Apage, grafomanie! – „Czarna Madonna” Remigiusza Mroza

Ileż ja się nie nasłuchałam zachwytów nad Remigiuszem Mrozem, jego literackim talentem i tego, jakie cudowne są jego książki. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie postanowiła się przekonać, czy rzeczywiście jest taki dobry, czy może to grafoman pokroju Katarzyny Michalak (nie ustępujący jej w tempie wyrzucania z siebie nowych książek). No i po lekturze „Czarnej Madonny” wychodzi, że bliżej mu do tego drugiego.

Berg jest byłym księdzem, który odszedł ze stanu duchownego, ponieważ zakochał się w kobiecie, której udzielał ślubu. Związał się z jej siostrą, Anitą, która przed początkiem fabuły poleciała do Jerozolimy na pielgrzymkę. Okazuje się jednak, że jej samolot zniknął z radarów a we wszystko mogą być zamieszane siły zła, które odcisną swoje piętno na Bergu i jego bliskich.

Mniej więcej tak wygląda fabuła tego cuda, na którego główną objętość nie składa się fabuła, akcja czy rozterki moralne bohaterów, ani nawet nie sceny paranormalne jak w porządnych horrorach. Główną objętość powieści stanowią ekspozycje. I to tak nachalne i idiotyczne ekspozycje, że aż strach. Kapitan ekspozycja™ podszywający się pod głównego bohatera wyjaśni wam wszystko – od tego skąd się wzięła Czarna Madonna i dlaczego tak wygląda (serio, jest taki dłuuuuuuugi i totalnie nienaturalny dialog na ten temat), poprzez zasady aeronautyki, na nazwach miejscowych Wrocławia kończąc. Wiecie co jest gorsze od tego? Że większość z tych wypełniaczy została wprowadzona do powieści metodą Copy-Paste’a, wprost z Wikipedii. Jeżeli byśmy pozbyli się większości z tych niepotrzebnych ekspozycji to prawdopodobnie książka byłaby o połowę cieńsza i być może wtedy dużo lepiej by się przyswajała. Albo Mróz miałby czas jeszcze skonstruować porządnie bohaterów.

Bo wiecie, miałam wrażenie, że to są tacy trochę ludzie z kartonu™. No może nie Berg, bohater-narrator, bo przecież o Bergu dowiadujemy się całkiem sporo: jest homofobem i rasistą (wystarczy przeczytać jego przemyślenia na temat Azjatów, kiedy znalazł się na pokładzie samolotu Japan Airlines), idiotą i osobą o zamkniętym, ciasnym światopoglądzie. Wystarczy spojrzeć chociażby na to, z jaką lubością nienawistnie opisuje swojego rywala, męża Kingi: pogardliwie wypowiada się o tym, że szwagier o siebie dba (w przeciwieństwie do wiecznie zaniedbanego Berga), ma też niskie mniemanie o jego intelekcie. Na pozostałą charakterystykę Berga składa się jego uwielbienie dla earl greya i to, że nie dogadywał się z ojcem. Ale to wszystko. O reszcie postaci dowiadujemy się z jego perspektywy, ale nawet jeśli mają jakiś swój udział w fabule, to tylko żeby jak bezwolne kukły wykonywać polecenia imperatywu narracyjnego.

„Czarna Madonna” nie jest mierna tylko z powodu słabych bohaterów, czy też wypełniaczy, które niczemu nie służą. Jest również słaba ze względu na nijaką fabułę, która totalnie się nie klei – bohater kręci się w kółko, rzeczy dzieją się bez wyraźnego powiązania, a cały motyw z opętaniem Mróz wykorzystał, żeby z lubością opisywać, jak to główny bohater czuł, że jego zwieracze puszczają, jak z jego nosa i ust sączy się czarna, lepka i śmierdząca maź. Ewentualnie wszystko miało prowadzić do tego, że główny bohater będzie mógł pofantazjować o związku ze szwagierką i mieć z nią nawet jedną scenę pseudoerotyczną.

Książka Mroza zawiera sporo błędów merytorycznych, zarówno w kwestiach demonologicznych (nie odróżnianie heksagramu od klucza Salomona; utożsamienie Legiona z Samaelem i dwoma innymi demonicznymi książętami – wiem, że to mogła być licencia poetica, ale nadal jest to dość słabym wybiegiem ze względu na zawiłości w kontekście klasyfikacji Samaela jako demona, upadłego anioła lub też po prostu anioła), jak i historycznych (teoria voodoo w kontekście ran częstochowskiej Czarnej Madonny). Autor myli nawet w pewnym momencie katastrofy lotnicze i samoloty, o których pisze – w rozdziale X pada zdanie: „przeżyłem kilkadziesiąt, może kilkaset cykli na pokładzie Air Hibernia…”, mimo że wcześniej pisał o samolocie linii Japan Airlines i to o rejs JAL 123 mu chodziło. Zaś narrator w powieści mówiący o tym, że nikt nie przeżywa katastrof lotniczych, to już zupełny odlot, bo autor w posłowiu przyznaje, że 4 pasażerów przeżyło wypadek JAL 123.

„Czarna madonna” nie jest ani straszna, ani dobrze/sprawnie napisana, ani tym bardziej nie ma żadnych innych wartości. To największa szmira, jaką czytałam od lat, literackie wypociny człowieka, który nie potrafi pisać. Jeżeli ktoś będzie wam próbował wmówić, że to jest dobra książka i musicie ją przeczytać – nie wierzcie.

Sharing is caring!

3 thoughts on “Apage, grafomanie! – „Czarna Madonna” Remigiusza Mroza

  • 19 listopada 2017 at 15:39
    Permalink

    Hm, ciekawe czy ten Berg taki antypatyczny to specjalnie, czy tylko autorowi tak przypadkiem wyszło. Bo z tego co piszesz, to jest jakiś totalnie odpychający, bucowaty creepster. I jasne, można taka postać uczynić głównym bohaterem, jak się jest sprawnym pisarzem, to nawet czytelnicy poczują z nią więź emocjonalną. Tylko że Mróz chyba aż tak sprawnym pisarzem nie jest…

    Reply
    • 19 listopada 2017 at 16:17
      Permalink

      IMO to raczej nie jest specjalny zabieg. To Mrozowi po prostu wyszło – miało być tak tragicznie, bo on czuje się taki rozdarty, bo powinien być raczej zrozpaczony, bo jego narzeczona Anita zaginęła, prawdopodobnie nie żyje, ale nie jest, bo dzięki temu, że Anita zaginęła, to on spędza dużo czasu ze szwagierką i może być niej blisko i ona mu pomaga… Ale wyszło tak, że facet jest odpychającym typem.

      Reply
  • 21 listopada 2017 at 12:31
    Permalink

    Nie czytałem żadnej książki Mroza i nie mam zamiaru. Raz, że nie mam ochoty na sensacyjne klimaty, ale też odpycha mnie ta jego produkcyjność. A co do protagonisty – może dla autora to jest po prostu spoko gość?

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *