieg, generalnie zło panie i wracajta wy do Strażnicy. Ale nie, oni lezą, bo nie są mądrzy albo po prostu chcą przykozaczyć i pokazać się pannie. No i nagle. On. Cały na biało. Niedźwiedź. A co Wy myśleliście, że Nocny Król? I tak oto ginie pierwszy random (niedźwiedź poza tym, że jest nieumarły, to jeszcze potrafi się teleportować, bo mimo że gonił naszego randoma, to nagle wyskakuje od boku). Nasi mężni i wspaniali muszą stanąć do pierwszej walki tego odcinka. Ginie kolejny random. Thoros i Berric aktywują miecze świetl… ogniste i lecą tłuc (jaki idiota pozwala healerowi, nawet bardzo dobrze wyszkolonemu w walce, leźć w pierwszym ataku na wroga?). Ogar przez całą akcję stoi jak dupa wołowa, bo się boi ognia nadal, Thoros niepotrzebnie go uratował. I sam przez to oberwał. Dzięki wielkie panie nie-Ogar. Wszystko kończy się w miarę dobrze, bo Thorosa ratuje jego inny towarzysz walki, dawniejszy jeszcze niż Berric i bractwo, czyli Jorah Mormont. Całe szczęście Czerwony Kapłan twardy jest i wypalanie ran mu nie straszne. Ale flaszkę to by mogli mu zabrać, bo alkohol wcale nie robi dobrze w zimowych warunkach.

W Winterfell tymczasem Sansa szuka porady u Littlefingera, tym samym ujawniając mu, że jest tak słaba i nieporadna, jak przewidywał. I tu mamy do czynienia z bardzo brzydką sytuacją, w której Arya swoimi poczynaniami wepchnęła Sansę znów w objęcia Baelisha, a ten będzie sączył jej truciznę do ucha. Niechże ten Bran zainterweniuje do jasnej cholery, zanim poleje się krew.

I znów przy Siedmiu Wspaniałych – tym razem Jorah z Thorosem rozmawiają sobie o szturmie na Pyke. Tu wskakuje dziwna tendencja robienia pijaka z naszego Czerwonego Kapłana. O ile dobrze pamiętam w poprzednich sezonach to w ogóle nie było zaznaczone, a tymczasem tutaj co chwila mówi o tym, jak bardzo brakuje mu alkoholu albo jak bardzo jest pijany. Drodzy twórcy: pijani ludzie nie są cool. Pijany Thoros nie jest cool.

Po tej rozmowie okazuje się, że natrafili na oddział umarłych, niewielki, prawdopodobnie zwiadowców. Jeden Biały plus gromadka jego umarlaków. Zastawiają na nich pułapkę i drugi raz ocierają się o śmierć, bo znów bez żadnej taktyki, bez niczego chcieli walczyć przeciwko umarłym. Oczywiście wygrywają zupełnym fuksem, Biały się rozpada, padają też jego miniony, poza jednym. Widocznie był minionem innego Białego. Albo jakimś niezależnym umarłym, co to wstał, bo umarł za Murem? Ej właśnie, jaka jest zasada? Jak umierasz za Murem to stajesz się nieumarłym, czy Nocny Król musi cię ożywić? No bo trochę nie rozumiem tego i się gubię. Ale Jonowi i ekipie w końcu udaje się złapać umarłego. Problem jest taki, że ten wezwał już posiłki od reszty armii. Zatem Jon wpadł na genialny pomysł, że wyśle Gendry’ego z powrotem na Mur, żeby nadał krucze SOS do Danki.

Ekipa z nieumarłym biegnie w randomową stronę. Okazuje się, że wpadają na zamarznięte jezioro. No świetnie, przecież jak zejdzie na nie armia truposzy to lód zacznie się kruszyć i generalnie będą bezpieczni. Tylko jest jeden problem – muszą najpierw sami przez nie przejść. No i kiedy na nie wbiegają Jorah każe im się zatrzymać: błąd. Zwłaszcza, że lód już zaczął pękać pod ich stopami. A potem jeszcze jedną kupą biegną przez te jezioro. Kolejny błąd – powinni rozbiec się jak najszerzej (jak to ładnie pokazywał Król Artur z Clivem Owenem), zaś najlepszą metodą na pokonanie jeziora byłoby czołganie się po nim – rozłożenie ciężaru ciała większej powierzchni zapewni nam to, że lód nie będzie tak pękać. Generalnie mam wrażenie, że Jon Snow przed wyruszeniem na taką wyprawę powinien przygotować się w kwestii BHP na zamarzniętym akwenie wodnym, a ponadto generalnie jak na osobę wychowującą się na dość chłodnej Północy mało wie o przetrwaniu w zimowych warunkach. A potem sceny na jeziorze mają jeszcze miej sensu.

Jon z ekipą dobiegają do skalnej wysepki na środku jeziora, truposze ich otaczają na brzegu, a potem hordą wbiegają na jezioro. I lód puszcza. No bardzo dobrze, zachowuje się to idealnie. Zatem Jon i reszta są odcięci na środku jeziora. I zamierzają tam stać jak idioci, nie biorąc pod uwagę na przykład zabezpieczenia się od swojej strony, czyli rozbicia lodu tuż przy brzegu wyspy. W ten sposób zabezpieczyliby się jeszcze bardziej, a być może cały lód spękałby i jezioro musiałoby zamarzać od początku. Mieli randomów z włóczniami, mieli młot Gendry’ego i płonące miecze Thorosa i Berrica.

Gendry (złoty medal dla tego pana za maraton w trudnych warunkach) tymczasem biegnie z powrotem do Eastwatch. I tutaj wychodzi kolejny problem planowania tej wyprawy przez Jona. Szło z nimi tylu randomów – czemu by nie rozstawić ich w ramach stacji sygnałowych co jakiś czas, żeby w razie czego można w szybki i dobry sposób przekazać wiadomość? Albo czemu Jon nie wziął jakiegoś kruka ze sobą? Przez to biedny Gendry, który wiosłował trzy czy cztery sezony będzie musiał biec kolejnych naście epizodów (tak wiem, tak by było, gdyby zrobili tę akcję jakieś dwa-trzy sezony temu, teraz wszystkim załączyło się Turbo).

Na zamarzniętym jeziorze sytuacja nadal patowa. Jon Snow zamiast próbować jakoś dodatkowo zabezpieczyć swoją pozycję. Dlaczego nikt z nich nie wziął łuków? Dlaczego nie przygotowali jakiejś sieci na tego umarlaka? Nie wzięli ze sobą także nic co nadawałoby się do rozpalenia ognia. Serio, idiotyczne. Więc siedzą i marzną. Nie ruszają się, nie rozgrzewają (picie alkoholu nie jest rozsądne w takiej sytuacji!), tylko jak ci idioci czekają na ratunek. Gendry za to biegnie. Niemalże jako ten maratończyk (tylko że ma skrajnie odmienne warunki). W końcu pada noskiem tuż przed bramą Strażnicy. No i Davos ratuje mu życie po raz kolejny – biedny wycieńczony Gendry wyszeptuje tylko, żeby wysłać kruka do Danny.

Rankiem dnia następnego na naszej wyspie uczestnicy wyprawy Jona budzą się (poszli spać w takim mrozie? Oni są mądrzy? Nigdy nie spać całą kupą, tylko część śpi, druga część czuwa, żeby tamci nie zamarzli). A jak już spać, to spać kupą, poprzytulani do siebie. A nie tak, że Thoros osobno od reszty (zwłaszcza, że był ranny, come on, powinni go ogrzewać sobą). Ale nie, zamarzł im biedaczek – cóż za ironia: Kapłan boga Światła (i ognia) umiera przez zamarznięcie. Potem Jon wyskakuje, że trzeba Thorosa spalić. No to Lord of Light się ucieszy, to dobry pogrzeb dla jego wyznawcy. A przy okazji będą mogli się przy nim ogrzać. Ale jak to, nie ogrzewają się? Marnują taki fajne ognisko (fakt, że pewnie cuchnęłoby jak cholera, ale no come on!), a potem marudzą, że im zimno. Ej i skoro mogą sobie odpalić miecze ot tak, to czemu nie ogrzewali się przy nich nocą (tutaj nie muszą pokrywać ostrza oleistą wersją dzikiego ognia, tak jak w książkach). Tak na marginesie to zastanawiam się, dlaczego nie odcięli rąk i nóg umarlakowi. Przecież i tak go nieśli, więc nie były mu one potrzebne. Uczcie się od Michonne i innych ludzi z TWD!

Wild Nocny Król appears! I nasza grupka zaczyna się zastanawiać, czy atak na niego będzie okej (tak, tylko chyba nawet nie brali pod uwagę, że musieliby się przebić przez całą hordę zombiaków (a i te, które były za ich plecami pewnie nie byłyby bierne). No i stracili jedynego healera w teamie, więc taka wyprawa mogłaby się dla nich (zwłaszcza Berrica) zakończyć ostateczną śmiercią.

W Winterfell Sansa otrzymuje zaproszenie na dwór Cersei do Królewskiej Przystani. Postanawia wysłać tam Brienne. I tutaj mamy zabawną dość sprawę. Kilkanaście minut wcześniej (oczywiście odcinkowo, a nie czasu wewnątrz serialu) Sansa rozmawiała z Littlefingerem i poruszono tam wątek tego, że Brienne przysięgała chronić obie Starkówny i że w razie konfliktu będzie musiała którąś wybrać. Co w tym zabawnego? Że to dość… powiedzmy sobie wygodne, żeby Sansa dostała niedługo po takiej rozmowie wiadomość z zaproszeniem do Królewskiej Przystani. Wygląda mi to na świadome działanie Baelisha po to, by odciągnąć właśnie Brienne – przecież Baelish sam sugerował Sansie, że ona będzie najlepsza na wypadek, gdyby konflikt z Aryą się zaognił; poza tym było wiadome, że Sansa nie pojedzie do Królewskiej Przystani, bo była przeciwna wyjazdowi Jona oraz kto wtedy zostałby rządzić. Więc można uznać, że Littlefinger po prostu chce doprowadzić do takiego konfliktu i śmierci którejś ze Starkówien.

Danny tymczasem podejmuje decyzję o wyruszeniu na pomoc Jonowi Snow. Ubrana w ciepły futrzany ciuszek (złośliwi śmieją się, ze wiemy już, gdzie podział się Duch), wsiada na Drogona, nie pomna ostrzeżeń i nalegań Tyriona, i wraz z pozostałymi dwoma smokami odlatuje. Wreszcie widzimy całą trójkę na jednym ekranie. Są piękne.

Tymczasem sytuacja na wysepce się nieco sypie, bo jak się okazuje jezioro zdążyło już podmarznąć (a gupi nie-Ogar jeszcze to sprawdził – jakim cudem jednym kamieniem potrafił przerzucić przez całą szerokość tego kawałka jeziora, a drugim nie dorzucił do połowy? To chyba już imperatyw), a nieumarli nabrali trochę rozumu i nie idą całą kupą tylko w miarę pojedynczo.  Ogar wreszcie wpada na pomysł rozbicia tafli lodu, ale nie robi tego systematycznie, więc za chwilę robi się gorąco. Zombiaków ciągle na jeziorze przybywa ale tafla jakoś magicznie się nie zapada. Jest coraz gorzej ginie random, który bez celu wymachiwał włócznią, więc kij mu w oko, ale potem, no nie, dopadli Thormunda! Zostawić go, on musi przeżyć całą tę historię i ma spłodzić dzieci z Brienne! Ufff, udało im się go uratować, nawet mu się krzywda żadna nie stała. Wycofywanie na niewiele się zdaje, coraz więcej zombiaków wchodzi na wysepkę, kolejni napierają z drugiej stron. A ta pieprzona tafla lodu wciąż nie pęka! Magia jakaś kurka wodna!

Daenerys to the rescue! Smoki, trzy smoki ziejące ogniem (napalmem raczej) – Jon ledwo zdążył się uchylić przed byciem spalonym przez Drogona. Latają, palą, hosanna! Wysepka jakimś dziwnym trafem okazuje się idealna wielkością dla lądującego Drogona. Ale lód się jakimś cudem nie topi, nawet jak Drogon omiata swoim zionięciem pół jeziora. Jon oczywiście zgrywa bohatera i zostaje na polu bitwy, machając z lewa na prawo mieczem i zabija nieumarłych.

Czo ten Nocny Król. Czy on do cholery sięga po lodową włócznię? Jon zagalopował się za daleko. A tymczasem Nocny Król bierze na celownik smoka i rzuca… Cholera, tylko nie w Drogona, tylko nie w Drogona. A żebyś zginął cholero, zabijasz niewinne nienauczone smoczątko! Generalnie Nocny Król zdobył dzięki temu rzutowi olimpijskie złoto. I zranił serca milionów widzów. Viserion spada w kaskadzie krwi i ognia na taflę jeziora i po chwili znika pod nią. Auć, to boli, nawet jak się widzi to po raz drugi. Jego brat odlatuje gdzieś w dal (prawdopodobnie się przestraszyło maleństwo), tylko Drogon, choć zapewne wściekły jak cholera posłusznie siedzi i czeka aż się na niego ludzie załadują. Głupi Jon zamiast lecieć, wsiadać na Drogona stoi i walczy dalej, chyba chcąc się przedrzeć do samego Nocnego Króla. Który już przygotowywany jest do drugiego rzutu, żeby tym razem zabić Drogona.

Jon biegnący w stronę Drogona zostaje przerwócony przez dwóch nieumarłych, tafla pod nimi pęka i wszyscy trzej wpadają do wody (Jon w jednej scenie ma Długi Pazur w dłoni, w drugiej miecz leży ładnie położony na brzegu przerębla). Danny dostrzega zagrożenie ze strony Nocnego Króla i startuje. Drogon cięższy o całą masę ludzi na grzbiecie i tak jest zwrotniejszy niż jego złotołuski brat i pięknie uchyla się przed ciosem włócznią. Odlatują (Jorah o mało nie spada ze smoka, ale pomaga mu Ogar).

Armia umarłych też odchodzi, a Jon wyłania się z jeziora. Ludzie w tej scenie dopatrują się „otwierającego się oka” Długiego Pazura (a moim zdaniem to tylko zmiana oświetlenia) i przypisują mu jakieś magiczne znaczenie: jedni mówią o „opętaniu” miecza przez Brana, inni teoretyzują w kwestii tego, że Jon tak naprawdę umarł pod tą wodą, a potem ożył – stąd jego miecz „ożywa” razem z nim. Jon za to dalej nie zna się na BHP, bo przede wszystkim powinien próbować pozbyć się swojego przemokniętego i zamarzającego ubrania. Wreszcie dostrzegają go umarli. Ale uwaga uwaga, wuj Benjen to the rescue! Wild Benjen appears and it’s super effective! Zapewne Bran wysłał mu pilnego SMSa: „Jon będzie potrzebował twojej pomocy. Zaraz wyślę ci jego dokładne położenie.”, po czym GPS wmontowany w konia Benjena dostaje dokładne położenie Jona po wyłonieniu się z jeziora (nota bene Bran pewnie też przyspieszył lot kruków z Eastwatch na Smoczą Skałę). Wejście Benjena jest efektowne jak cholera, co mu trzeba przyznać. Jon dostaje konia (ale nieprzemoczonego ciucha już nie!), zaś sam Benjen zostaje by stoczyć samotną walkę. Jego last stand jest wyjątkowo króki i wygląda zamiast epicko i dumnie tak z deczka żałośnie.

Po drugiej stronie Muru ocaleli członkowie ekipy ładują się na łodzie (dlaczego od razu nie polecieli na smokach dalej? No dobra, Drogon pewnie zmęczony, a droga daleka, więc ciężko z takim żywym ładunkiem latać). Ogar ma ciepłe pożegnanie z Thormundem i Berrikiem i odpływa z nieumarłym szalupą wiosłuje na statek (czyżbyśmy się doczekali Cleganebowl?). Drogon albo płacze z wściekłości, albo nawołuje Rhaegona. Danny na szczycie wypatruje Jona i jej nadzieje jakimś cudem się spełniają. Jon, wpółzamarznięty, spadający z konia dotacza się do bram Strażnicy. Wreszcie odpływają – Davos jako pierwszy rozsądny wyłuskuje Jona z zamarzniętych ubrań. Danka wreszcie zobaczy blizny Jona.

W Winterfell tymczasem Sansa przeszukuje pokój Aryi (czyżby?) i znajduje w nim twarze. Potem między dziewczynami toczy się dyskusja na temat tego, co przeszła Arya w Domu Czerni i Bieli. Sytuacja zdaje się mocno zaogniać, wygląda na to, jakby młodsza z sióstr chciała zamordować starszą, ale ostatecznie kończy się na straszeniu. Albo… wiadomości, niekoniecznie adresowanej do Sansy, ale na przykład do Baelisha. Bo jak wytłumaczyć, że Arya daje Sansie akurat ten konkretny sztylet?

Na statku Jon i Danny rozmawiają – o smokach, dzieciach i tak dalej (znaczące, że twórcy drugi raz w tym samym odcinku podkreślają bezpłodność Daenerys, co może na przykład potem okazać się zupełnie przewrotnie wykorzystane – i zobaczymy w ostatnim sezonie Dankę w ciąży z Jonem). Jon żałuje decyzji, ale Danny mimo naprawdę bardzo złego dealu (straciła smoka, a zyskała tylko jakiegoś nieumarłego) nie żałuje, bo właśnie została uświadomiona (w brutalny sposób co prawda). Generalnie w tej scenie widać jak Danka leci na Jona, a Jon na nią. Ale nie zapytała o blizny. Jonowi wymyka się słodkie „dziękuję Danny”, ona na to „mój brat mnie tak nazywał, znalazłeś się w złym towarzystwie”, więc Jon tytułuje ją swoją królową. Wziął sobie rady Thormunda do serca i mentalnie przed nią klęknął.

A na koniec odcinka mamy największą bombę: Nocny Król i jego armia poszli po łańcuchy, żeby wyciągnąć z jeziora martwego Viseriona. I tak, dobrze się spodziewacie, że będzie lodowy smok Nocnego Króla. A jeśli nie lodowy to przynajmniej nieumarły. Bój się Cersei w King’s Landing, teraz zasięg działań Nocnego Króla nie ma ograniczeń. Lepiej szykujcie skorpiony z bełtami pokrytymi smoczym szkłem. Inaczej wizja Daenerys z zamarzniętym Żelaznym Tronem się ziści.

PS. Tak dobrze czytacie, Bran Stark, a nie Jon Snow. Bo to tak samo jak Lemony Snickett Bran obserwuje biernie wydarzenia w Westeros.

PPS. To był najdłuższy, najbardziej niedorzeczny odcinek ever.

PPPS. Mam dla was też całkiem sensowne wyjaśnienie upływu czasu w tym odcinku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *