5 filmów, do których najczęściej wracam

Już dzisiaj zabieram się dla was za rozszerzoną wersję BvS, ale prawdopodobnie notka będzie gotowa dopiero po weekendzie. Nie chcą jednak was zostawić bez materiału (i tak ostatnio dość rzadko piszemy), chciałabym zaprezentować Wam filmy, do których regularnie wracam.

Król Artur (2004)

Uwielbiam ten film, choć nie jest ani dobrym filmem historycznym, ani nie trzyma się wiernie legend arturiańskich. Jest fajnym kinem przygodowym i rozrywkowym, ze świetną obsadą (Clive Owen i Keira Knightley w rolach głównych, w pomniejszych rolach: Madds Mikkelsen jako absolutnie przeboski Tristain, Ray Stevenson jako Dagonet, Stellan Skarsgard w roli Cedrica i Til Schwaiger jako ten do gruntu zły i cholernie fajnie wyglądający Cynric) i mimo upływu lat wcale się nie zestarzał. Jeśli jeszcze do tej pory go nie widzieliście – pora to naprawić.

Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły (2003)

Zanim powstał Król Artur, Buchenheimer wyprodukował jeszcze jedno wspaniałe dzieło, do którego wracam bardzo chętnie. To Klątwa Czarnej Perły, świetny kawałek familijnego kina przygodowego z piratami i elementami fantastyki. Jakże wtedy zachwycał Jack Sparrow w wykonaniu Johnny’ego Deppa (wtedy był to jeszcze Depp, który nie powielał tego schematu co film) i jak bardzo cieszyły oczy wspaniałe kostiumy i scenografie. No i świetna ścieżka dźwiękowa. Teraz co prawda znalazłam dużo lepszą produkcję o piratach, ale serial Black Sails to temat na inną notkę.

Hellboy II: Złota Armia (2008)

To też jeden z tych filmów, które się nie starzeją, choć na karku mają swoje lata. Hellboy jest filmem doskonałym, zarówno pod względem tempa opowieści, poziomu scenariusza czy naprawdę obłędnych scenografii. To jest także jeden z tych filmów, który udowadnia, że sequel może być lepszy niż część pierwsza i to być dużo lepszy. I co najważniejsze to także produkcja z jednym z ciekawszych antagonistów, jakie widziało kino rozrywkowe (chyba wyżej jest tylko Ozymandiasz z Watchmenów).

Thor: Mroczny świat (2013)

Produkcja najmłodsza z tej listy, ale nie mniej ukochana i nie rzadziej oglądana (mam właściwie wrażenie, że w ciągu minionych trzech lat widziałam ją więcej razy niż Króla Artura i Piratów). Powtarzam przy każdej okazji, ale powiem to i tutaj: to naprawdę bardzo dobry obraz, ze świetną grą aktorską, bardzo dobrym scenariuszem i zachwycającą muzyką. Więcej zalet tego filmu znajdziecie tutaj.

Władca Pierścieni (2001-2003)

Filmowa trylogia Jacksona jest dziełem, do którego mimo wielu mankamentów (tak pamiętam o tym, żeby napisać wyczerpującą notkę na temat różnic pomiędzy książkami a filmami) wracam i oglądam z dużą dozą przyjemności. Znów mamy film, który mimo upływu lat bardzo ładnie się zestarzał, a efekty specjalne prawie wcale nie trącą myszką (tak jak się zdarza wśród młodszych produkcji), do tego mamy świetną obsadę, wspaniałe scenografie, kostiumy i dbałość o szczegóły. Na marginesie muszę dodać, że jeśli oglądać Władcę to tylko w wersji rozszerzonej – nie mogę oglądać wersji kinowej, bo widzę, gdzie są cięcia pomiędzy kolejnymi ujęciami i scenami.

A do jakich filmów wy najczęściej wracacie? Czy nie wracacie w ogóle, bo jest zbyt wiele nowych filmów do obejrzenia?

Sharing is caring!

4 thoughts on “5 filmów, do których najczęściej wracam

  • 15 lipca 2016 at 17:02
    Permalink

    Mógłbym wymienić kilka filmów, ale tak od razu, bez wątpliwości i niezmiennie przychodzą mi go głowy “Blues Brothers”. Ależ ja uwielbiam ten film!

    Reply
    • 15 lipca 2016 at 18:40
      Permalink

      Przyznam szczerze – “Blues Brothers” widziałam tylko raz i to dzieckiem będąc, więc nie bardzo pamiętam ten film. Ale pewnie sobie odświeżę kiedyś.

      Reply
  • 24 lipca 2016 at 03:37
    Permalink

    Króla Artura się dobrze ogląda ze względu na zwroty akcji, do momentu bitwy, w której Keira występuje w tak absurdalnym kostiumie, że jestem zabita śmiechem. Nie twierdzę, że źle w tym wygląda, wprost przeciwnie (chociaż to mi przeszkadza o tyle, o ile nie lubię, gdy z filmu robi się bezsensowny teledysk), ale – wracając do rzeczy – nikt, powtarzam nikt, w żadnym uniwersum, w żadnej epoce nie wyszedłby…- a raczej nie wyszłaby w czymś takim pod las mieczy. Ani to chroni, ani odstrasza – no, chyba że przeciwnik ma awersję do małych przebieranek w stylu sadomaso. Jedyny pozytyw, że przewiewne. Dobrze chociaż, że bez kółek, bo by się świetnie nadawała do wzięcia w jasyr. Już podaruję sobie (i Wam) taką scenę, jak na skutek intensywnej gimnastyki i podrzutów ciałem to i owo wyskakuje spod tych pasków jak parka ciekawskich białych królików… Żeby nie wyskoczyło, trzeba by tak zapiąć, że groziłoby połamaniem żeber przy gwałtowniejszym ruchu i głębszym oddechu, rozumiem, że Keira, jak na prawdziwą damę Elisabeth Bennet przystało, po całym dniu wywijania mieczem i robienia skłonów-uników oddycha delikatnie szczytami płuc. Litości… Ciekawe, ile razy przerywali ujęcie, żeby jej tę uprząż poprawić. No chyba że przy ujemnym A, jakie ma Keira, to się jakoś lepiej trzyma. Ale nawet ją musiało boleć podczas zdjęć i… po zdjęciu. Wyobraźcie sobie te otarcia… “Ja też walczyłam za wolność i ojczyznę, spójrzcie na moje rany!”

    Reply
    • 24 lipca 2016 at 10:46
      Permalink

      Ha, widzę, że nie jestem jedyną, którą irytował durny strój Keiry. Ale wiesz, to było takie popularne na początku XXI wieku. Kobieta ma walczyć? Dajmy jej najbardziej niepraktyczny, najbardziej niechroniący strój, jaki jesteśmy w stanie wymyśleć, byleby się odróżniała i była sexy na polu walki. Jak jest sexy to nic się jej nie stanie 😛

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *