5 szybkich przemyśleń po seansie Wonder Woman

Właśnie wróciłam z kina z seansu Wonder Woman i choć nagrywamy o niej w niedzielę podcast to już teraz mam dla was 5 szybkich wniosków po seansie. Mogą pojawić się spoilery, więc wiecie, ostrożnie.

To Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie tylko w trakcie pierwszej wojny światowej

To wrażenie towarzyszyło mi przez cały film – że ja już to gdzieś widziałam, że był już taki film superbohaterski, gdzie… i tu wpisz sobie opis fabuły. Jeżeli podmienisz Johanna Smidta na Ludendorfa, Zolę na dr Maru, a po drugiej stronie ustawisz zespół łudząco podobny do Howling Comandoes to okaże się, że różnice fabularne nie grają tak naprawdę roli. Podobieństwa na tym się nie kończą – wystarczy porównać zakończenia o podobnej wymowie. Och, goddess, why?

To dobry film jak na DC, ale…

…mam ogólne wrażenie, że dużo lepsze wrażenie by na mnie zrobił, gdyby wyszedł tych sześć lat temu. Reprezentuje ten sam poziom scenariuszowo-fabularno-akcyjny i ten sam sposób rozbudowania postaci jak wspomniany wyżej Kapitan Ameryka. Z tym że troszeczkę więcej w nim efektów specjalnych i skupiania się na efektownych wizualiach. Generalnie miałam wrażenie, że czasami za bardzo skupiał się na wizualiach a nie na bohaterach czy akcji.

Wreszcie jest humor!

Tak, wreszcie w filmie DC mamy humor i elementy komiczne. I nie tak żałośnie niskich lotów jak w Suicide Squad, ale naprawdę przemyślane, fajne żarty, dowcipy sytuacyjne, wykorzystano potencjał komediowy. Było kilka takich scen, które naprawdę mnie rozśmieszyły, sporo wywołujących chichot czy szerszy uśmiech na twarzy. Udało się zbalansować całość, zachować równowagę pomiędzy powagą (ale bez patosu) oraz klimatami komediowymi.

Wątek Aresa jest mocno na siłę

Rozumiem, że musiał być jakiś większy, bardziej nadprzyrodzony powód do tego, by Diana opuściła Themiscyrę, ale wątek Aresa wygląda jakby był dopisany trochę na kolanie. Z jednej strony mamy bardzo ciekawe zagranie z plot twistem (choć dość spodziewanym), z drugiej jednak – totalnie brakuje mi pomysłu, dlaczego Ares w finale miałby pojawić się w tamtym miejscu i zrobić, to co zrobił. Wyglądało to tak jakby twórcom nagle zmienił się zamysł albo też nie wiedzieli, jak doprowadzić do ostatecznej konfrontacji między Dianą a Aresem.

Slow-mo to zło

Jak wspomniałam – momentami od bohaterów i wszystkiego ważniejsze są wizualia. I to spory problem, zwłaszcza jeśli nie są to hiper dopracowane rzeczy (a uwierzcie mi niektóre sceny wyglądały strasznie źle i sztucznie). Co jest jednak jeszcze gorsze od utykającego CGI to napakowanie filmu bezsensownym slow-motion. Tak, walki wyglądają fajnie, kiedy się zwolni tempo, ale na Dzeusa, kto wam powiedział, że w slow-mo mają się odbywać niemalże wszystkie potyczki, a jak nie to mają przynajmniej zawierać elementy zwolnionego tempa.

Więcej o Wonder Woman usłyszycie w niedzielnym odcinku podcastu. Podsumowanie filmowe puszczę w okolicy czwartku, bo wcześniej przecież jestem na Comic Conie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *