5 rzeczy, które zniechęciły mnie do oglądania „Dominion”

Do napisania o pilotażowym odcinku „Dominion” (bo póki co widziałam tylko ten jeden) zbierałam się długo i w sumie tekst miał ukazać się w nowej odsłonie cyklu subiektywny rzut okiem, ale w takiej formie byłby zwyczajnie za długi. Wiecie, nie doszłam do połowy odcinka pilotażowego, a miałam zapisanych około czterech stron, w głównej mierze było to narzekanie na pewne rozwiązania, na które zdecydowali się twórcy. Postanowiłam zatem ująć to w zwięzłej formie.

Zmiany w stosunku do fabuły „Legionu”

„Dominion” to serial stanowiący niejako kontynuację wydarzeń z filmu „Legion”. Pisząc niejako mam na myśli to, że akcja serialu dzieje się dwadzieścia pięć lat po zakończeniu filmu. Zachęcona zatem faktem, że poznam losy zaatakowanej przez anioły ludzkości ćwierć wieku po apokalipsie sięgnęłam ochoczo po serial. I już na samym początku się okazuje? Że scenarzysta serialu (notabene twórca również i „Legionu”) postanowił zmienić to i owo. A zatem okazuje się, że to Bóg opuścił ludzkość (dla przypomnienia – Bóg zniesmaczony postępkami ludzkości nakazał eksterminację naszego rodzaju) i anioł Gabriel postanowił zrobić z ludzkością porządek (niemalże jak w uwielbianej przeze mnie Armii Boga). Dlaczego Scott Stewart zmienia coś, co było fajne w „Legionie”? Pewnie dlatego, żeby mieć podstawę do kontynuacji historii, bo zakończenie filmu mogło dać widzowi po czucie happy endu – Michał pokonuje Gabriela, ale okazuje mu łaskę i pozwala odlecieć do Boga. Niemniej jednak od tego zakończenia właśnie można pociągnąć wątek tak, by doprowadzić do tego, by Gabriel ponownie pojawił się na ziemi – jak myślicie, czy jego archanielska duma pozwoliłaby mu na przegraną z kimś tak marnym jak dwójka ludzi?

 

Dlaczego do cholery nikt niczego nie wyjaśnia?

Twórcy rzucają nas w środek egzystującego od lat systemu i… nic nam nie wyjaśniają. Bohaterowie rozmawiają ze sobą, posługując się egzystującą w ich środowisku terminologią, którą z pewnością rozumieją, pozostawiając widzów w niewiedzy. Nie na tym to polega moi drodzy – widz nie może czuć się jak głupi w trakcie oglądania, bo kompletnie się zniechęci. Twórcy uniknęli tutaj łopatologicznego tłumaczenia, dlaczego w Vedze istnieje system kastowy, co oznaczają poszczególne kombinacje literowo-liczbowe, jakie są zasady wyznania wiary i kto tak naprawdę jest u władzy. Przedobrzyli jednak w drugą stronę pozostawiając widza z milionem pytań, na które nie ma szans poznać odpowiedzi w trakcie seansu.

 

Pełno tu nieścisłości, nielogiczności i niemożliwości

Kolejnym problemem „Dominion” to masa nieścisłości – dlaczego Alex (główny bohater) nie może wyjechać za mury, skoro twierdzi, że inni mogą (aczkolwiek w scenie wcześniej była mowa o tym, że nie można wyjeżdżać). Skąd kobiety z Heleny po dwudziestu pięciu latach miały paliwo, by przylecieć do Vegi? Dlaczego nikt nie zauważył, że niezwykły wychowanek Evelyn (przywódczyni Heleny) jest zbyt mądry, nawet jak na upośledzone dziecko z zespołem sawanta (chłopak władał 25 językami, których zapewne nigdy na uszy nie słyszał!)? Skąd pożywienie (w tym mięso, którym karmione są lwy Whele’a)? Dodatkowo cykl dzień-noc jest szalenie mocno zaburzony – kiedy Alex ucieka przed aniołami jest jeszcze dzień, natomiast, kiedy transportują go przez miasto jest już noc (przez co myślałam, że Vega to miasto pod kopułą). Wszystkie te rzeczy sprawiają, że ciężko było mi się przebić przez odcinek.

 

Za dużo polityki

Nie zrozumcie mnie źle – lubię wątki polityczne i elementy polityki w serialach, nawet jeśli chodzi o seriale opowiadające o postapokalipsie. Moja obiekcja związana jest tutaj bezpośrednio z punktem drugim, czyli tym, że twórcy rzucają nas na głębokie wody zupełnego braku wiedzy o uniwersum. I kiedy na ekranie widzimy kolejną intrygę polityczną, jakieś delegacje, jakieś rozmowy (tajne albo i nie) chcielibyśmy wiedzieć „dlaczego taka polityka może zaszkodzić Vedze a przynieść korzyść konsulowi Whele?”, „gdzie, do ciężkiej cholery, leży Helena i dlaczego Vega miałaby wchodząc z nią w układy problemy z New Delphi” i „dlaczego delegatka z Heleny w zamian za technologię jądrową ma przysłać do Vegi pięćset płodnych kobiet?”. Może znając odpowiedzi na te pytania miałabym mniej głupią minę w trakcie oglądania…

 

Zupełny brak klimatu

Tak Vega prezentuje się od środka (nocą) – kolorowa, pełna świateł i w zupełności nie przypominająca nikomu, że wydarzyła się apokalipsa.
Listę zamyka ostatni z moich wielkich zarzutów, ale nie mniej ważny. „Legion” teoretycznie kończył się happy endem, ale to w sumie było raczej słodko-gorzkie zakończenie – ludzkość przetrwała, jednak najprawdopodobniej pogrąży się w mroku niewiedzy. Całe masy ludzi zginęły i nie łudźmy się, że nie było wśród nich techników, lekarzy, wykładowców uniwersyteckich i tym podobnych. Może się okazać, że niewielu specjalistów przetrwało również następstwa apokalipsy czyli trudy odbudowy ludzkości – choroby, które zapewne przetrzebiły ocalałych, głód czy klęski żywiołowe. Zatem liczyłam, że dostaniemy w „Dominion” świat pełną gębą postapokaliptyczny – zagubiony mocno, zmuszony do radzenia sobie na różne, często prymitywne sposoby. Tymczasem jednak nie, po dwudziestu pięciu latach od apokalipsy ludzkość kwitnie – w Vedze mają reaktor jądrowy, który pozwala utrzymać im elektryczność w mieście, delegatki z Heleny przylatują helikopterami i właściwie nie czuć, że wydarzyła się apokalipsa. Ludzie się obwarowali i zamknęli w miastach-państwach, ale żyją wygodnie i bez strachu o nadchodzące jutro. Vega jest niemal sterylnie czysta (spójrzcie na koszary), wyposażona w nowoczesną technologię i to na najwyższym poziomie, a nawet nieco futurystyczną.

 

I wiecie co jest najsmutniejsze? Wciąż mam jeszcze kilka zastrzeżeń do serialu, ale to już naprawdę drobnostki w porównaniu z tym (dziwaczna postać Claire; fakt, że od samego początku widać, kto jest wybrańcem; fakt odkrycia kart w stosunku do Williama Whele’a i jego prawdziwego oblicza) i dałoby się je przeżyć, gdyby nie powyższe poważne wady serialu. Nie twierdzę oczywiście, że serial nie ma zalet (no pewnie kilka by się znalazło), ale wady niestety zniechęcają mnie do kontynuowania oglądania. Być może po drugim odcinku podejmę ostateczną decyzję, czy brnąć dalej w tę historię, czy też nie.

 

A wy oglądaliście „Dominion”? Czekam na wasze opinie o serialu!

3 thoughts on “5 rzeczy, które zniechęciły mnie do oglądania „Dominion”

  • 12 lipca 2014 at 09:22
    Permalink

    Po 3 odcinkach serial naprawde wkrecajacy.
    Tematyka Bog/anioly/ludzie no Supernatural/Constantine to jakies popierdolki przy Dominion

    Reply
    • 13 lipca 2014 at 13:09
      Permalink

      No nie wiem czy dam radę obejrzeć trzeci odcinek. Przy drugim klęłam ostro i jakoś mi się nie spieszy do oglądania trzeciego odcinka… To drewniane aktorstwo, te drętwe dialogi i masa durnostek w tym serialu mnie wykańcza.

      Reply
  • 15 lipca 2014 at 18:14
    Permalink

    serial świetny i nawet nie wiedziałam o istnieniu filmu „legion” i jakoś wszystko wiem i rozumiem z niego tylko nie mogę nigdzie sprawdzić gdzie on jest w telewizji na jakimś kanale idzie czy po prostu nie nasz i tylko go ktoś tłumaczy….ale bardzo fajny…

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *